„Ej, pobiliście ten rekord?” – Gitarowy Rekord Guinnessa we Wrocławiu

1 maja, po dwóch latach, Gitarowy Rekord Guinnessa wrócił na wrocławski Rynek. Tysiące gitarzystów zjechało się do stolicy Dolnego Śląska, zabierając ze sobą nawet całe rodziny i przede wszystkim gitary. To był piękny dzień przepełniony mnóstwem pięknych ludzi, przy których rekord wydawał się jedynie wymówką do spotkania.

Zbliżając się do Rynku, już z daleka usłyszeć można tłuste gitarowe riffy. Leszek Cichoński woła ze sceny, aby się rejestrować, uzbierać te 8000 gitarzystów, pobić rekord i przy okazji wesprzeć Ukrainę. To dwudziestolecie gitarowego rekordu. Po dwóch latach prób pobicia go online, muzycy znowu mogą grać ramię w ramię. Na każdym kroku widać gitarzystów. Długie włosy, flying-V, Les Paul, strat, akustyk, ukulele.

Jest przed 12.00. W Literatce dwójka muzyków stroi się do występu. – Wiesz, musisz pokazać, jak się bawisz z gitarą. Reszta dołączy.

– Mój pierwszy rekord był dwa lata przed pandemią i potem następny, czyli dwa razy byłem. W tym jednym, w którym pobiliśmy pamiętam, że był to wynik 7411, a jako że jedenastka jest moją szczęśliwą liczbą, to sobie pomyślałem, że siedem i cztery daje jedenaście i jedenaście. Później były te online’owe koncerty. To jakoś mnie nie fascynuje i nie brałem w tym udziału. Wolę tak rzeczywiście się spotkać z ludźmi – opowiada mi Tomek Motyka, rocznik 65.

Pytam ile już gra na gitarze i opowiada, jak pierwszy zespół założył z kumplami w liceum, kiedy wydzierał się na tekstach typu „zły po mieście chodzę sam, chyba komuś w mordę dam”. Potem jeszcze w wojsku grywał trochę po kasynach.

– Potem odłożyłem gitarę, odłożyłem muzykę i ożeniłem się, wychowałem syna. Nic wtedy nie robiłem z muzyką. Dopiero przyszła ochota, kiedy zdałem sobie sprawę, że czas bardzo szybko mija i człowiek powoli dobiega końca. Mówię sobie, że jeszcze chciałbym trochę pograć, a przede wszystkim chciałbym pisać własne teksty i własne piosenki. No i tak się zaczęło. W 2008 roku napisałem pierwsze teksty piosenek. – W 2018 ukazała się jego pierwsza płyta „Nie Poddawaj Się”.

Kiedy kończymy rozmowę, wchodzi Martyna Bellini. Ma wianek na głowie, jest ubrana w białą suknię.

– Dzień dobry – wita ją Tomek.

– Dzień dobry, mamy teraz mieć próbę dźwięku – odpowiada Martyna.

– Ja Panią kojarzę. Z pobijania rekordu online rok albo dwa lata temu – mówię.

– Pani jest twarzą tego rekordu – odpowiada jej fotograf. – Będzie miała tutaj koncert.

– Będzie koncert i właśnie teraz przyszłam na próbę mikrofonu – tłumaczy.

Robię jej jeszcze kilka zdjęć i uciekam z powrotem na rynek.

O godzinie 13.00 zarejestrowało się dopiero 2000 gitarzystów. Na oko mniej niż połowa z nich jest pod sceną, kiedy dżem gra „Wehikuł Czasu”. Jedna młoda dziewczyna ma koszulkę z dużym czerwonym napisem „Rysiek”. Może i nie są to już czasy świetności, ale ktoś jeszcze pamięta.

– Pytali się mnie już dzisiaj „Który raz jesteś na rekordzie?”. Trudno mi powiedzieć, chyba trzeci albo czwarty, może piąty. Na pewno za każdym razem było świetnie, może i z roku na rok coraz lepiej – mówi jeden z uczestników. – Właśnie! Bo były jeszcze online. Szkoda, że nie można było być tutaj na miejscu, ale kurde, no teraz to sobie można odbić.

Podchodzę do rodziny z podwójnym wózkiem dziecięcym.

– Trochę za głośno tutaj dla córki, bo dopiero siedem miesięcy skończyła, ale wdraża się, że tak powiem – mówi ojciec.

– Czyli będziecie się rejestrować w czwórkę?

– No chyba tak. Kacperek ukulele ma, więc trzeba ten rekord w końcu pobić.

Od 14.00 kolejki do punktów rejestracji ciągną się już przez pół Rynku. Jest kilku ojców z dziećmi, młodych i starszych par, kilku starych harleyowców. Każdy z gitarą. Już wołają pod scenę główną, aby ustawić się w sercu dla Ukrainy. Wszyscy podnoszą gitary ku niebu. Postman, ukraiński piosenkarz, zaprasza ze sceny do Kijowa, po tym jak już Ukraina zwycięży. Kiedy gra, zza chmur wychodzi słońce. Jest pięknie, choćby tylko przez chwilę.

Potem zaczyna się jam. Na froncie Leszek Cichoński, Aleksander Baron z Afromental razem z ojcem Piotrem, saksofonistą jazzowym, no i LeBurn Maddox, który gra Hendrixa, jakby był jego kolejnym wcieleniem. Scena jest przepełniona gitarzystami i trzeba wierzyć na słowo, że gdzieś tam w tle są członkowie Happysad. Wszyscy grają „Hey Joe”. Może i jest to dopiero próba generalna, ale ma rozmach jakby to już było to. Cichoński próbuje być wesołym konduktorem tego gitarowego pociągu, ale co chwila odwraca się od mikrofonu i pokazuje, żeby hi-hat dać głośniej, że jego gitary nie słuchać – jest poirytowany, ale trzyma fason.

Kiedy zaczyna się właściwe pobijanie rekordu,  przeciskam się między ludźmi i próbuję wyjść z Rynku. Jest już po 16.00, a za mniej niż godzinę zaczyna się koncert WalusiaKraksyKryzys pod Halą stulecia z okazji 3-Majówki – swoistego afterparty po rekordzie. Czekając na przystanku, widzę w telefonie, że rekord został pobity – 7676 policzonych gitarzystów zagrało razem „Hey Joe” i Wrocław znowu stał się stolicą gitary.

– Ej, pobiliście dzisiaj ten rekord? – pyta Waluś ze sceny.

– Tak! – odpowiada skromny tłum.

– To pięknie, pięknie, gratuluję. A gdzie tutaj jest strefa gastro, bo w sumie bym coś zjadł?


Autor: Henryk Mamica-Hüsken

Zdjęcia: Henryk Mamica-Hüsken

Henryk Mamica-Hüsken

Dajcie mi kawę i papierosa, a zrobię wszytsko. Piszę o historiach stojących za muzyką i mam zamiłowanie do wszystkiego, co nieświęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi