Liga Mistrzów – pierwsza seria rewanżów!

Dogrywka, dziurawy mur, słowne przepychanki, (prawie)remontada, sztuczne przełamanie klątwy, niewykorzystane jedenastki i przepiękne bramki. Wszystko to wydarzyło się w tym tygodniu Ligi Mistrzów. Efekt jest jeden –  poznaliśmy pierwszych ćwierćfinalistów!

Rewanżowe starcia zawsze zapewniają dodatkowy dreszczyk emocji. Często przewaga wypracowana w pierwszym pojedynku zostaje niespodziewanie roztrwoniona, a underdog staje się czarnym koniem całego turnieju. Co prawda, w tym tygodniu zespoły, które poradziły sobie w pierwszym meczu awansowały do kolejnej fazy, więc trudno mówić o niesamowitych comebackach. Nie wszystkie wyniki  odzwierciedlają jednak to, co działo się na europejskich boiskach.

Żegnaj Stara Damo

Juventus na rewanż z Porto musiał nastawić się na ultra ofensywę. W pojedynku na Estádio do Dragão piłkarze Andrei Pirlo przegrali 1:2, więc aby awansować do ćwierćfinału musieli strzelić co najmniej dwie bramki. Oczywiście zakładając, że zachowają czyste konto. I tutaj sprawy zaczęły się komplikować. Wojciech Szczęsny skapitulował już w dwudziestej minucie. Nie miał wiele do powiedzenia, bo jak zwykło się mówić: „nie ma obronionych karnych, są tylko źle strzelone”. Polak obronić nie dał rady, a Sergio Oliveira jedenastkę wykonał perfekcyjnie. Balans w grze Juventusu musiał jeszcze bardziej przechylić się na stronę ofensywy. We wtorkowy wieczór pojawił się jednak dosyć istotny problem: prawie wszystkim piłkarzom z przedniej formacji, mówiąc delikatnie, nie szło. Wszystkim, poza jednym – Federico Chiesa rozegrał kapitalne zawody. Golem na 1:1 z początku drugiej połowy, podtrzymał nadzieje kibiców Starej Damy. Mehdi Taremi tę nadzieję wzmocnił jeszcze bardziej. W przeciągu dwóch minut Irańczyk otrzymał dwie żółte kartki – pierwszą za faul, drugą za niesportowe wybicie piłki. Napastnik Smoków próbował przekonać arbitra, że nie słyszał gwizdka, ale przy pustych trybunach Björn Kuipers tego usprawiedliwienia nie zaakceptował. Pozostałe 35 minut Porto musiało grać w dziesiątkę.

Festiwal formy kontynuował Federico Chiesa. Młody Włoch ponownie wpisał się na listę strzelców zaledwie kilka minut po rozpoczęciu gry w przewadze. Chwilami wydawało się, że na boisku widzimy dwóch Cristiano Ronaldo – tego z lat świetności, pod postacią Chiesy, i tego prawdziwego, który skrywał się w cieniu młodszej wersji samego siebie. Czasu na dobicie osłabionego rywala było jeszcze wiele, ale 90 minut nie wystarczyło na wyłonienie zwycięzcy dwumeczu. O losach rywalizacji miała przesądzić dogrywka. Pomimo narastających emocji, wynik przez większość czasu pozostawał niezmienny i konkurs rzutów karnych zbliżał się wielkimi krokami. Koniec końców do niego nie doszło. Doszło natomiast do wielkiej kompromitacji Juventusu. Kluby stawiane w roli faworytów nie raz przegrywały z teoretycznie słabszymi przeciwnikami. Samo Juve jest tego świetnym przykładem – w zeszłych edycjach Ligi Mistrzów odpadało po bataliach z Ajaxem i Lyonem. Na tym właśnie polega piękno piłki nożnej. Dlaczego mowa więc o wielkiej kompromitacji?  Chodzi o kuriozalne okoliczności straconej bramki, a dokładniej o kuriozalne zachowanie muru. Sergio Oliveira wykonywał rzut wolny ze znaczniej odległości. Odległości, z której trudno zaskoczyć bramkarza. Ta sztuka jednak się udała. Portugalczyk uderzył mocno, ale po ziemi, w krótki róg Szczęsnego. Sam Polak mógł zachować się lepiej, ponieważ miał piłkę na ręce, ale najbardziej zawiedli zawodnicy w murze. Podskoczyli jakby niezainteresowani torem lotu piłki, nawet na nią nie spoglądając. Cristiano Ronaldo, Alvaro Morata i Adrien Rabiot – święta trójca, która podsumowała swoją słabą dyspozycję.

Co prawda, chwilę później Rabiot strzelił gola na 3:2, ale turyńczycy potrzebowali jeszcze jednego trafienia, aby nie wylecieć za burtę. Nie udało się. Sensacja na Allianz Stadium stała się faktem. Porto świętowało awans. Kto wie, czy Cristiano Ronaldo nie zmarnował ostatniej okazji, aby doprowadzić Starą Dame do triumfu w LM. Został sprowadzony właśnie w tym celu, a tymczasem rzeczywistość jest brutalna nawet dla niego. W trzech sezonach w Juve strzelił mniej bramek w Champions League niż w ostatnim w barwach Realu Madryt. Jedno jest pewne – w przeciwieństwie do Andrei Pirlo, Portugalczyk na pewno zostanie w Turynie do końca sezonu. Przyszłość włoskiego trenera wisi na cienkim włosku

Juventus – FC Porto 3:2 (4:4)
Bramki: 49’ 63’ Chiesa, 117’ Rabiot – 19’ 115’ Oliveira

Norweska siła

Erling Haaland – człowiek, który przypieczętował awans Borussi do ćwierćfinału. Nie dość, że w pierwszym spotkaniu przeciwko Sevilli ustrzelił dwa gole, to w starciu rewanżowym powtórzył ten wyczyn. Najpierw dokonał formalności wykorzystując podanie Marco Reusa na pustą bramkę. Napastnik znajdujący się w tak dobrej dyspozycji, takie sytuacje wykańcza z zamkniętymi oczami. Następnie jeszcze raz skonfrontował się z bramkarzem gości i nie skończyło się tylko na ponownym trafieniu do siatki. Norweg nie wykorzystał jedenastki, ale los postanowił dać mu drugą szansę. Poprawka – to nie kwestia boskiej interwencji, a złamanie przepisów przez Bono. Marokańczyk nie stał przynajmniej jedną nogą na linii bramkowej przed oddaniem strzału. Zanim arbiter ponownie wskazał na jedenastkę, bramkarz Sevilli bardzo ekspresywnie wyraził swoją radość z powodu udanej interwencji, co utkwiło w pamięci Haalanda. Według napastnika Borussi doszło do prowokacyjnych słów pod jego adresem. Strzelec jedenastki drugi raz się nie pomylił i postanowił odpłacić przeciwnikowi pięknym za nadobne. Co prawda, sam Norweg nie miał pojęcia co powiedział swojemu rywalowi, ponieważ użył dokładnie tych samych słów, które usłyszał chwilę wcześniej w nieznanym mu języku. Doszło do scysji pomiędzy piłkarzami obu ekip, a Haaland otrzymał żółtą kartkę za niesportowe zachowanie.

Atmosfera w dalszej części meczu nadal była gorąca. Na szczęście tylko dzięki boiskowym wydarzeniom. Autorem podwyższonych emocji ponownie został Marokańczyk, ale tym razem występujący w linii ataku. Youssef En Nesyri popisał się dubletem, który pobudził resztki nadziei w zawodnikach hiszpańskiej ekipy. W 69. minucie trafił z rzutu karnego i obyło się bez zbędnych, prowokacyjnych celebracji. Z resztą, świętować nie było jeszcze czego, bo na tamten moment Sevilla potrzebowała dwóch bramek, żeby doprowadzić do dogrywki. Drugiego gola zobaczyliśmy dopiero w końcówce doliczonego czasu i wydawać się mogło, że i tak już po ptakach. Na dosłownie kilka minut przed końcowym gwizdkiem podopieczni Julena Lopetegui’ego przedostali się w pole karne BVB i stanęli przed okazją do dokonania niemożliwego. Żaden z nich nie odważył się jednak wziąć odpowiedzialności na własne barki i nie doszło nawet do oddania uderzenia. Zabrakło zdecydowania i odwagi, kosztem czego zapłacili najwyższą cenę i odpadli z Ligi Mistrzów. W ten sposób prawdopodobnie pozbawili się szans na jakikolwiek puchar w tym sezonie. W rewanżowym spotkaniu Copa del Rey z Barceloną wypuścili finał z garści. Na ich ulubioną Ligę Europy też nie mogą już liczyć. Świetna forma Nervionenses w 2021 roku zderzyła się z żółtą ścianą.

Borussia Dortmund – Sevilla 2:2 (5:4)
Bramki: 35’ 54’ Haaland – 69’ 90+6’ En Nesyri

Remontada bez wyniku

Barcelona na własne życzenie stanęła przed bardzo trudnym zadaniem. Ponownie. Na Camp Nou przegrali w kompromitującym stylu 1:4 z PSG i aby awansować do dalszej fazy turnieju, musieliby powtórzyć cud z 2017 roku. Słynna remontada. I chociaż wynik całkowicie na to nie wskazuje, byli bardzo blisko ponownego zapisania się na kartach historii. Pomimo straty pierwszej bramki, zagrali perfekcyjne 45 minut. Dominowali w każdym aspekcie gry – oddane strzały, posiadanie piłki i niebezpieczne sytuacje podbramkowe przemawiały na ich korzyść. Paryżanie tylko raz wykonali udany drybling. Całkowita deklasacja. Zamiana ról w porównaniu do meczu w stolicy Katalonii. Brakowało jednego, jakże istotnego czynnika. Skuteczności. W pierwszej połowie Blaugrana powinna prowadzić co najmniej 3:1, ale Ousmane Dembélé marnował setkę za setką. Francuz nie potrafi zachować chłodnej głowy w najbardziej kryzysowych momentach.  Swoją drogą, takich momentów w jego karierze w Hiszpanii nie było zbyt wiele, bo kiedy łapał dobrą formę, pojawiała się kolejna kontuzja. Zawiódł też inny reprezentant Trójkolorowych. Clement Lenglet sprokurował rzut karny. Z wapna nie zawiódł za to Kylian Mbappe.

Leo Messi widział, że koledzy z ofensywy nie imponują wykończeniem, więc jak na kapitana przystało, wziął sprawy w swoje ręce. Właściwie we własne nogi. Keylor Navas wielokrotnie ratował czyste konto gospodarzom, ale przy tej petardzie Argentyńczyka nie miał najmniejszych szans. Strzał perfekcyjny, w samo okienko bramki. Kolejna próba Messiego już tak idealna nie była, a Navas dokonał bolesnego odwetu. Wyszedł górą z pojedynku na jedenastym metrze. Rzuty karne w kluczowych momentach w Lidze Mistrzów są małym przekleństwem żywej legendy Barcy. W drugiej odsłonie spotkania PSG nawet nie próbowało udawać, że nie boi się o wynik. Tak naprawdę w ogóle mało czego chciało spróbować. Zwłaszcza jeśli chodzi o stworzenie sytuacji bramkowej. Barcelona nie zwalniała tempa i kontynuowała dominację, równocześnie kontynuując też festiwal nieskuteczności. Następne trafienia wisiały w powietrzu, ale nie doszły do skutku. Gra na miarę remontady, tej remontady nie przyniosła. Barca nie dokonała możliwego. Czy Messi rozegrał ostatni mecz w koszulce Barcelony w Champions League? Plotki o jego odejściu ucichły wraz z wygranymi przez Joana Laporte wyborami  na stanowisko prezesa klubu. Jeśli jednak latem opuści Camp Nou, to pożegna się z europejskimi rozgrywkami w bardzo spektakularny sposób.

Jesteśmy świadkami końca trwania pewnej epoki. Po raz pierwszy od sezonu 2003/2004 ani Cristiano Ronaldo, ani Leo Messi nie dostali się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Czas płynie nieubłaganie nawet dla nich. Powoli musimy szykować się na ich zejście ze sceny i ta świadomość boli.

PSG – FC Barcelona 1:1 (5:2)
Bramki: 31’ Mbappe – 37’ Messi

Przełamany kryzys

Liverpoolczycy przełamali klątwę meczów domowych. W sześciu zeszłych spotkaniach Premier League za każdym razem przegrywali na własnym obiekcie, co jest niechlubnym klubowym rekordem. W rewanżu z RB Lipsk ponownie pokonali niemiecki zespół 2:0. W tej pięknej historii tkwi jednak jeden, mały haczyk. Mecz ponownie został rozegrany na neutralnym terenie. Restrykcyjne obostrzenia znów dały o sobie znać i Puskas Arena w Budapeszcie drugi raz stała się zastępczym stadionem. Trzy tygodnie temu była twierdzą Lipska, a w zeszłą środę to Liverpool musiał się w niej zadomowić. Oczywiście zasada bramek na wyjeździe nie straciła na aktualności. Absurdalne zasady w absurdalnej rzeczywistości. The Reds świetnie poradzili sobie w roli gospodarzy. Klątwa Anfield nie zawędrowała z nimi na Węgry. Początek meczu zwiastował jednak problemy.

Wszystko za sprawą niemocy ofensywnej Liverpoolu. Trio Salah – Jota – Mane koncertowo marnowało dogodne okazje na pokonanie bramkarza przeciwników. Nie ma natomiast sensu długo się nad nimi pastwić, ponieważ to nie im powinno zależeć najbardziej na trafieniu do siatki. „Gospodarze” wypracowali sobie stosunkowo bezpieczną przewagę w pierwszym spotkaniu, a i tak przejęli inicjatywę w drugim. Lipsk nie miał pomysłu na rozmontowanie defensywy piłkarzy Jurgena Kloppa. Tak naprawdę Die Bullen tylko raz na poważnie zagrozili Alissonowi. Obrońcy angielskiej drużyny odrobili pracę domową i nie mieli problemu z antycypowaniem ofensywnych starań Yussufa Poulsena, Daniego Olmo, czy Marcela Sabitzera.  Z kolei napastnicy The Reds przełamali marazm i zrobili akcje kopiuj-wklej z pojedynku numer jeden, wbijając dwie szybkie szpile. Mohamed Salah wyprowadził zespół na prowadzenie, a cztery minuty później Sadio Mane dokonał formalności uderzając z bliskiej odległości.

Liverpool ma ogromne problemy w lidze. Na ten moment traci siedem punktów do miejsca gwarantującego udział w przyszłorocznej edycji LM, więc być może jedynym sposobem na pozostanie w rozgrywkach będzie wygranie ich w tym sezonie. Póki co, ekipa z miasta Beatlesów ma jeszcze szanse na obydwu frontach.

Liverpool – RB Lipsk 2:0 (4:0)
Bramki: 70’ Salah 74’ Mane


Autor: Miłosz Szade

Zdjęcie: Wikimedia Commons

Miłosz Szade

Pochodzę z wielkopolski, a obecnie studiuję i pracuję we Wrocławiu. Wymarzona praca? Oczywiście Dunder Mifflin Papier Company. Sport jest moim głównym źródłem zainteresowań i to jemu zamierzam poświęcać jak najwięcej czasu. Jestem również otwarty na wszelakie teksty kultury, zwłaszcza te z udziałem Toma Hanksa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *