Pięć gwiazdek-„Materiał nutowy to jedyny język, który bez względu na szerokość geograficzną brzmi tak samo i jest zrozumiały dla wszystkich”- Rafał Jędruch (WYWIAD)

Czwarta gwiazdka, a z nią pracowity i utalentowany muzyk-  Rafał Jędruch. Zaczynał od klasycznych pasaży, a dziś to saksofonista, który pisze własne kompozycje. Z jego zapisów nutowych korzystają muzycy na całym świecie m.in. w Argentynie, Stanach Zjednoczonych, Chinach, Japonii, Indonezji, Ukrainie i Niemczech.

Agata Jurewicz: Jesteś saksofonistą, jak właściwie zaczęła się twoja przygoda z tym instrumentem ? 

Rafał Jędruch: Zaczęło się dość standardowo. Interesowało mnie w domu wszystko, co wydawało dźwięki i co dało się zaadaptować na perkusję: garnki, meble, żelazko itp. Tłukłem w to godzinami bez litości i to był chyba pierwszy istotny sygnał dla moich rodziców, że nie będę strażakiem czy piłkarzem. W trosce o kondycję wyposażenia domu, otrzymałem w zastępstwie jakiś keyboard. Nie upierałem się przy perkusji – przeniosłem zainteresowanie na klawiaturę. Nie pochodzę z „muzycznej” rodziny, ale w otoczeniu towarzyskim moich rodziców figurował znajomy muzyk. Doniesiono mu o moich upodobaniach i jak tylko dostatecznie podrosłem – stanąłem przed komisją egzaminacyjną do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Wacława z Szamotuł w Szamotułach. Dostałem dyspozycję, aby pod żadnym pozorem nie wmówiono mi, że mam predyspozycje na skrzypka albo trębacza. O losie niezdecydowanych dzieci na egzaminach decydują wolne godziny w etatach nauczycielskich, nie chciałem być ich wypełniaczem. Nie dałem się przekonać i jako 11- latek trafiłem do klasy saksofonu.

Zatem od dzieciństwa chciałeś wykonywać zawód muzyka? 

Nie, zdecydowanie nie. Moje początki w szkole muzycznej były dość trudne. Nie lubiłem przedmiotów teoretycznych, byłem urwisem i nie uczyłem się systematycznie. Wsiąkałem w szkolną społeczność, zawiązywałem znajomości, przeżywałem pierwsze miłosne zauroczenia. Nie wiedziałem wówczas na pewno, że oto właśnie życie pisze moją muzyczną historię, ale czułem, że podoba mi się ten świat. Niestety nie pamiętam, czy marzyłem o byciu policjantem czy komandosem, przejawiałem trochę skłonności do zostania architektem. Całkiem niedawno wpadł mi w ręce zeszyt w kratkę z projektami domów – może lepiej dla zdrowia i życia wielu ludzi, że ten talent nie zaznał rozwoju.

Jak wspominasz swoją edukacje muzyczną ?

 Nie byłem pilnym uczniem. Szybko narobiłem sobie sporych zaległości w przedmiotach teoretycznych, ale na szczęście dla mojego uczniowskiego bytu, bardzo dobrze szło mi na saksofonie. Przez nadrabianie zaległości po godzinach, udawało się przechodzić z klasy do klasy. Te czasy kojarzą mi się ze stresem, spoconymi dłońmi i zamachem na indywidualność. Do tego ostatniego przekonania dojrzewałem dłużej. Większość miłych wspomnień z czasów edukacji, związana jest z przynależnością do szkolnej paczki i muzykowaniem podczas wagarów. Wad edukacji upatrywałbym w trochę ograniczonym dostępie do „świeżego powietrza” w muzyce. Granie tych samych kompozycji przez kolejne pokolenia, niewiele zajęć pokazujących szerzej oblicze gatunkowe muzyki. Mimo wszystko bardzo dużo zawdzięczam edukacji klasycznej dała mi solidny fundament. Do basu cyfrowanego wróciłem z sympatią po latach, a o Josephie Haydnie myślę dzisiaj ciepło i z należytym szacunkiem.

Brałeś udział w jakichś konkursach, przeglądach muzycznych ? 

Reprezentowałem szkołę na kilku konkursach i festiwalach saksofonowych, ale bez żadnych spektakularnych sukcesów. Nie jestem fanem rywalizacji w muzyce. Kolekcjonowałem dyplomy uczestnictwa i strasznie nieprzyjemne doznania związane z występami. Granie na pamięć jakichś obco brzmiących, obszernych materiałowo „piosenek”, było męczące. Do dziś podziwiam muzyków, którzy przez kilkadziesiąt minut grają, nie chcę powiedzieć odtwarzają, ale realizują zapisany przez kogoś utwór „nuta w nutę”. Kiedyś brzmienie saksofonu kojarzyło mi się z ładnymi melodiami Candy Dulfer, a nie z sonatiną czy transkrypcjami utworów Bacha.

Teraz sam piszesz materiały edukacyjne, opowiedz o procesie ich powstawania. Co cię inspiruje? 

Kilka lat temu odkryłem, że media społecznościowe mogą być kanałem komunikacji z ludźmi z całego świata zajmującymi się muzyką. Zacząłem udostępniać krótkie filmy dokumentujące moją codzienną pracę. Okazało się, że jestem w tym dość systematyczny i wzbudzam zainteresowanie innych saksofonistów. Pomyślałem, że zamiast odpowiadać na kilkadziesiąt wiadomości dziennie, spiszę swoje ćwiczenia i opakuję  je w PDF-y. Był to na tyle dobry pomysł, że kilka miesięcy później musiałem założyć sklep internetowy, ponieważ nie byłem już w stanie osobiście zapanować nad dystrybucją. Materiał nutowy to jedyny język, który bez względu na szerokość geograficzną brzmi tak samo i jest zrozumiały dla wszystkich. Kiedy otrzymuję informacje, że z tych ćwiczeń korzystają saksofoniści z Argentyny, Stanów Zjednoczonych, Chin, Japonii, Niemiec, Indonezji, Ugandy, Ukrainy i wielu innych miejsc na świecie, to mam poczucie, że robię dobrą robotę. To wszystko jest konsekwencją mojej pracy z saksofonem. Uważam, że do każdego celu musi prowadzić skrupulatnie i skrzętnie skonstruowany plan działania.

 Co daje Ci większą radość: koncerty, estrada czy praca w zaciszu domowym ? 

Każda z tych aktywności odpowiada za inny ośrodek odczuwania zadowolenia. Koncerty i praca poza domem to spotkania z ludźmi, żywa i natychmiastowa interakcja. Kiedyś nie mogłem usiedzieć na miejscu i grałem wszystko ze wszystkimi. Wszędzie fajnie, byle gdzieś w trasie i z kolegami „za piwko i chleb”. Od kilku lat praktykuję zgoła odmienny tryb życia. Dopuściłem do głosu rzeczy dla mnie ważne, które wcześniej w chaosie próżnej pogoni, nie miały siły przebicia. Świetnie czuję się w swojej ćwiczeniówce. Chyba nigdy nie odczuwałem większej przyjemności z „tu i teraz”. Praca nad własnym materiałem daje mi poczucie działania w słusznej sprawie, zwłaszcza, że przeżyłem już na tyle dużo, iż mogę opowiedzieć to za pośrednictwem kompozycji. Nie gonię za nowymi znajomościami w celu osiągnięcia jakichś profitów towarzyskich. Nie rozpycham się i nie korzystam z „uśmiechu numer 6” w celu przypodobania się komukolwiek.

  Muzyk to twój jedyny zawód?

Zajmuję się muzyką na cały etat, robię tylko to i aż to. Znacznej części społeczeństwa zawód muzyka kojarzy się wymiennie z biedą oraz problemami natury egzystencjalnej, albo z narkotykami i wieczną zabawą. Jest mnóstwo przestrzeni do wypełnienia pomiędzy tymi skrajnościami i myślę, że jestem w zdrowym punkcie środka. Udzielam lekcji gry stacjonarnie, a także online, produkuję materiały edukacyjne, jestem ambasadorem sprzętu saksofonowego, często udzielam się sesyjnie w produkcjach płytowych. Cała ta muzyczna egzystencja to moja wielka pasja, a przy okazji praca.

Jakie były twoje wyobrażenia o tym zawodzie, a jaka jest rzeczywistość ?

Miałem to szczęście, że nie doznałem szoku w zetknięciu z rzeczywistością po okresie błogich wyobrażeń. Kiedyś wydawało mi się, że nie trzeba przynależeć do stada, a co za tym idzie można polować samodzielnie. Muzyk jest zależny przede wszystkim od publiczności, od nienagannej powszechnej opinii na swój temat w branży i od rodzaju przydatności. Jeśli chcesz podbijać świat w pojedynkę, to musisz wziąć ze sobą cięższy plecak, a także nieść go o wiele dłużej. Mnie fascynuje ta dłuższa droga i w pewnym sensie nią podążam. Nie jestem trybikiem żadnej machiny towarzyskiej czy korporacyjnej.

Czy to co robisz zawodowo daje się we znaki w życiu prywatnym ? 

Nie zaznałem jego wszystkich odsłon, ale zapewne można wpaść w kilka zasadzek. O większości z nich mogliby się wypowiedzieć psychologowie, terapeuci uzależnień, może czasem komornicy, czy zdradzone, opuszczone żony z dziećmi. Z tym pierwszym widuję się codziennie, ale tylko dlatego, że moja dziewczyna jest psychologiem. Nie opuściłem żadnej żony, bo nigdy jej nie miałem, komornik już do mnie nie dzwoni, a o uzależnieniach lubię czasami posłuchać i poczytać. Dość istotnym elementem pracy muzyka jest traktowanie jej jak każdej innej „od-do”. Intensywnie pracuję od rana do godzin popołudniowych, ale planuję też regenerację i aktywny odpoczynek.

Jakie cechy ma Rafał prywatnie, a jaki jest jako artysta ?

Jestem tym samym „typem”, kiedy zakładam garnitur i kiedy wałęsam się po domu w dresie. Oczywiście mam zbiór powściągliwości,  ale raczej za fasadą sytuacji stoi zawsze ta sama osoba – introwertyk romansujący z ekstrawertyzmem, trochę choleryk w gorącej wodzie kąpany. Odgrywanie postaci w muzyce, jest szybko demaskowane i wyczuwane przez odbiorców, a niestety obecne czasy bardzo mocno stoją obliczonym na zysk kamuflażem.  Jednym z moich idoli za sentencję, którą wypowiedział, jest Kurt Cobain: „Wolę być nienawidzony za to kim jestem, niż kochany za to kim nie jestem”. Stosuję się do tego.

 Czujesz się spełniony? Jaką radę masz dla młodych saksofonistów? 

 Czuję, że jestem na odpowiednim kursie. Najważniejsze jest być zdrowym i za kilka lat mieć w sobie tę samą pasję. Chcę nagrywać autorską muzykę, wydawać płyty i grać koncerty z przyjaciółmi. Chciałbym spotkać na żywo tych wszystkich wspaniałych ludzi, z odległych miejsc na świecie, którzy tworzą społeczność w moich social mediach. Natomiast, jeśli ktoś poprosiłby o radę, brzmiałaby mniej więcej tak: „ nie bądź kalką życiorysów innych ludzi i szukaj inspiracji tam, gdzie inni nie wyrzucają nawet gumy do żucia”. Nie spełniajmy czyichś oczekiwań i nie próbujmy się przypodobać za wszelką cenę. W sferze muzycznej – cokolwiek robicie, bawcie się dobrze. Każdy inny- wszyscy równi.


Autor: Agata Jurewicz

Zdjęcie: Archiwum prywatne

Agata Jurewicz

Pochodzę z miejscowości położonej przy styku trzech państw Niemiec, Polski i Czech. Od kilku lat mieszkam we Wrocławiu. Jestem zawodowym aktorem musicalowym i serialowym. Moją drugą pasją jest pisanie. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Szczególnie cenie sobie kreatywność, pracowitość i optymizm, którym sama staram się dzielić. Radość czerpię z podróży, słonecznych dni, muzyki i spacerów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *