Leftovers – Resztki kwarantanny

Pod koniec tego pokręconego roku Spaceslug wrócił z EPką Leftovers. Materiał, który przypomina o początkach trudnego dla nas wszystkich czasu, jest dużo lżejszy od poprzednich dokonań trio. To niebezpieczne określenie, ale chciałoby się powiedzieć – świąteczna płyta.

Spaceslug (czyli Bartosz Janik, Jan Rutka i Kamil Ziółkowski) byli do tej pory specjalistami od budowania kosmicznych światów. Debiutowali w 2016 roku albumem Lemanis i do dziś wydali już w sumie sześć albumów, każdy bardziej różnorodny od poprzedniego. Zawsze jednak oscylowali gdzieś w okolicach stoner rocka i doom metalu. Na EPce Leftovers wychylili się w nieco inne rejony. Oprócz tego, jak to już wcześniej bywało, zespół wsparł muzyk gościnny. Tym razem był to Piotr Grzegorowski (gitara, pianino i syntezatory) który odpowiada też za realizację nagrań do Leftovers w swoim Jupiter Ranch Studio.

Już na poprzedniej płycie Reign Of The Orion Spaceslug odchodzili stopniowo od ciężkich, przesterowanych gitar, ustępując lżejszym brzmieniom. Jednak przy Leftovers wyciszyli się jeszcze bardziej. Zrezygnowali z mocnych riffów i to właściwie największa zmiana, bo Spaceslug wciąż brzmi jak Spaceslug. Pokazuje tylko, że żeby rozpłynąć się w innym świecie, nie trzeba nakręcać się bez przerwy tak gigantycznymi brzmieniami.

W zamian dostajemy więcej akustycznych gitar, wciąż okraszonych pięknymi konstrukcjami syntezatorów. Wchodzimy do równie barwnego świata, ale brzmienia nie są już tak odjechane. Więcej uwagi poświęcili na przestrzenne wokale i różnorodność akustycznych dźwięków. Naprawdę jest na czym zawiesić ucho, choćby tylko dla samego wybrzmiewania pogłosów. Kompozycje jednocześnie wydają się prostsze niż wcześniej i ma to swój urok. Mamy do czynienia raczej z piosenkowym wydaniem zespołu. W tym sensie przypomina mi nieco album Obscured By Clouds Pink Floyd – również prostszy niż sztandarowe dokonania, ale przez to bardziej przystępny.

Cieszy mnie też czas trwania płyty, czyli niespełna 22 minuty. Brakuje mi czasem takich zwięzłych, stosunkowo krótkich albumów. Kolosy trwające ponad godzinę stały się już niemalże standardem. Kiedy co jakiś czas trafi się takie małe cudeńko, można się przy nim cudownie wyciszyć.

Ta krótka odskocznia od kosmosu intryguje: co stanie się dalej? Na co tym razem wpadnie Spaceslug? Czy był to tylko przelotny romans z prog rockiem? Aż by się chciało usłyszeć rozwinięcie nowego podejścia. Do tej pory nie trzeba było długo czekać na kolejne wydawnictwa, miejmy nadzieję, że tak będzie i tym razem.

Jeśli ktoś szuka galaktycznego przesteru i riffów inspirowanych Black Sabbath, to może z powodzeniem wrócić do poprzednich dokonań Spacesluga. Z kolei jeśli kogoś innego odrzucało metalowe brzmienie zespołu, to teraz ma świeżą szansę wejrzeć w uczucie i misterność jaką zespół wkłada w swoje kompozycje.

W tym miejscu można postawić grupie zarzut, że jest w pewnym sensie monotonny. Utwory wiją się w dość podobnym, ślimaczym tempie. I to od początku działalności. Ja tę ślamazarność odbieram jako sposobność do refleksji i rzucenia uchem na różnorakie muzyczne niuanse. Nawet w tak krótkim wydaniu zespół przeprowadza nas przez całą gamę emocji. Najbardziej zaskakuje chyba Place To Turn, który mimo gitary akustycznej jest chyba jednym z (relatywnie) najszybszych numerów Spacesluga. From Behind The Glass jest za to wyjątkowo wycofany. Faktycznie słuchamy go zza jakiejś szyby. Czuć pustkę, która nas w tym roku dotknęła.

Moim ulubionym utworem został zdecydowanie The Birds Are Loudest in May (Ptaki są najgłośniejsze w maju). To właśnie wtedy powstawał materiał. Mam wrażenie, że podczas pierwszego lockdownu mieliśmy w sobie jeszcze dużo nadziei. Tę świadomość, że trudny czas ogólnej kwarantanny niedługo się skończy. To słychać w tym utworze. Dobrze, że ukazał się dopiero teraz w grudniu, kiedy ta powszechna nadzieja nieco wygasła. Naprawdę jej potrzebujemy, bo zdążyliśmy się już przekonać, że ten ciężki czas nie minie tak prędko. Może uda nam się złapać nadzieję na nowo, tym bardziej, że do maja już niedaleko.


Autor: Grzegorz Śnieg
Zdjęcie (okładka): Mateusz Makarski, Anna Rubiś

Grzegorz Śnieg

New Model Army w uszach, aparat w ręku, brak lęku w sercu. Tak zwiedzam miasto. W przerwach między spacerami a studiami oglądam filmy na DVD. W przyszłości chciałbym męczyć potomnych produkcjami Noah Baumbacha, tak jak mnie dręczono "Czterema pancernymi i psem".

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *