Utalentowani, ciekawi, kreatywni #2 – Wszechstronny rozwój kształtuje człowieka

Jak mawiał Adam Mickiewicz: „Człowiek własną pracą i wysiłkiem do wszystkiego dojść może”. Rozmowa z Moniką Filip, studentką pierwszego roku kulturoznawstwa na wydziale Nauk Historycznym i Pedagogicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, to potwierdza. Dziewczyna urodziła się we Wrocławiu. Jest niezwykle kreatywna i ma dużo zainteresowań, do których należą: poezja, fotografia, podróże, sztuka kulinarna, malarstwo, a także tradycyjna medycyna chińska. 

Dlaczego wybrałaś kulturoznawstwo?

Zawsze interesowały mnie różne kultury, języki. Zdecydowałam się na to, żeby poznawać  różne narody poprzez ten kierunek, chociaż okazało się, że de facto on jest bardziej związany ze sztuką. Ale mamy takie przedmioty, jak antropologia, które przybliżają nam zarównostarożytne, jak i współczesne kultury. Wybrałam ten kierunek też dlatego, że jest specjalizacja filmowa, bo, szczerze mówiąc, ona mnie najbardziej interesowała. Studia filmowe są u nas wszędzie płatne, chyba że dostaniemy się na ASP, ale tam jest limit wiekowy, no i też ciężko się dostać, więc kierunek Kulturoznawstwo jest dość ciekawy, bo łączy w sobie parę różnych kierunków.

Czy podoba ci się ten kierunek?

Myślałam, że będzie, jak w Wielkiej Brytanii, więcej poświęcono różnicom i problemom międzykulturowym. Jednak tutaj widzę, że się opieramy głównie na sztuce, ale z drugiej strony chciałam iść na specjalizację filmową, którą właśnie ten kierunek jest w stanie zaproponować. Wtej chwili jest dużo teorii, takich ścisłych rzeczy,  bo to jest pierwszy semestr, więc póki co bardzo mi się podoba, tylko jeszcze nie wiem, do czego mnie to zaprowadzi. Być może w następnym semestrze będą inne przedmioty, które będą bardziej poświęconesztuce,myślę, że później dopiero się zacznie prawdziwa przygoda z tą kulturą.

Opowiedz trochę o sobie. Mówiłaś, że dużo podróżujesz.

Jak miałam 4 lata, wyjechałam do Niemiec. Wtedy poznałam pierwszy raz tak zwaną zagranicę. I zaczęłam regularnie wyjeżdżać, robiłam to co roku. Zaczęłam się uczyć niemieckiego, poznałam dość dobrze język i kulturę Niemiec. Później na studiach zdecydowałam się wyjechać do Anglii, wtedy była pierwsza fala, kiedy wszyscy wyjeżdżali zaraz po tym, jak weszliśmy do Unii Europejskiej. I będąc w Anglii, zaczęłam myśleć o podróżach do innych krajów. Poznałam trochę  Anglię, a także Irlandię. Pierwszy raz pojechałam do Hiszpanii w tym czasie i się w niej zakochałam. Piękna pogoda, smaczne jedzenie, język okazał się super łatwy do nauczenia, a później to już tak poleciało. Pojechałam do Portugalii, w międzyczasie byłam we Włoszech i w sumie te trzy kraje mną zawładnęły. Od tej pory jestem teraz solo podróżnikiem i często wyjeżdżam gdzieś, na przykład na tydzień spontanicznie rezerwuję sobie hostel i jadę. Ostatnio byłam w Barcelonie w sierpniu na tydzień czasu.

A dlaczego sama podróżujesz?

Ludzie nie mają czasu, żeby się przełączać spontanicznie. Do tego często mają pracę, dzieci, itd. A ja lubię przebywać sama, we własnym towarzystwie. A poza tym, jak gdzieś wyjeżdżam, często jest tak, że ja nie zdążę wysiąść z samolotu, jak już mam grono znajomych i po prostu nie mogę się od tych ludzi opędzić. Jak pojechałam do Barcelony, to nawet przywiozłam parę osób tutaj do siebie. I rzeczywiście jakoś szłam ulicą i poznawałam tych ludzi tak po prostu. Jestem niezależna  i mam czas dla siebie.. Nie ma wtedy dzieci, bo też mam dziecko i nie muszę nikomu szykować śniadania, lecieć z nim do szkoły, nie muszę wychodzić z psami, bo to też jest obowiązek. Nie muszę sprzątać mieszkania, więc mogę nic nie robić albo siedzieć na słońcu i słuchać szumu fal. I to jest  potężna dawka energii. Wtedy odpoczywam i ładuję baterie.

Ile znasz języków i ile krajów zwiedziłaś?

Pierwszym językiem, którego się nauczyłam, był niemiecki. Przy czym w tej chwili niestety nie pamiętam go, nie jestem w stanie myśleć w tym języku, chociaż czasem jak słyszę, to go rozumiem, ale nie jestem w stanie odpowiadać. Potem poznałam język angielski, w którym mówię płynnie. Później był czeski, słowacki i ukraiński. Nauczyłam się też hiszpańskiego, trochę portugalskiego, włoskiego i francuskiego. A krajów nie było wcale tak dużo, bo ja zawsze wracam w te same miejsca. Ale są Niemcy, Holandia, Anglia, Irlandia, Belgia, Francja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, Szwajcaria, Luksemburg, Monako, Węgry, skąd czerpię energię. Inspirują mnie głównie słońce i ludzie, bo oni są bardzo empatyczni w tych krajach i po prostu się do ciebie uśmiechają na ulicy albo utrzymują kontakt wzrokowy, rozmawiają z tobą. U nas jednak ludzie  wstydzą się siebie, przyjmują kamienny wyraz twarzy, co niektórzy tłumaczą komuną, bo właśnie wtedy, w obawie przed wrogiem nauczyliśmy się ukrywać wszystkie emocje. I do tej pory tak mamy. Młode pokolenie zachowuje się podobnie, bo nie patrzy na siebie, tylko w telefon, a to nie prowadzi do żadnej zmiany.

Jakie masz plany, jaki będzie następny kraj?

W następnym roku chciałabym pojechać do Indii, jeżeli pozwolą na to fundusze. Mam bliskiego przyjaciela z południowych Indii, z Kerali, i być może odwiedzę jego dom rodzinny. Bardzo chciałabym tam pojechać. Chciałabym również zwiedzić Tajlandię, ale tam jeszcze nikogo nie znam. A jeżeli chodzi o kraje leżące bliżej, to na pewno będę się starała pojechać znowu do Hiszpanii, do Barcelony, bo to miasto naprawdę mnieurzekło. Pomimo że znam całą Hiszpanię, to Barcelona jest  chyba takim najbardziej wyjątkowym miejscem w tej chwili. Jeczcze z takich ulubionych miejsc to Lizbona i Sintra, a także Sewilla i Malaga.

Jesteś bardzo wszechstronną osobą. Oprócz podróżowania i nauki języków, zajmujesz się malarstwem i rysunkiem. To kwestia talentu czy po prostu się tego nauczyłaś?

Chodziłam do Autorskiego Liceum Plastycznego i tam poszłam na kierunek „Rysunek i malarstwo”. Chyba ten talent był we mnie od samego początku,  a maluję, kiedy mam na to ochotę. To jest bardziej w formie terapii, niż jakiegoś przymusu. A jako dziecko byłam w balecie, sześć lat ćwiczyłam i występowałam, więc jakby te rzeczy artystyczne gdzieś tam za mną cały czas idą. Nie jest to coś, na co ja kładę nacisk, ale chciałabym w przyszłości np. namalować parę obrazów, których projekty mam na kartkach, i przenieść to na płótno. Ale kiedy to będzie, nie wiem. Później, gdy poszłam na studia, odkryłam w sobie potencjał pisarza i zaczęłam pisać wiersze.

Kiedy piszesz wiersze??

Zwykle piszę pod wpływem emocji, więc to nie jest coś, do czego ja siadam i piszę, po prostu to przychodzi do mnie i wtedy przelewam to na kartkę. Mam taką całą szufladę. Planuję kiedyś wydać tomik mojej poezji, myślę, że warto, może kogoś to zainteresuje. Po prostu czuję taką potrzebę, przychodzi do mnie wena  i  w tym momencie ją przelewam na papier. Nie siadam do tego specjalnie, żeby to robić, bo wtedy chyba nic z tego nie wyjdzie.

O czym najczęściej piszesz?

Mam wiersze o śmierci, ale o takich faktycznych śmierciach ludzi, których znałam. O miłości, o historii. Bardziej filozoficznie.

Na liście Twoich zainteresowań jest również fotografia. Skąd taka pasja?

Dostałam Zenit, kiedy miałam z 10 lat, i zaczęłam fotografować, spodobało mi się to bardzo. 10 lat później kupiłam swojego pierwszego Canona i do tej pory go mam. Poza tym dobre zdjęcia można nawet smartfonem zrobić. Bardzo lubię fotografować i myślę, że to jest też jakiś rodzaj terapii albo to, że coś można uchwycić w danym momencie, utrwalanie obrazów. Robiłam wstępny kurs u Filipa Zawady, który teraz pisze książki. Zanim on zajął się literaturą, prowadził warsztaty fotograficzne w Ośrodku Postaw Twórczych, kiedy tylko się otworzył. Ja się na to załapałam i wywoływaliśmy zdjęcia w ciemni, uczyliśmy się tych takich podstaw, gdzie operujemy jeszcze na kliszy, na tych starych aparatach, na starszej wiedzy. Także jeśliby mi się udało kontynuować, to być może to byłby teraz mój zawód. Ale niestety nie udało mi się, więc nie robię nic na zamówienie. Miałam parę ślubów też, ale to nie jest to, co chcę robić. Wolę zajmować się tym amatorsko i artystycznie. Tak samo, jak w gotowaniu, nie lubię rzeczy powielać. Jeśli ja coś zrobię, to chciałabym, żeby to było zrobione raz i było to unikatowe. Nie potrafię rzeczy odtwarzać, fabrykować, powielać wszystkiego, jak maszyna.

Tablica Moniki Filip w Pintereście

Czy można powiedzieć, że lubisz również podróże kulinarne?

Mam tak, że jak wysiadam gdzieś na dworcu i jestem na przykład we Włoszech, to pierwsze, co robię, to idę na ich espresso do jakiejś kawiarni zaraz przy dworcu. Podążam za tymi smakami, które są charakterystyczne w danym kraju. Jak jestem w Portugalii, staram się spróbować tych ich świeżych ryb albo owoców morza. Mięsa raczej unikam, bo kiedyś byłam wegetarianką. Więc staram się jeść warzywa, owoce sezonowe. Zawsze jadę w lecie, żeby było jak najwięcej tego wszystkiego. Z kuchnią to jest tak, że zawsze muszę wejść do jakiejś restauracji i spróbować lokalnych potraw, przy czym wolę próbować je od strony domowej, niż tak naprawdę restauracyjnej. Bo wiadomo, że wiele z nich jest nastawionych  na turystów, a ja nie chcę jeść jedzenia turystycznego, a tego, które ktoś zrobił w domu, albo które po tym stało się właśnie znaną potrawą. W Portugalii na przykład jedzą taką zupę z Alentejo. W środku są świeże kawałki czosnku, to jest niby taki bulion z kawałkami jajka, które się wrzuca, i trochę zieleniny. Praktycznie nic w niej nie ma, jest bardzo tania, ale to jest ich lokalna potrawa, którą można się najeść i ma bardzo ciekawy smak. Staram się być minimalistką we wszystkim, co robię, więc wolę gromadzić doświadczenia w sobie i one w pewnym momencie do mnie przychodzą, jak mam wakacje i mogę sobie pomyśleći nikt mnie w niczym nie pogania. I wtedy to rzeczywiście wraca.

Piszesz o swoich eksperymentach kulinarnych?

Nie, wolę doświadczać. Obecnie nie gotuję tak profesjonalnie, więc jeżeli gotuję, to tylko dla znajomych i wtedy sobie eksperymentuję ze smakami. Przymierzam się w dalekiej przyszłości do napisania mojej autorskiej książki kucharskiej. Ale na to nie mam czasu, więc pewne pomysły zostają na razie tylko w głowie.

Mówiłaś, że założyłaś konto o zdrowych ciastach. Skąd taki pomysł i kiedy to zrobiłaś?

To się wszystko stało, kiedy zaczęłam pracować jako szef w jednej z głównych wegańskich kuchni we Wrocławiu. Robiliśmy bezglutenowe, beznabiałowe, bezcukrowe ciasta. Jak zaczęłam eksperymentować, okazało się, że mi wychodzi, sprzedawałam nawet ciasta do lokalnych cukierni we Wrocławiu. To jest super, jak kupuje się to ciasto i się je spożywa, ale z drugiej strony słabe zyski z tego dostawałam, bo ja potrafiłam stać pół dnia w kuchni, robiąc jedno ciasto, albo dwa dni, a dostawałam na przykład 40 zł, więc to dalej jest moją pasją. Niestety nie mogę się w tym kierunku rozwijać ze względu na to, że też trzeba zarabiać pieniądze, żeby mieć na życie codzienne. Profil powstał w momencie, kiedy pracowałam w tej kuchni, miałam dostęp do środków, więc zaczęłam eksperymentować i wtedy zaczęłam tworzyć pewne rzeczy.

Czy teraz prowadzisz to konto na IG?

Nie, czasami jak coś upiekę i jest zdrowe, to jeszcze to udostępnię, ale robię to dosyć rzadko.

Skąd pochodzi nazwa tego konta na IG „Seks w półmisku”?

To wiąże się z  dłuższą historią. Od dwóch lat zajmuję się tantrą, bo się nią  interesuję. Interesuje mnie też podejście Polaków i innych narodów do seksu. Seks nie jest tematem tabu w Hiszpanii czy w Portugalii. Jednak w Polsce jest to temat, o którym się nie mówi albo mówi się bardzo cicho. Jest to temat tabu. Ludzie nie lubią też o tym rozmawiać, chyba że w towarzystwie bardzo bliskich koleżanek. I też tej namiętności, czułości brakuje. A dla mnie jedzenie to namiętność. Więc chciałam, żeby to brzmiało trochę kontrowersyjnie, żeby kojarzyło się z taką namiętnością do jedzenia, że jest niezbędne w życiu każdego człowieka.

Praktykowałaś weganizm. Czy wszystko zaczęło się od tych wegańskich wypieków?

To wyszło od kuchni 5 przemian, czyli medycyny chińskiej. 15 lat temu wpadła mi w ręce książka, a właściwie podręcznik z którejś ze szkół prywatnych o tym, jak pożywienie wpływa na nasze zdrowie. I ja po kolei zaczęłam to wszystko analizować, czytać blogi, książki, różne wypowiedzi i eliminować też pewne przewlekłe choroby, które miałam, i podnosić komfort swojego życia. Dlatego ten weganizm zaczął być ważny, bo w nim na przykład nie stosujemy nabiału, czyli mleka, które w tej chwili jest bardzo złej jakości. Pasteryzacja pozbawia je wielu drogocennych składników, a jego jakość staje się fatalna. Nabiał w tej chwili jest okropny, ser żółty nie przypomina sera żółtego. To są głównie tłuszcze utwardzane, więc jeżeli zaczniemy w ogóle czytać etykiety i zwracać uwagę na to, co jemy, to przestaniemy też chodzić do apteki. Przynajmniej ja widzę po sobie, od kiedy zmieniłam dietę. Ale z jajek nie zrezygnowałam. Jeżeli chodzi o nabiał, wyjątkami są Francja i Hiszpania – tam rzeczywiście kupujemy te lokalne sery, które są wytwarzane naturalnie. Ale na co dzień nie ma żadnego nabiału u nas w domu. Mięso jest niestety, dlatego że dziadek był mięsożercą i często musiałam mu mięso gotować, ale też ograniczamy się tylko do drobiu w tej chwili i to takiego z wolnego wybiegu, nie tego najtańszego. Nie jemy wołowiny, nie jemy wieprzowiny, nie jemy żadnych wędlin, żadnych kiełbasek. Niestety ryby u nas też są nie za bardzo zdrowe ze względu na zanieczyszczenie oceanów. Łososie zawierają metale ciężkie, chyba że są hodowane sztucznie, ale też nie wiadomo, czym są karmione. I właśnie przez to staramy się tego nie jeść.

Czy studiowałaś gdzieś jeszcze, zanim zaczęłaś Kulturoznawstwo?

Zaczęłam kiedyś medycynę roślin na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu, ale poległam w boju na egzaminach końcowych semestralnych, bo dostałam zapalenia płuc i się poddałam. Wtedy karmiłam dziecko piersią, więc nie spałam po nocach. Miałam dużo szans na zaliczenie, ale psychicznie nie wytrwałam. To jest bardzo ciekawy kierunek. Wybrałam go, bo mam swój ogródek, kocham rośliny, tak samojak kocham zwierzęta, lubię się nimi też leczyć.

Zajmujesz się również medycyną chińską – w jaki sposób wprowadzasz ją w swoim życiu?

Na przykład gdy piję kawę, co nigdy nie jest moim pierwszym napojem oczywiście, to tę kawę zawszę robię według tradycyjnej medycyny chińskiej, czyli według pięciu przemian. Gotuję tę kawę, dorzucam do niej cynamon, kardamon, imbir, goździki, na końcu pomarańczę. Ta filozofia 5 przemian jest związana z żywiołami wodą, ogniem, metalem, ziemią, drzewem. Tak jak pięć kierunków świata: północ, południe, zachód, wschód i ten, w którym ty stoisz, czyli środek. I każdy ten aspekt ma w sobie określoną zawartość. Np. pod przemianę metalu podchodzi smak słony, ryby, rzeczy, które wychładzają. Bo zima jest przemianą metalu. Przemianą ognia jest na przykład lato. Tam są wszystkie pokarmy, które są pieczone, warzywa i owoce. Może się to wydawać zbyt skomplikowane, ale jak się to zaczyna  stosować, to jest coraz łatwiej. Więc zamiast używania leków ja sobie komponuję odpowiednie posiłki, czyli jem dużo przypraw korzennych, lubię chili i do wszystkiego dodaję jakieś ostre przyprawy. Dzięki temu, na przykład, nie mam kataru i nie choruję w zimie.

Nigdy nie kupuję mrożonych warzyw, nie używam warzyw z puszek, wolę mieć coś świeżego i dobrego gatunkowo, niż coś, co było przetworzone. Nie kupuję truskawek w zimie. Ta sezonowość jest bardzo ważna w medycynie chińskiej. To, co ci daje ziemia w danym miejscu, gdzie mieszkasz o danej porze roku, to powinnaś spożywać. Czyli teraz, jesienią, warzywa okopowe. Po prostu taka świadomość tego, co spożywamy. Produkty lokalne głównie i te, które daje ci w tej chwili ziemia.

Co było przyczyną tego, że zaczęłaś praktykować tradycyjną medycynę chińską?

Kiedyś wpadł mi w ręce podręcznik dla studentów „Tradycyjna Medycyna Chińska” i nagle zaczęłam czytać i stwierdziłam, że jednak to, co my mamy w Polsce i Europie, to nie jest wszystko – reszta świata ma zupełnie inne podejście. Ta medycyna ma na przykład około 5000 lat, więc skoro oni tak długo tego używają, a to działa i nie mają pewnych chorób, jakie my mamy, to dlaczego tego nie spróbować? No i zaczęłam na sobie testować.

Jakie teraz masz efekty? Widzisz, że mniej chorujesz?

W ogóle nie choruję, od dwóch lat, kiedy rzeczywiście jeszcze zaczęłam wprowadzać dużo zmian, w ogóle nie choruję. Nie mam kataru , nie przeziębiam się, moje dziecko tak samo. Nie chodzimy do lekarzy, nie leczymy się. Nie rezygnuję z wizyty do lekarza. Dwa lata temu, gdy córka miała katar czy coś innego, to lekarka sprawdzała uszy, gardło, przeprowadzała badanie, czy wszystko w porządku. I jeżeli nie, to nawet jeśli przepisywała na przykład antybiotyk, to ja ją leczyłam swoimi metodami. Przy czym sama też wytwarzam antybiotyki i zazwyczaj efekty były po 2-3 dniach, tak samo, jak po normalnych lekach. Ale konsultowałam też z lekarzem, żeby osłuchiwała, oglądała i mówiła mi, jak coś się dzieje.

A skąd masz wiedzę, jak wytwarzać leki?

Antybiotyk na przykład wytwarzam z miodu. Odstawiam 2 łyżki stołowe miodu w letniej wodzie w kubku nieprzezroczystym na 12 godzin. Miód wtedy uaktywnia swoje antybiotyczne właściwości, jest to potwierdzone naukowo i działa na o wiele szersze spektrum antybiotyków, niż te apteczne. To stosowałam od wielu lat, widziałam efekty. Mam taką wiedzę z książek, nie tylko z tej o medycynie chińskiej. Mam też dużo książek o naturalnej medycynie i staram się czytać to wszystko, żeby stworzyć sobie taki wspólny mianownik,  bo wiadomo, że jeden autor będzie polecał to, a drugi co innego. Ale w świetle medycyny chińskiej nie możemy brać witaminy C, ani pić soku z pomarańczy, jak jesteśmy chorzy, bo to działa odwrotnie. Powoduje, że dostajemy katar, bo jest to wyziębiające. I rzeczywiście tak zauważyłam, że ktoś tam inny mówi, że trzeba jeść pomarańcze i pić sok z pomarańczy, bo ma dużo witaminy C przy przeziębieniu. Ale ja wiem, że to nie jest prawda.

Kiedy zrezygnowałaś z mleka i mięsa (oprócz drobiu),  też były efekty?

Tak. Jak najbardziej. Nie mam żadnych problemów z żołądkiem, nie mam uczucia pełności i ciężkości w brzuchu. Mleko pamiętam zawsze powodowało u mnie rozstrój żołądka, ale to było ostatni raz 8 lat temu, a może dłużej. No i zaczęłam czytać więcej, chodziło mi o naukowe podejście też do tych rzeczy, a nie tylko takie, że ktoś coś napisał, co mu się wydaje. Okazało się, że takich produktów jest strasznie dużo, ale przede wszystkim to mleko mnie zainteresowało. I od tej pory, jak się wgłębiłam w temat, po prostu je odstawiłam. Można przejść na mleko migdałowe. Istnieje bardzo dużo różnych rodzajów mlek roślinnych: sojowe, migdałowe, z nerkowców, pistacji, z orzechów laskowych, z orzechów włoskich, płatków owsianych. Wszystko to możesz sama sobie zrobić w domu. Nie polecam kupowania mlek wegańskich w sklepach, ponieważ zawierają do maksymalnie 5% wyciągu z danego orzecha. Można takie mleko zrobić sobie w domu, a trwa to 24 godziny: najpierw należy nasączyć orzechy, a potem zblendować i wycisąć –  wtedy masz najpyszniejsze mleko pod słońcem. Zdrowe przede wszystkim, bez dodatków.

Czy dalej jesteś na diecie?

Od kiedy mam swój ogródek, zaczęłam wytwarzać ocet jabłkowy, wino z czerwonych winogron, zioła itd. Dzień zaczynam od kubka ciepłej wody z własnym octem jabłkowym. Na pewno w diecie mam szklankę czerwonego wina wytrawnego do obiadu czy do kolacji. Staram się unikać kawy po godzinie 14, czyli 13 godzina najczęściej to jest ostatni moment, kiedy piję kawę. Bo później na przykład nie mogę spać. Nie piję czarnej i zielonej herbaty, ani czerwonej, piję głównie zioła i wodę. Moją ulubioną herbatą jest Rooibos, polecam każdemu, jest najpyszniejsza. Nie słodzę cukrem, chyba, że jest koniec miesiąca i miód się skończył. Miód kupuję wyłącznie od bartnika i to w sklepie firmowym od wielu, wielu lat. Stosuję minimalizm, gotuję też dużo zup, jem z córką zupy prawie codziennie, nie używamy żadnych śmietan itd. Ważne jest też, że jak przychodzi jesień, należy jeść ciepłe posiłki. Bardzo zdrowe są również surowe kakaowce  i ryżowa komosa. To są dwa pokarmy, które są serwowane astronautom w kosmosie, ponieważ mają wszystkie aminokwasy niezbędne tobie do życia.

Wspomniałaś, że jesteś mistrzynią Reiki, co to jest za metoda?

Reiki to metoda wprowadzania ludzi w głęboki relaks, przy cudownych zapachach naturalnych esencji kwiatowych oraz muzyce medytacyjnej. Teoretycznie jestem terapeutką, więc mogę nazywać moich klientów pacjentkami/pacjentami. Więc kiedy pacjent kładzie się na łóżko do fizjoterapii, przykrywam go kocem, wszyscy są w ubraniu i dotykam dłońmi od głowy, przechodząc do stóp, potem każę położyć się na brzuchu i robię to samo, często ludzie zasypiają, większość mówi, że moje dłonie są tak rozpalone i gorące, że mają wrażenie, jakbym miała grzejnik w dłoniach, pomimo ubrań i koca. Zasypiają w głębokim relaksie i choć na chwilę mogą zasnąć wolni od problemów i napięć dnia codziennego.

Kiedy postanowiłaś, że chcesz się tym zajmować?

Pierwszy raz czytałam o Reiki w jakimś magicznym sklepie z kamieniami szlachetnymi i przyborami do magii w Portsmouth w Anglii. Sprzedawca okazał się mistrzem Reiki i miał trzeci stopień. Po tym spotkaniu zaczęłam czytać i wertować książki oraz internet. Po powrocie do Polski poszukałam kursów inicjacyjnych i ciekawe, że trafiłam do tej samej szkoły, z której dawno kiedyś wpadł mi w ręce podręczniki do tradycyjnej medycyny chińskiej. Skończyłam kurs 5 lat temu w szkole medycyny alternatywnej, przeszłam pierwszy stopień inicjacji, a rok później drugi. Inicjację uzyskałam u pani Krystyny Włodarczyk-Królickiej Akademii Terapii Naturalnych.

Co teraz masz w planach?

Dopiero zaczęłam studia i chcę zrobić licencjat, to jest moim celem w tej chwili. Pod to planuję moją najbliższą przyszłość. Zawsze fascynowały mnie inne kultury i w tym kierunku chciałabym się rozwijać.


Autor: Zosia Poplavska

Zdjęcia: Monika Filip

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *