To żart, ale to nie żart – recenzja „Sob Rock” Johna Mayera

Od czasu premiery „Pewnego Razu w Hollywood” w lipcu 2019 roku nostalgia po raz kolejny wróciła do popkultury. John Mayer podaje ten film jako jedną z inspiracji, która zadecydowała o ostatecznej estetyce albumu. W „Sob Rock” przywołuje on wszystkie wyobrażalne cliche lat 80., i nie da się stwierdzić, gdzie kończy się żart, a zaczyna katharsis.

„Ja chcę wpaść w tarapaty. Ja chcę, aby ktoś mi powiedział: »Ten album to gówno!«” – w podcaście Apple Music John Mayer tłumaczy, że Sob Rock jest fałszywym wspomnieniem. Czymś, co zdaje się miało miejsce, choć nigdy się nie wydarzyło. Ten szczegół nie pozwala tak po prostu kiwnąć na album ręką i nazwać go kpiną. „Sob Rock” jest albumem, który powinien się był ukazać w latach 80., ale z jakiegoś powodu nikt wtedy na to nie wpadł.

Początki albumu „Sob Rock” sięgają aż 2018 roku, kiedy został wydany singiel „New Light”, w którym Mayer występuje w roli dziwnego chłopca, śpiewającego o niezręcznej miłości. Zrobił więc dokładnie to samo, co u nas Dawid Podsiadło w albumie „Małomiasteczkowy”. On  jednak przekonał wszystkich, że robi to na poważnie – Mayer natomiast bawi się koncepcją żartu.

Pomimo tego, że John Mayer jest jednym z najbardziej utalentowanych muzyków naszych czasów, to album pod względem stricte muzycznym nie jest szczególnie odkrywczy. Ma spokojny, falujący klimat z mocnym pogłosem perkusji, luźnymi partiami gitarowymi i Gregiem Phillinganesem przy klawiszach, który robi tutaj to samo, co robił już dla Michaela Jacksona, Barbry Streisand czy Lionela Richiegom, czyli tchnie ducha w kompozycję.

Album składa się z dziesięciu ballad, każda ukazująca inny smak goryczy. „Shouldn’t Matter, But It Does” opowiada o tych wszystkich pierdołach, które ostatecznie przesądzają o rozstaniu i każdy może dopowiedzieć własną historię do tego utworu. Z kolei „Why You No Love Me”, jak Mayer tłumaczy, jest dziecięcą próbą ubrania uczuć w słowa i tak naprawdę na cały album może spojrzeć oczami tego dziwnego dziecka, które siedzi gdzieś w nas.

Singlem promującym album jest „Last Train Home”, w którego teledysku widzimy ukłon w stronę Antonio Banderasa i kultowego  „Desperado”.

Jednak jedynym utworem z tego albumu, który rzeczywiście chciałbym usłyszeć o drugiej w nocy w radiu, jadąc samochodem w deszczu, jest „I Guess I Just Feel Like”. Miał swoją premierę już ponad dwa lata temu, bo w lutym 2019 roku, natomiast dopiero w kontekście reszty albumu rezygnacja, którą słychać w głosie Mayera, naprawdę chwyta za serce. W „I Guess I Just Feel Like” można znaleźć wszystkie elementy – od tekstu po solówki – które czynią Johna Mayera wybitnym artystą.

On sam mówi, że “Sob Rock” miał być muzycznym shitpostem, ale jakimś cudem nim nie jest. Album jest 38 minutową mieszanką pastiszu, trybutu i słodko gorzkich wyznań . Ten album jest genialny, ponieważ nie do końca da się stwierdzić, czy jest gówniany czy nie. To kicz, ale z wartością.


Autor: Henryk Mamica-Hüsken

Zdjęcie: Instagram

Henryk Mamica-Hüsken

Dajcie mi kawę i papierosa, a zrobię wszytsko. Piszę o historiach stojących za muzyką i mam zamiłowanie do wszystkiego, co nieświęte.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi