Temple of the Dog – wszystko co piękne w grunge’u

W 1990 brzmienie Seatlle co prawda już istniało, jednak nikt spoza miasta o nim nie słyszał. Nirvana zdążyła wydać „Bleach”, Soundgarden odnosił pierwsze sukcesy z „Louder Than Love”, a Pearl Jam nawet nie istniał. Grunge, którego nikt jeszcze grungem nie nazywał, pozostawał w podziemiu. Jednak, jak się miało okazać, właśnie wtedy miała miejsce kolaboracja dwóch legend Seattle.

Wtedy po śmierci bliskiego przyjaciela Chrisa Cornella – wokalisty Mother Love Bone, Andrew Wooda – on, basista Jeff Amet i gitarzysta Stone Gossard decydują się na nagranie trybutu pod nazwą Temple of the Dog.

Cornell wspomina Wooda jako człowieka pełnego życia, który żył we własnym świecie. W świecie, w którym on już był gwiazdą rocka i wypadało tylko czekać, aż reszta się o tym przekona. Nazwa zespołu nawiązuje do słów z utworu „Man of Golden Words”, w którym Wood śpiewa: „Wanna show you something like / The joy inside my heart / Seems I’ve been living in the temple of the dog / Where would I live, if I were a man of golden words? / Or would I live, at all?”

 

Zespół

Do zespołu dołączają Mike McCreadie, jako gitarzysta prowadzący, i perkusista Matt Cameron. Eddie Vedder załapuje się do projektu przypadkiem. Przylatuje do Seatlle na przesłuchanie u Amenta, Gossarda i McCreadiego, którzy po rozpadzie Mother Love Bone składają własny zespół. W studiu Cornell akurat pracuje nad „Hunger Strike”. Vedder bez pytania podchodzi do mikrofonu i swoim głębokim głosem śpiewa refren utworu. Kontrastuje z lamentem Cornella, a ten oddaje mu całą drugą zwrotkę. Album „Temple of the Dog” miał się okazać studyjnym debiutem jeszcze nikomu nie znanego wokalisty Pearl Jam, który wtedy razem ze wspomnianymi gitarzystami występował pod nazwą Mookie Blaylock.

„Ed był z San Diego i w Seattle czuł się onieśmielony. Chris ciepło go przywitał. Ed był bardzo, bardzo nieśmiały. Chris wziął go na piwa i opowiedział mu historie. Zachowywał się w stylu: »Hej, witamy w Seattle. Uwielbiam Jeffa i Stone’a. Dam ci moje błogosławieństwo«. Od tego momentu bardziej się zrelaksował. To była jedna z najfajniejszych rzeczy, które widziałem by Chris zrobił” – McCreadie mówi magazynowi Rolling Stone.

„Hunger Strike”, choć po latach to właśnie przez ten utwór trafia się na „Temple of the Dog”, był traktowany jako zapychacz. Inicjatywa powstała w oparciu o dwa kawałki dedykowane Woodowi, które Cornell napisał w trasie – „Say Hello 2 Heaven” i „Reach Down”. Nagrywa je w domu na kasetę i wysyła do Xany La Fuente, dziewczyny zmarłego przyjaciela – „Chris dał mi kasetę Temple of the Dog i powiedział, że napisał wszystkie te piosenki o Andrew i, że zrobił to dla mnie – wspomina w rozmowie z pisarzem Markiem Yarmem – Stone i Jeff usłyszeli ją przypadkiem. […] Momentalnie oszaleli  i mówią »Musimy to zrobić«.” Resztę utworów Cornell pisze od zera albo wykorzystuje stare idee, które nie pasowały do brzmienia Soundgarden.

 

Odbiór albumu

Projekt w pewnym sensie był samowolką. Muzycy nie byli pod żadną presją ze strony wydawnictwa. Cały album zrealizowali i zmiksowali sami. Sami ponieśli również wszystkie koszty. Pojawiły się też jednak głosy dezaprobaty. Gitarzysta Soundgarden, Kim Thyle, mówi Yarmowi, że „Temple of the Dog” odeszło od idei trybutu i przerodziło w solowy album Chrisa Cornella i jego przyjaciół z Mother Love Bone. Podobnie brat Andiego, Kevin Wood, był oburzony tym, że nikt do niego nie zadzwonił i nie zaprosił do projektu.

Po swojej premierze 16 kwietnia 1991 roku, album sprzedaje się w ilości zaledwie 70 000 kopii. Mimo bardzo pozytywnych opinii krytyków, nie trafia na listy przebojów. Dopiero rok później, kiedy grunge, a wraz z nim Soundgarden i Pearl Jam, staje się dominującą siłą na scenie muzycznej, wytwórnia A&M Records uświadamia sobie, że posiadają album, będący jedyną w swoim rodzaju kolaboracją.

Wznawiają wydanie „Temple of The Dog”, tym razem promując go singlem „Hunger Strike”, którego teledysk trafia na rotację w MTV. W roku 2007 album przekracza liczbę miliona sprzedanych kopii i pokrywa się platyną.

„Za same „Hunger Strike” i „Reach Down”, Temple of the Dog zasługuje na nieśmiertelność; te utwory są dowodem na to, że lęk, który zdefiniował seattlowski rock w latach 1990. nie był tanim sentymentem, przynajmniej nie z początku” David Fricke z magazynu Rolling Stone.

 

Kawał serca

Chris Cornell wspomina, że przez ten projekt otworzył się na kolaboracje, jak np. w postaci Audioslave, gdzie dołącza do członków Rage Against The Machine. W „Temple of the Dog” daje on popis najwyższej jakości sztuki zarówno tekściarskiej, jak i wokalnej. W  jedenastominutowym „Reach Down”, po niekończącej się solówce McCreadiego, kiedy zespół przestaje grać, a Cornell przejmuje cały utwór swoim lamentem, nie pozostaje nic, tylko stanąć w szoku i dać się uderzyć kolejnej solówce.

Album i jego historia zawierają wszystko co piękne w grunge’u. Słychać w nim brzmienie, z którego później miał być znany Pearl Jam. W tekstach natomiast czuć włożone w nie serce. Sam Cornell najpewniej miał rację mówiąc, że album „naprawdę spodobałby się Andiemu”.


Autor: Henryk Mamica-Hüsken

Zdjęcie: Instagram

Henryk Mamica-Hüsken

Dajcie mi kawę i papierosa, a zrobię wszytsko. Piszę o historiach stojących za muzyką i mam zamiłowanie do wszystkiego, co nieświęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi