Warren Zevon – jak żyć, kiedy się umiera?

Śmierć. Dla wielu historia Warrena Zevona opowiada właśnie o tym. O tym, jak biedny chłopczyna w Los Angeles ugania się za sukcesem Boba Dylana, którego nigdy nie udaje mu się doścignąć. Mimo to robi karierę i kompletnie pijany w środku nocy celuje pistoletem we własną twarz, widniejącą na okładce albumu, który zrobił z niego gwiazdę. To zabawne, prawda? – mówi. Potem stopniowo wychodzi na prostą, ma swoje wzloty i upadki. A na koniec, w wieku 56 lat, usłyszawszy diagnozę, że zostały mu trzy miesiące życia, biegnie do studia nagrać jeszcze jeden, już ostatni, album. Jednak historia Warrena Zevona nie opowiada o śmierci. Opowiada o życiu i to na tyle, na ile to tylko możliwe.

Warren Zevon był trzecim kołem u wozu, składającego się z Boba Dylana i Neila Younga. Na przełomie lat 60. i 70. trudno było liczyć na sukces, występując z gitarą akustyczną. Jego solowy debiut w postaci albumu Wanted Dead Or Alive został marnie przyjęty. Aby zarobić na życie, stał więc w tle innych muzyków, prowadząc zespół braci Everly. To jednak nie wystarczyło. W 1975 Zevon sprzedaje wszystko poza gitarą i magnetofonem kasetowym i razem z żoną wyjeżdża do Hiszpanii, by tam spróbować szczęścia. Tam poznaje Davida Lindella, byłego najemnika, z którym pisze Rolland The Headless Thompson Gunner. Utwór wydaje w 1978, dwa lata po swoim rychłym powrocie do Los Angeles, na albumie Excitable Boy. To przez tę płytę zyskuje sławę. Głównie dzięki utworowi Warewolves of London, który ląduje w pierwszej trzydziestce listy przebojów. Na okładce albumu widnieje jego portret – młodego mężczyzny o złotych włosach – pijany pakuje w niego trzy pociski z pistoletu. To wszystko to żart – mówi do żony ­– Już w porządku – ale nikt się nie śmieje. Zevon zapisuje się na odwyk i każe poinformować o tym prasę – nie chce mieć możliwości odwrotu.

Po wyjściu życie wydaje mu się nieme, jakieś powolne. Nagrywa kolejne albumy, lepsze i gorsze, nie potrafi powtórzyć sukcesu Excitable Boy, za to jego życie się uspokaja. Zarabia jako muzyk, a przecież o to chodziło od samego początku. Był mniej więcej tam, gdzie chciał być. W 1987 roku wydaje Sentimental Hygine, na którym można usłyszeć gościnne występy zarówno Neila Younga, jak i Boba Dylana. Był jednym z nich – wieszczem, który przemawiał głosem swojego pokolenia – jednak zawsze pozostawał w ich cieniu. Mimo to mógł nazywać ich swoimi przyjaciółmi, jednymi z wielu nabytych na przestrzeni lat.

W pewnym momencie życia mieszkał razem ze Stevie Nicks i Lindsayem Buckinghamem z Fleetwood Mac. Wraz z Mickiem Fleetwoodem pomogli mu przy pracy nad pierwszym, nagranym po powrocie z Hiszpanii albumem, zatytułowanym po prostu Warren Zevon. Tak samo Hunter S. Thompson – pisarz i ikona kontrkultury lat 60. – stał się jego bliskim kolegą. W swojej biografii pisze, że nowy cadillac wysokiej klasy pomknie piętnaście albo i dwadzieścia kilometrów szybciej, o ile pozwolisz, by w jego głośnikach zagościła „Carmelita”.

 

To właśnie do Thompsona mówi, że być może będzie musiał otworzyć butelkę absyntu, kiedy w 2002 roku dowiaduje się, że ma raka płuc, a lekarze dają mu trzy miesiące życia. Czy na pewno chcesz się rzucić w jakąś orgiastyczną rozpustę tylko po to, by się przekonać, że te gnoje się mylą, tak jak mylą się zawsze? – pyta go Hunter. Nie robi tego. Żadnej rozpusty czy hulania duszy z nadzieją na to, że piekła nie ma. Nie, Warren Zevon idzie do studia, by nagrać album, wiedząc, że lekarze się nie mylą i że ten będzie już ostatnim.

The Wind ma być pożegnaniem dla tych, do których już nie zdąży osobiście. Rąk do pomocy nie brakuje – na albumie można usłyszeć chórki w wykonaniu Bruce’a Springsteena i Toma Pettiego. Utwory składają się na autorskie epitafium, tworzą manifest jego – jak sam to nazywa – parszywego życia.  Zacząwszy od spojrzenia wstecz w Dirty Life and Times, a kończąc na ostatnim życzeniu w postaci Keep Me in Your Heart. Cóż, to tylko jedno z jego ostatnich życzeń – drugim jest zobaczyć nowego Bonda.

Zevon nigdy nie stracił swojego pokręconego poczucia humoru. U Davida Lettermana mówi, że pokazuje swoje albumy lekarzom: Life’ll Kill Ya, My Ride’s Here, albo mówi o utworze I’ll Sleep When Im Dead. Nie dziwi się diagnozie. Poza tym, z wyjątkiem swojego dentysty, unikał lekarzy przez ostatnie 20 lat. To jedna z tych fobii, która naprawdę się nie opłaciła – śmieje się – wybrałem pewną drogę, żyłem jak Jim Morrison i pożyłem o 30 lat dłużej, kto wie dlaczego?

Warren Zevon umiera 7 września 2003 roku w wieku 56 lat. Dwa tygodnie po premierze The Wind i, zdążywszy zobaczyć Halli Berry jako dziewczynę Bonda w Die Another Day. Jego historia nie mówi o śmierci ani słowa więcej, niż żadna inna. Mówi natomiast o tym, jak cenić każdą minutę życia. Jak śmiać się z ironii losu nawet wtedy, kiedy los ten dobiega końca i przede wszystkim – o zaakceptowaniu tego.


Autor: Henryk Mamica-Hüsken

Zdjęcie: Instagram

Henryk Mamica-Hüsken

Dajcie mi kawę i papierosa, a zrobię wszytsko. Piszę o historiach stojących za muzyką i mam zamiłowanie do wszystkiego, co nieświęte.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *