Profesor niejedno ma imię

„Kultura to współbycie, którego fundamentem jest język. Naprawdę warto poznawać obce języki, nie tylko wszechobecny angielski, ale również te mniej popularne, a nawet lokalne – dzięki nim człowiek nasiąka fenomenami lokalności, a to dopiero pozwala na poznanie innej kultury” – mówi dr hab. Leszek Pułka, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, krytyk kulinarny i teatralny, znany niektórym jako „rzeźnik wrocławskiego Broadwayu”. Rozmowę przeprowadziła Julia Siepsiak.

Na początek chciałabym zapytać, kim jest tajemnicza miss Lenapenny, o której możemy przeczytać na Pana profilach w mediach społecznościowych?

Mam dwie cudowne wnuczki, Lenę i Ninę. Miss Lenapenny jest z nami dłużej, więc chcąc nie chcąc intensywniej. Przezwisko wymyślił Michał, mój błyskotliwy syn, opisując w sieci niezwykłą niezależność i dociekliwość tej małej kobiety. Przejąłem jego pomysł, skoro – niczym bohaterka filmów z Bondem – ustawia moje życie jak chce, a i mnie się wydaje, że jestem dla niej kimś ważnym. Przyznam, że nieustannie mnie zdumiewa jej pomysłowość językowa i fenomenalna namiętność czytania książek.

Wspominał Pan o nich podczas uniwersyteckiej debaty wyborczej, kiedy padło pytanie o sukces ewentualnej kadencji. Dużo mówił Pan wtedy o ekologii jako fundamencie przyszłości wnuczek.

Myślę, że jako organizacja, współpracująca z kilkudziesięcioma tysiącami studentów, naprawdę robimy niewiele, żeby zmienić świat. Mnie zapewne niewiele czasu pozostało do wdychania i wchłaniania paskudztw, którymi nasycony jest ekosystem, ale kiedy patrzę na dzieci, które chorują z powodu duszącego Wrocław smogu, jestem przerażony pasywnością dorosłych. Dlatego uważałem i uważam, że to jeden z ważniejszych celów rozwoju i społecznej misji nowożytnej uczelni – jasne sformułowanie idei proekologicznych, ich szeroka interpretacja, rewaloryzacja poprzez skuteczne programy badawcze postaw i miejsc aktywności człowieka w najbliższym otoczeniu. Dla mnie ekologią jest nie tylko relacja „ja – natura”, którą tak dewastujemy, ale też „człowiek – człowiek”.

Dostrzegam wiele rodzajów smogów, które nas niszczą – urbanistyczny, polityczny, cybernetyczny, technologiczny, administracyjny, to zaledwie kilka przykładów dewastacji więzi międzyludzkich, poddawania człowieka jako indywiduum totalnej kontroli poza kontrolą. I wciąż wisi nad nami przeświadczenie wściekłego kapitalizmu z początku XX wieku, że człowiek okiełzna naturę. Uśmiecham się do swojej młodości, ale to gorzki śmiech, bo i ja uległem takiemu złudzeniu. Kiedy zaczynałem studia, czytałem modne wówczas pisma Stanisława Brzozowskiego, do dziś wspominam jego Kulturę i życie, w której pisał, że człowiek może wszystko przepoczwarzyć, przetworzyć każdy element natury, poddać sobie. Dziś natura pokazuje „wielką figę” i prędzej ona nas przetworzy. Myślę, że każda instytucja publicznej edukacji, także nasz uniwersytet, powinna uczyć refleksyjnej relacji z przyrodą i z kulturą. To bardzo ważne, chyba najważniejsze. Pandemia to potwierdziła.

A co miał Pan na myśli, mówiąc: „Reprezentuję tych, którzy na ogół są rzadko słuchani”?

To trudny i bolesny problem każdej instytucji strukturalnej. Żeby patrzeć władzy na ręce, trzeba się z nią zaprzyjaźnić. To bolesne doświadczenie. Prywatnie nazywam to zjawisko nieprzemakalnością władzy. Mechanizm jest dość oczywisty – władza nie znosi krytyki, z trudnością przyjmuje refleksje na swój temat, a każda tworzy niejawne, niejasne narracje i relacje międzyludzkie. Mnie się wydaje, że nauka i edukacja ciągle są w Polsce zbyt nieprzejrzyste lub zinstrumentalizowane politycznie, więc także nieprzejrzyste. Oczywiście w każdej instytucji pracują i uczą fantastyczni ludzie. Niestety, nie zawsze obiektywne kryteria decydują o powodzeniu nauczyciela czy badacza. Poczucie goryczy wypełnia moich młodszych kolegów, intensywnie starających się o granty i o nadal niejasne – ich i moim zdaniem – kryteria sukcesu. Niestety w wielu instytucjach nie zawsze są to kryteria w pełni merytoryczne.

Marzyłem także o zniesieniu swoistych koterii w polskiej nauce. Dlatego tak cieszył mnie program Erasmus, system fantastycznego, demokratycznego przebywania w świecie nauki światowych uczelni. Podczas naboru kryteria były bardzo przejrzyste, a zyski kulturowe i naukowe nie do przecenienia. Dobra wiadomość na nowy rok – Uniwersytetowi Wrocławskiemu przyznano nową Kartę Erasmusa na lata 2021-2027, co oznacza finasowanie wymiany studentów i pracowników, oczywiście, jeśli pandemia pozwoli na wyjazdy.

Właśnie, Pan również zdobywał doświadczenie na uczelniach zagranicznych – pracował Pan na uniwersytetach we Włoszech i w Niemczech. Co Pana przywiodło w tamte strony?

Przypadek. Marzyłem o wyjeździe do Bochum, pojechałem do Greifswaldu. Marzyłem o Wiedniu, wylądowałem we Florencji. Przypadek więc. I głód, przecież to były także wyjazdy za chlebem. Polscy naukowcy nigdy nie byli sowicie wynagradzani. Takie wyjazdy dawały jednak przede wszystkim poznanie czegoś fantastycznego au naturel, bez stereotypów i ideologicznych przypraw. Dawały możliwość porównywania światów, fascynując, nawet gdy tamte kultury też nie były doskonałe. Do Florencji wyjechałem na dwa lata, dłużej nie chciałem, bo pokusiłbym się o pobyt stały. To było cudowne przeżycie intelektualne i kulturowe.

Natomiast wcześniej, w ówczesnych Niemczech Wschodnich, w Greifswaldzie spotkałem młodą opozycję demokratyczną i wspaniałe wspólnoty ekumeniczne związane z kościołem ewangelickim i katolickim, porównywalne z rolą polskiego Kościoła lat 80. Uczelnia w Greifswaldzie była kameralna, lecz ze świetną biblioteką polonistyczną, która posiadała polskie książki wydane do 1933 roku, ponieważ przestano je kupować, kiedy Hitler doszedł do władzy, a następnie zbiór otwierały książki wydane po 1956 roku, po destalinizacji. Zafrasowała mnie taka polityczna wybiórczość nauki. Ale przeczytałem wszystkie! Biblioteka podręczna we Florencji zszokowała mnie swoją różnorodnością i bogactwem. Wtedy zrozumiałem, że wyjazdy i doświadczenia lekturowe pokazują też miejsce i rolę Polski w Europie. Po to tam też jeździłem, żeby upowszechniać wiedzę o polskiej kulturze. A w Europie zawsze odwiedzam biblioteki i księgarnie, aby sprawdzić, czy w ogóle istniejemy w świadomości tubylców.

Czyli uczył Pan tamtejszych studentów języka polskiego?

Tak. W Greifswaldzie i we Florencji byłem lektorem języka polskiego w katedrach polonistyki. Prowadziłem także ćwiczenia z historii literatury i kultury polskiej. Bardziej niż Greifswald zafascynował mnie Berlin. Miasto cudowne, uwielbiam je. Później, na Erasmusie mogłem zobaczyć, jak zmieniło się po 1989 roku.  To kosmos wielu kultur. Podobnie jak Florencja. Tylko że Florencję zadeptują turyści, w Berlinie tego nie odczuwam.

Jak to się przełożyło na pracę na Uniwersytecie Wrocławskim?

Wyjazdy dały mi niesłychanie szeroką perspektywę, świadomość, że nie jesteśmy pępkiem świata i są obok nas ciekawi ludzie, którzy mają nam coś istotnego do powiedzenia. Kultura to współbycie, którego fundamentem jest język. Naprawdę warto poznawać obce języki, nie tylko wszechobecny angielski, ale również te mniej popularne, a nawet lokalne – dzięki nim człowiek nasiąka fenomenami lokalności, a to dopiero pozwala na poznanie innej kultury. Na przykład we Włoszech mogłem po zajęciach pójść na dobre wino ze studentami i porozmawiać o ich życiu, nadziejach i emocjach. Człowiek pełnił tam rolę i spowiednika, i profesora. Bardzo mnie cieszyło, kiedy obdarzali mnie takim zaufaniem. To oni uczyli mnie włoskiego, żebym ich dobrze rozumiał. Na dobrych zachodnich uczelniach można przeżyć coś, co uważam za źródło demokracji – proponowanie studentom życia we wspólnocie. W admiracji ich osobowości. To jest warunek absolutnie sine qua non. Tam nikt nie miał prawa nikogo obrazić. A jeśli, potrafili – jak we Florencji – wysprejować nad wejściem na filologię gigantyczny napis: rektor – faszysta! Tej otwartości współmyślenia staram się być wierny do dziś, choć nie pochwalam sprajowania starych murów.

Czy to właśnie we Włoszech narodziła się Pana miłość do kuchni?

To także był przypadek. Oczywiście po pobycie we Włoszech trudno nie być zainteresowanym kuchnią świata, ale w tym wypadku było trochę inaczej. Otóż moja szefowa w dolnośląskiej redakcji „Gazety Wyborczej” martwiła się, że nie mam o czym pisać. Akurat było niewiele premier teatralnych. A że wówczas Maciej Nowak, znany człowiek teatru buszował po warszawskich knajpkach i opisywał je w stołecznej „Wyborczej”, rzuciłem hasło „to zrecenzujmy wrocławskie restauracje!”. Tak się zaczęło. Ale ma pani rację, że znajomość włoskiej kultury bardzo mi pomogła. Niestety, polska rzeczywistość restauracyjna wydała mi się przez to mniej barwna, mniej smaczna i bardziej pretensjonalna.

Jak się recenzuje potrawy?

Do restauracji nigdy nie chodziłem samotnie. Zazwyczaj wybierałem się w towarzystwie żony lub syna, żeby mieć alibi. Pojedynczy gust może być niesprawiedliwy, dlatego wymienialiśmy refleksje przy stole. Wspierałem się opinią rodziny, ponieważ moja żona świetnie gotuje – przyjaciele mogą potwierdzić. Również doświadczenia nabyte podczas wojaży wyrobiły we mnie poczucie standardu kulinarnego. Wiem, co to znaczy dobry bar, dobry kelner. Nie pisałem też o samym jedzeniu, ale i o ludziach, otaczający stół. Pisałem, przy czym i na czym się siedzi, czym się je. No i obsesyjnie sprawdzałem łazienki, bo wiem, że jak w lokalu łazienka jest paskudna, to kuchnia też. Chociaż nigdy nie przychodziłem z nastawieniem, że wejdę do restauracji i na pewno ją źle opiszę. Szukałem w ostateczności jakichś drobnych rzeczy, które mógłbym docenić i chociaż tym jednym zdaniem pochwalić ludzi i miejsce.

Obejrzałam dostępne w internecie fragmenty wywiadu, który przeprowadził Pan z Robertem Makłowiczem. Powiedział Pan wtedy: „Jest on znakomitym kucharzem, nie tylko w telewizji, ale i w życiu. Wiem to skądinąd”. Czy to oznacza, że miał Pan okazję jeść prywatnie u pana Roberta Makłowicza?

W domu Makłowiczów nie. Ale przed laty we Wrocławiu był festiwal, na którym Robert gotował. Jak dla mnie jego kuchnia jest nieco zbyt zgrzebna, cięta po męsku, niezbyt subtelna technicznie. Moim zdaniem Robert jest bardziej typem cudownego gaduły niż cudownego kucharza. Wolę bardziej finezyjne gotowanie, lubię, kiedy kuchnia jest czymś wrośniętym w organizm człowieka. Uwielbiam włoskie historie rodzinne, kiedy babulinka wyciąga okopcony garnek, który ma w rodzinie od stu lat, gotuje w nim wciąż te same potrawy, według tych samych przepisów. To jest po prostu coś perfekcyjnego, czego żadna restauracja nie jest w stanie powtórzyć. W tym garnku, na płycie kuchennej, przy piecu toczy się ich życie, opowieści, namiętności. I to jest najfajniejsze. Oczywiście we Wrocławiu też są kapitalne knajpki, tylko teraz nie ma jak do nich pójść… Rozmarzyłem się!

Jak wyglądałby kulinarny spacer po Wrocławiu z Leszkiem Pułką?

Uwielbiam miejsca niewielkie. Bez patosu. W których ktoś dzielnie walczy o codzienność. W tych staraniach tkwi autentyzm, nie life style. Przed laty naprzeciw Ogrodu Botanicznego, przy Benedyktyńskiej róg Wyszyńskiego, stała narożna kamienica, dziś wyburzona, a w niej był bar Storczyk. No, nie przypominał eleganckiego storczyka, kiedy się wchodziło do środka, było klimatycznie, ale peerelowsko. Ale w Storczyku gotowały wiekowe panie, które niczym wiedźmy z Makbeta stały nad wielkimi kotłami i rondlami – w jednym był barszcz, w drugim gotowały pierogi. I nic więcej. Barszcz był autentyczną poezją, a pierogi bajeczne, niepodrabialne. To było coś rewelacyjnego. Ale doceniam również sieciową stylowość.

Lubiłem Aquarelle w Radissonie, którą prowadził Piotr Pabisiak. Któregoś razu podczas spotkania z kuchnią Włoch zażartowałem przy stole: „co to za Włochy bez tiramisu?”. A Piotr cichaczem pobiegł do kuchni i po 10 minutach wrócił z tiramisu. Zrobił je dla mnie! Niezwykłe, że są ludzie, którzy nas słyszą i reagują. Gdybym dziś robił taki spacer, to zapewne powtórzyłbym sposób z książki „Wrocław ze smakiem”. Szedłbym osiedlami, zastanawiając się, co mogę w okolicy zjeść. Wiele podpowiadają zapachy, docierające na ulicę. Starałbym się też słuchać ludzi i tego, co polecają. Zdziwiłaby się pani, gdyby usłyszała, jak różne gusta mamy.

Pisał Pan felietony o kuchni wrocławskiej, ale Pana wiodącym gatunkiem dziennikarskim są recenzje teatralne. Pamięta Pan swoje początki?

Początki były zabawne. Spotkałem na ulicy mojego byłego licealistę, Tomka Wołodźkę, który wtedy pracował w „Wyborczej”. Po krótkiej rozmowie zaprosił mnie do redakcji, a Magda Podsiadły, która wówczas prowadziła dział kultury, zaproponowała, abym pisał o teatrze. To był świetny czas, ludzie teatru nie wiedzieli, kim jestem, więc przychodziłem na spektakl jak każdy widz, nie krytyk. Jednak fama urosła szybko! Po pierwszych kilkunastu tekstach stałem się rozpoznawalny. Maciej Masztalski z Ad Spectatores mówił, że krążyła o mnie plotka jako o „rzeźniku wrocławskiego Broadwayu”. Nie wiem, ile w tym prawdy, ile żartu. Starałem się pisać „po nowojorsku”, czyli zaraz po premierze, więc wrocławskie teatry i środowisko dziennikarskie poruszyło to, że moje recenzje ukazywały się dzień, dwa po premierze.

Często popada Pan w konflikt z autorem spektaklu?

Chyba nie. Pamiętam, że przed laty posprzeczałem się z Krystianem Lupą o estetykę jego spektaklu, ale potem zrealizowaliśmy nagranie dla telewizji bez żadnych problemów. Artysta z klasą to artysta z klasą. Częściej gwiazdorzyli aktorzy. No i Jerzy Jarocki – niegdyś bóg reżyserii. Zawsze starałem się znaleźć argumenty, które upewniały mnie, że to, co widzę, rzeczywiście miało miejsce na scenie. Przyglądałem się także reakcji widzów. Dlatego nigdy nie miałem poczucia, że to, co robię, jest niemoralne lub wyrządzam komuś krzywdę. Po prostu jestem normalnym człowiekiem, który ogląda rzeczywistość teatralną. Częściej irytowałem dyrektorów teatrów. Jacek Weksler kilkakrotnie zabronił mnie wpuszczać na premiery Teatru Polskiego. Krystyna Meissner głośno wyrażała désintéressement dla moich tekstów. Ludzie z Capitolu też nie należą do moich fanów. Ale włóżmy to między anegdoty.

A który spektakl jest Pana ulubionym?

Na scenie uwielbiam Szekspira, zatem Wyspa w interpretacji Grzegorza Brala. Muzyka, ruch i śpiew stały się w tym spektaklu kosmosem. Utonie Pani w nim po uszy, Bralowi udało się wraz z choreografem stworzyć dzieło doskonałe. Uwielbiam to, co Bral czyni z aktorami Teatru Pieśń Kozła, którzy śpiewają i tańczą Szekspira jak nikt w świecie. Myślę, że to jest coś arcydzielnego. Bardzo lubię też Portową opowieść z Legnicy. Na szczęście mam płytę z nagraniem, bo sztuka zeszła z afisza. To z kolei bardzo szekspirowski, wręcz magiczny show o namiętnościach. Uwielbiam Makbeta Lecha Raczaka. Ale moim megafaworytem jest nie spektakl, lecz szekspirowski film – Tytus Andronicus z Anthony Hopkinsem.

Któraś recenzja była szczególnym wyzwaniem?

Absolutnie każda. Spektakl teatralny jest fenomenem. Mnie się wydaje, że z tego punktu widzenia każdy spektakl jest niesamowity. Oczywiście może być nieudany, to się zdarza, natomiast zawsze jest to fenomen spotkania ludzi w czasie. Wiem, że jeżeli wraca pani do domu z teatru i pamięta dokładnie, co tam się zdarzyło, to to był dobry spektakl. Jeśli pamięta pani niewiele, to znaczy, że średnio nas poruszył. To wszystko. Teraz samotnie oglądam spektakle w internecie, ale to nie to samo. Nie czuć ciepła ludzi wokół, nie ma wspólnego doznawania fonii, światła, szelestu tkanin, kurzu dekoracji. Być może jakaś cząstka mojego świata właśnie się skończyła.


Autor: Julia Siepsiak

Zdjęcia: archiwum prywatne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi