Inspirujący człowiek, projektant i kostiumograf – Krystian Szymczak (WYWIAD)

„Jeszcze na studiach doszedłem do wniosku, że nie interesuje mnie wytwarzanie rzeczy, które można znaleźć w sieciówkach. […] Uznałem, że jeżeli mam zająć się modą, to nie taką, którą można dostać na co dzień, a raczej unikatową, po którą trzeba zgłosić się do projektanta.” – Krystian Szymczak.

Agata Jurewicz: Jak to się stało, że zająłeś się projektowaniem? Skąd zainteresowanie modą?

Krystian Szymczak: Tak naprawdę można uznać to za dość nudną historię, bo od małego wiedziałem, że będę tworzył ubrania. Czułem, że to jest to, co chcę robić. Dużo rysowałem i szkicowałem, bardzo wcześnie dostałem też od rodziny swoją pierwszą maszynę do szycia (na której pracuję do dzisiaj). Trafiłem do Liceum Plastycznego w Łodzi, które artystycznie nie spełniło moich oczekiwań. Ale to tutaj pierwszy raz zetknąłem się z modowym światem. Podczas Fasion Weeku byłem asystentem Pauliny Plizgi i mogłem zobaczyć jak wygląda produkcja pokazów mody. Następnie przeniosłem się do Gdyni, która wszystko zmieniła. W tamtejszym Liceum Plastycznym rozwinąłem się artystycznie, pochłonęło mnie malarstwo i sztuka.

A później Ukończyłeś Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu.

Początkowo myślałem o prywatnej szkole w Warszawie. Jednak większość osób z mojej gdyńskiej klasy wybierała się do Poznania na studia i nie chcąc się z nimi rozstawać również wybrałem to miasto. I tak w piętnaście osób przyjechaliśmy studiować na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym. Wybrałem kierunek Scenografia ze specjalizacją Projektowanie Ubioru. Podczas studiów mieliśmy zajęcia w Teatrze Nowym w Poznaniu, w którym pierwszy raz miałem możliwość poznać teatr od drugiej strony. Nieoczekiwanie praca kostiumografa i scenografa stała się dla mnie interesująca i stworzyła mi nowe perspektywy rozwoju.

Jak wygląda kariera zawodowa w teatrze?

Środowisko teatralne jest dość elitarne, zamknięte, a wejście w nie to nierzadko kwestia szczęścia. Nie jest łatwo o pracę, a na pewno nie wystarczy ukończenie szkoły i zaniesienie swojego CV. Teatr wymaga wielu kompetencji, trzeba umieć radzić sobie ze stresem i szybko nawiązywać kontakt z ludźmi. Zdarza się, że trzeba wręcz pełnić rolę psychologa i łagodzić różne konflikty i problemy w sytuacjach stresowych. Podczas studiów dostałem możliwość pełnienia roli asystenta scenografa w Teatrze Nowym w Poznaniu. Tak poznałem Mirka Kaczmarka – cenionego scenografa, z którym złapałem dobry kontakt i od którego nauczyłem się wiele. Przez kilka kolejnych lat pracowałem z nim jako asystent, niekiedy współtwórca kostiumów. Liczne współprace usamodzielniły mnie jako twórcę i pozwoliły na bycie niezależnym.

A jak rozwijałeś swoją karierę już poza samym teatrem? 

Założyłem Instagrama, na którego wrzucałem projekty realizowane na zajęciach. Chciałem w ten sposób tworzyć swoje portfolio, a publikowanie zdjęć nie wymagało wiele wysiłku. W dość szybki sposób poznałem wiele osób z branży modowej i wszystko zaczęło toczyć się samo. To właśnie przez Instagrama piszą do mnie styliści z prośbami o wypożyczenia ubrań. Moje projekty są ciągle w obiegu między sesjami zdjęciowymi, teledyskami, reklamami. Częste wypożyczanie ubrań sprawia, że marka staje się rozpoznawalna i ludzie coraz częściej kojarzą i rozpoznają moje projekty.

Jak nazwałbyś siebie zawodowo? Uważasz się za artystę, projektanta, kostiumografa, czy kogoś jeszcze innego?

Najpierw jestem projektantem, później kostiumografem. Artysta to jednak dla mnie bardzo szerokie pojęcie. Z pewnością wykonuję artystyczne prace, chociażby takie,  jak wykreowanie fryzury dla Alicji – główniej bohaterki spektaklu, do którego projektowałem kostiumy. Reżyserka – Martyna Majewska – wręczyła mi nożyczki i posadziła przy peruce tuż przed zdjęciami do plakatu spektaklu i kazała tworzyć, więc podjąłem wyzwanie i w kilkanaście minut mieliśmy to. Teatr często stawia przede mną takie wyzwania, których podjęcie wymaga pewnego artystycznego zacięcia, odwagi i kreatywności. Trzeba działać szybko, zdecydowanie  i świadomie. Podsumowując, jeżeli ktoś nazwie mnie artystą, to się nie obrażę.

Wszystko szyjesz w zaciszu domowym, samodzielnie?

Tak. Wyszedłem z założenia, że dobry projektant musi potrafić zrobić wszystko sam. Kiedy słyszę od krawcowej czy krawca w teatrze, że mojego projektu nie da się uszyć, udowadniam że jednak się da. Jestem w stanie zrobić konstrukcję, pokazać możliwości i rozwiązania. Wydaje mi się, że jest to wiedza, którą posiada niewielu projektantów, bo niewielu z nich chce poświęcać czas na szycie. Studia dają pewne jego podstawy, ale dużo pracy trzeba wykonać samemu. Raz coś się udaje, a raz nie, co bywa demotywujące. Trzeba wiele pruć, poprawiać, zaczynać od nowa, a to zajmuje długie godziny i wielu zniechęca. Ważne żeby się nie poddawać i iść za ciosem.

Przeglądając Twój Instagram, o którym wspominałeś, widzę bardziej dzieła sztuki niż ubrania. Jak ty, tworząc je, na nie patrzysz?

Jeszcze na studiach doszedłem do wniosku, że nie interesuje mnie wytwarzanie rzeczy, które można znaleźć w sieciówkach. I tak żyjemy w czasach nadprodukcji, przez którą marnuje się wiele materiałów. Uznałem, że jeżeli już mam zająć się modą, to nie taką, którą można dostać na co dzień, a raczej unikatową, po którą trzeba zgłosić się do projektanta. Dlatego szyję pojedyncze egzemplarze, a jeżeli powielam modele, to wybieram chociażby inną tkaninę, kolor. Rzeczy, które tworzę, nie są też w większości raczej użytkowe, a bardziej sesyjne czy do teledysków. Dlatego uważam moje projekty za obiekty sztuki.

Wracając jeszcze do zdjęć na Instagramie, zauważyłam, że modelki na nich nie pozują w “klasyczny” sposób. Jako twórca, jaki wpływ masz na to, jak zaprezentowane zostaną Twoje prace?

Są dwa rodzaje sesji: takie, które sam produkuję po stworzeniu kolekcji i takie, w których jedynie wypożyczam swoje ubrania stylistom. W pierwszym przypadku to ja decyduję, jak moje prace zostaną pokazane na zdjęciach, w drugim z kolei już nie. Czasem zdarza się, że dostaję informacje o modelkach, fotografach, moodboardzie sesji, ale czasem klimat projektu jest dla mnie niespodzianką. W efekcie nierzadko dostaję rozwiązania, na które sam bym nie wpadł, co uwielbiam w tym drugim typie sesji.

Projektując, skąd czerpiesz inspirację?

Ten temat jest dla mnie studnią bez dna, bo inspiracje czerpię z wielu kompletnie różnych rzeczy. Zazwyczaj szyjąc jedną kolekcję, mam już pomysł na drugą, a staram się wypuszczać przynajmniej dwie w roku. Moja ostatnia kolekcja była inspirowana gwiazdami rocka, latami 80, ostatnią płytą Miley Cyrus. I to właśnie różnorodna muzyka, której dużo słucham, jest dla mnie bardzo ważna. Obecnie, za sprawą prac do spektaklu “Amadeusz” w teatrze miejskim w Gliwicach, jest to muzyka klasyczna, co zapewne przełoży się na kolekcję, którą aktualnie szyję. Inspiruje mnie też natura, podróże, w tym częste podróże pociągami, nowe miejsca, a zwłaszcza Gliwice, które nieoczekiwanie pokochałem za przepiękną architekturę, spokój, naturę.

Wspominasz teraz Gliwice, a wcześniej Łódź, Gdynię i Poznań – tych podróży jest wiele.

Praca kostiumografa/scenografa w teatrze się z nimi wiąże. Jest ona typowo zleceniowa – poświęca się kilka miesięcy na jeden projekt, po czym zajmuje się kolejnym i kolejnym. Ja na stałe mieszkam w Poznaniu, natomiast prawie cały czas jeżdżę po Polsce. Spędziłem trochę czasu we Wrocławiu, teraz jestem w Gliwicach, później czeka mnie przeprowadzka do Warszawy. Rynek modowy jest skoncentrowany na stolicy – chcąc się rozwijać, prędzej czy później i tak bym do niej trafił. Chciałbym tam otworzyć pracownię, oswoić się w mieście i zbadać teren. W przyszłości planuję też własne atelier.

Jeżeli chodzi o Twoją ostatnią kolekcję – pojawiła się ona w mediach związanych z modą?

Tak, premierowo ukazała się ona internetowo w magazynie K MAG. Publikacja w tradycyjnych, papierowych magazynach wymaga ogromnych nakładów finansowych, jest ona bowiem odbierana jako reklama marki. Moje ubrania pojawiają się w edytorialach składających się z ubrań wielu różnych projektantów na całym świecie. Mam też nadzieję na pokazanie się na zagranicznym Fashion Weeku, ale na razie te plany pokrzyżowała pandemia. Koncentruję się na internetowych publikacjach, dzięki którym szybciej i łatwiej jest obecnie dotrzeć do większej ilości odbiorców.  Coraz mniej osób czyta papierowe magazyny, stały się one dobrem luksusowym, a w Internecie zasięgi są dużo większe.

Opowiadałeś wcześniej o tworzeniu peruki na potrzeby spektaklu “Alicja”, który niedawno miał swoją premierę we wrocławskim Capitolu. Jak przebiegała praca w tym teatrze i konkretnie nad tym projektem?

W Capitolu pracowałem już wcześniej, najpierw przy dwóch edycjach Przeglądu Piosenki Aktorskiej, potem przy “Lazarusie”. Teraz do “Alicji” zaprojektowałem ponad 100 kostiumów i to właśnie ona była dla mnie jak dotąd największą przygodą, zarówno prywatną, jak i zawodową. Projekty musiały powstać w dwa tygodnie. Praca była o tyle trudna, ponieważ próby do spektaklu zostały zawieszone przez epidemię, mogłem bazować jedynie na scenariuszu i wizji reżyserki. Ogromne wyzwanie i presja tego by stworzyć coś niebanalnego. Myślę, że dla każdego kostiumografa wykreowanie kostiumów do “Alicji” jest spełnieniem artystycznych marzeń. Niezwykle barwny świat tego tekstu daje pole do kreatywnego wyżycia się, wzbicia się na wyżyny wyobraźni i zrobienie czegoś, co da efekt “wow”. Od razu wiedziałem, że kostiumy powinny być duże i ciekawe na tyle, aby zdołały przykuć uwagę młodego widza i nie zanudzić. Praca przy tym spektaklu była przyjemna także przez wzgląd na bardzo dobry kontakt i artystyczne zgranie, które udało mi się osiągnąć z Martyną Majewską.

Ponad 160 kostiumów, rozumiem, że tym razem nie szyłeś samodzielnie?

W teatrze zazwyczaj projektant nie zajmuje się szyciem. Współpraca z aktorami, wybór tkanin, biżuterii, bielizny, butów, akcesoriów i charakteryzacji – wszystko to spoczywało przy “Alicji” na moich barkach. Jeżeli musiałbym dodatkowo samodzielnie szyć kostiumy, obawiam się, że byłoby to niewykonalne. Zawsze staram się pomóc krawcowym jak tylko potrafię i choć trochę odciążyć ich ogrom pracy. Są to dla mnie osoby wyjątkowe i szczególne – bez nich nie byłoby żadnego spektaklu, a niestety często nie docenia się pracy pracowni krawieckich.

A jak wygląda sama współpraca z aktorami?

Przez te ponad 5 lat pracy w teatrze spotkałem się już z wieloma różnymi postawami aktorów, niejedno widziałem, mam też za sobą trudne przypadki. Trzeba pamiętać, że każdy z nas chce jak najlepiej i pracuje na sukces projektu. Każdy z nas widzi daną postać przez swój pryzmat. Chociaż te spojrzenia są różne, to żadne z nich nie jest złe – musimy więc spotkać się w połowie drogi. Są aktorzy, którzy prawie do ostatniego momentu w ogóle nie ingerują w kostiumy. Super, kiedy moja propozycja w ich oczach okazuje się trafna, ale jako kostiumograf muszę też brać pod uwagę to, jak aktorzy czują i widzą swojego bohatera. Dlatego właśnie często wcielam się w rolę psychologa, dyplomaty. Muszę tak samo potrafić dogadać się z kimś, kogo znam pięć lat, jak i z kimś, kogo znam pięć minut. Na szczęście zazwyczaj się udaje.

Pojawiasz się na próbach generalnych?

Staram się uczestniczyć w wielu próbach, chociażby dlatego, że czasami dopiero podczas prób okazuje się, że kostiumy nie są odpowiednie do układu, który wymyślił choreograf lub tego w jaki sposób prowadzona jest postać. Wtedy trzeba się dogadać i wprowadzić modyfikacje. Z kolei wszystkie próby generalne są dla mnie obowiązkowe.

Którą ze swoich teatralnych współprac wspominasz najlepiej? Było ich wiele, wymieniłeś już Gliwice, pracowałeś też w Szczecinie?

Bardzo dobrze wspominam „Księcia Niezłomnego” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Odpowiadałem tam za scenografię, kostiumy i reżyserię świateł. Miałem okazję współpracować ze wspaniałą krawcową, Elą, która odszyła kostiumy dokładnie tak, jak je sobie wyobraziłem. Równie dobrze spisali się oświetleniowcy i panowie tworzący scenografię. Wszyscy  zadbali o to, żeby świat spektaklu był dokładnie taki  jak chciałem. Tak naprawdę każdy teatr to dla mnie wyjątkowa przygoda. Nawet bardziej wyjątkowe są powroty do miejsc, w których już tworzyłem i witający mnie w nich z uśmiechem i serdecznością ludzie.

Mówisz o swojej pracy w większości w superlatywach, ale każde, zwłaszcza artystyczne zawody, niosą ze sobą także trudne chwile. Jak to wygląda w Twoim przypadku?

Chyba jak każdemu, zdarzały się sytuacje, w których musiałem podejmować się prac zupełnie niezwiązanych z moją zawodową ścieżką. Chociaż jeszcze do niedawna pracowałem jako asystent na UAP, a wcześniej w sklepie z garniturami, zdarzało mi się jeździć po festynach i malować dzieciom twarze. Już jako dziecko pomagałem rodzicom sprzedając wędzone ryby nad morzem. Do wszystkiego musiałem dojść sam. Każde dodatkowe pieniądze, które zarabiałem, przeznaczałem na materiały, dzięki którym tworzyłem kolekcje. Kiedy inni wyjeżdżali na wakacje, ja siedziałem w Poznaniu i szyłem. Mam za sobą lata wysiłku i wyrzeczeń, które się opłaciły. Patrząc wstecz widzę, że gdyby nie one, nie zbudowałbym tak silnej marki.

Jesteś bardzo młodym człowiekiem, a osiągnąłeś naprawdę wiele, spełniasz się zawodowo, poznajesz różnych ludzi i odwiedzasz wspaniałe miejsca. Czy o czymś jeszcze marzysz?

Na pewno o tym, aby wszystko to, co wymieniłaś trwało, bym nadal mógł się rozwijać. Wiele rzeczy jeszcze jest przede mną. Chciałbym realizować się w modzie, uczynić z niej większą część mojego życia. Zdaję sobie sprawę, że w pewnym momencie będę musiał wybrać między nią, a teatrem, na razie jednak jeszcze tego nie potrafię. Obie te dziedziny wymagają 100% zaangażowania, trudno jest je więc łączyć. Na razie jestem w idealnym miejscu, idealnym momencie mojego życia. Staram się być otwarty i czerpię ogromną radość ze wszystkiego co robię. I marzę o tym, aby tak pozostało.


Autor: Agata Jurewicz

Zdjęcia: Archiwum prywatne

Agata Jurewicz

Pochodzę z miejscowości położonej przy styku trzech państw Niemiec, Polski i Czech. Od kilku lat mieszkam we Wrocławiu. Jestem zawodowym aktorem musicalowym i serialowym. Moją drugą pasją jest pisanie. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Szczególnie cenie sobie kreatywność, pracowitość i optymizm, którym sama staram się dzielić. Radość czerpię z podróży, słonecznych dni, muzyki i spacerów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *