Pesto z rzodkiewki, czyli co zrobić z kopytami po koniu?

Parę dni temu koleżanka opowiedziała mi o swoim podejściu do zero waste w postaci pesto z rzodkiewki. Było fatalne. Ja natomiast zacząłem się zastanawiać, czy zjadłbym konia z kopytami, czy też kebaba razem z folią. 

Wiesz, to było tak – mówi – dostałam wypłatę. Otworzyłam lodówkę i świeciła pustkami. W Biedronce patrzę na rzodkiewki, jeden pęczek za 99 gr., a wiesz, normalnie są po dwa złote. Więc wzięłam dwa. Wracam do domu cała zadowolona, zrobiłam sobie sałatkę z tuńczykiem,  jajkiem i tymi rzodkiewkami. Odcięłam liście, to co zostało schowałam do lodówki. I patrzę na te liście, że zostało mi w cholerę tej zieleniny, i myślę: no nie zmarnuję tego przecież. I widzę, że można z tego zrobić pesto. No to daję czosnek, te liście, oliwę, sól, pieprz, blenduję, próbuję i smakuje jak gówno. No ale nie wyrzucę tego przecież, więc schowałam to do pojemniczka z tej pizzerii, gdzie pracuję. Zjem, jak nie będę miała pieniędzy.

Tymczasem ja patrzę na folię aluminiową, owiniętą wokół mojego kebaba. Czy ja powinienem to zjeść? Pytam się jej i pastwię nad nią, a ona się śmieje. Ale ma trochę racji. Jasne, że nikt mi nie każe zjadać opakowania razem z produktem, ale mogę je chociaż dać do recyklingu. W końcu po Pacyfiku dryfuje wyspa plastikowych śmieci trzykrotnie większa od Francji. Ktoś powinien coś z tym zrobić, kogoś musi być stać na wyłowienie tego wszystkiego. Mnie nie, ale kogoś na pewno.

Zresztą nie wiem nawet, gdzie te moje posortowane śmieci ostatecznie trafiają. Czasem widzę kubły podzielone na papier, plastik, metal. Jak z początku jeszcze zastanawiałem się, gdzie wrzucić dany śmieć, to po odkryciu, że pod każdym z tych otworów jest ten sam worek, przestałem się tym zbytnio przejmować. Zresztą nawet jeśli wszytsko pójdzie dobrze i śmieci trafią do właściwego worka, to co się z nimi dzieje? Co jak się jakiś worek otworzy w śmieciarce? Czy wtedy starania tych wszystkich ludzi, którzy upewniali się, że to właśnie do tego, a nie do innego worka ma trafić ich śmieć, idą na marne? Tak na dobrą sprawę, czy to wszystko i tak nie jest na marne? Jeśli wierzyć ogólnej panice, to tu przecież potrzeba działań na globalną skalę, reformy industrialnej, a nie zastanawiania się, gdzie wyrzucić opakowanie po biojogurciku.

Nigdy jednak nie miałem wątpliwości co do liści od rzodkiewki. One trafiają na kompost. Właśnie po ostatniej zimie rozebraliśmy go z ojcem, a ziemię wykorzystał do kwiatków w ogródku. To całkiem praktyczne ze strony matki natury, że o ile zostawi się zieleninę w spokoju, to sama z siebie zniknie, obróci w proch, z którego powstała. Nie można tego samego powiedzieć o plastikowym woreczku, w którym przyniosło się ją do domu, ale on też ma swoje miejsce. Trafia do większego worka, wciśniętego w niewidoczny kąt kuchni. Na przestrzeni lat uzbierał się tam, jak na moje oko, z dobry metr sześcienny plastikowych worków. Do rozmiarów Francji to jeszcze daleko. Kiedyś pewnie trafi do recyklingu. A dalej to nie mam pojęcia. Przynajmniej będę miał lżej na sumieniu, wiedząc, że wykonałem swój obowiązek.


Autor: Henryk Mamica-Hüsken

Zdjęcie: Dominika Smolarczyk

Henryk Mamica-Hüsken

Dajcie mi kawę i papierosa, a zrobię wszytsko. Piszę o historiach stojących za muzyką i mam zamiłowanie do wszystkiego, co nieświęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi