Wszystkie brudy w „Domu Gucci” – recenzja filmu

Najnowszy film Ridleya Scotta jeszcze na długo przed oficjalną premierą wzbudzał nie lada zainteresowanie. W końcu przeniesienie na ekrany kin największego skandalu w historii znanej włoskiej marki reżyser planował już od przeszło dekady, a do współpracy na planie zaprosił całą plejadę gwiazd. Produkcji z pewnością nie można odmówić blasku, choć gdzieś w trakcie nasuwa się pytanie – czy wszystko Gucci co, się świeci?  

Prawdziwi Maurizio Gucci i Patrizia Reggiani

Wystarczył jeden strzał by Patrizia Reggiani zyskała tytuł czarnej wdowy przemysłu modowego. Czy biedny (choć też obrzydliwie bogaty, bo mówimy w końcu o dziedzicu fortuny Gucci) Maurizio mógł się tego spodziewać? Czy ta przypadkowo poznana sekretarka z firmy transportowej naprawdę mogła wprowadzić w ich rodzinie tyle zamętu? Cóż, w końcu papa Rodolfo go ostrzegał, a wybranka od samego początku wyraźnie zaznaczyła, że nie da sobą tak łatwo pomiatać.

I to właśnie losy tego feralnego w skutkach małżeństwa Patrizii i Maurizio opowiada Dom Gucci. 

Na ekranie w postać wspomnianej Reggiani wciela się Lady Gaga – sprytna i elegancka, z zadziornym uśmieszkiem na twarzy poprawia szminkę, snując kolejne intrygi. Niczym modliszka zdobywa przychylność kolejnych członków rodu (Kto wie, jeśli teść pozostaje niewzruszony, może poczciwy stryj stanie po jej stronie?), a potem metaforycznie odgryza im głowy, odsuwając w dal od rodzinnego majątku. Na pierwszy rzut oka można by co prawda powiedzieć, że zaciągająca ostrym włoskim akcentem Patrizia w wykonaniu Gagi wydaje się przerysowana, ale może właśnie i dlatego też jest tak charyzmatyczna. Zresztą, nazwijmy to kampem i chodźmy dalej.

Lady Gaga i Adam Driver w najnowszym filmie Ridleya Scotta

Artystce u boku jako (nie) wierny Maurizio towarzyszy Adam Driver. Z opadającą na bok grzywką i w grubych okularach na nosie aktor kreuje postać lekko wyciszonego prawnika, który w przeciwieństwie do swojego kuzyna Paolo (do jego osoby jeszcze wrócimy) nigdy specjalnie nie interesował się modowy biznesem. Dla Drivera jest to naprawdę przyzwoita, udana rola, chociaż podobnie jak pierwowzór postaci, nie wychodzi on z cienia partnerki.

Razem ewidentnie posiadają między sobą chemię i w tej kwestii nie można się do niczego przyczepić. Podczas oglądania rozwoju ich relacji pojawia się natomiast inny problem. Nie trudno ulec wrażeniu, że twórcy filmu przez jego dobrą połowę próbują zaserwować widzom coś na wzór komedii romantycznej. Patrizia nachalnie zabiegająca o uwagę młodego pana Gucci, on niczym kilkuletni chłopiec z zawstydzeniem obejmujący ją w tańcu i George Michael grający w tle podczas sceny ich ślubu. Do tego dochodzi jeszcze ta jedna erotyczna scena, którą poziomem niezręczności można porównać tylko do basenowego momentu w Showgirls Paula Verhoevena (kto widział, ten wie).

I jasne, scenariuszowe zmiany charakteru, z lekkiego i zabawnego na znacznie mroczniejsze sprawdziły się w kinie już nie raz. Tylko że np. w przypadku takiego popularnego przed dwoma laty Parasite mieliśmy do czynienia z fikcją, a nie przeniesieniem na ekrany prawdziwej i jednak tragicznej historii. Oglądając Dom Gucci, rzeczywiście zdarza się nam zaśmiać nie raz, choć po chwili zastanawiamy się, czy aby naprawdę powinniśmy?

 

Do mocnych elementów możemy natomiast zaliczyć kreacje drugoplanowe. Mamy tu np. wręcz wampirycznego Rudolfo w wykonaniu Jeremy’ego Ironsa oraz Salmę Hayek jako chaotyczną wróżbitkę Pinę. Największą uwagę przyciąga jednak świetny duet ojcowsko-synowski Aldo i Paolo Guccich, granych przez

Al Pacino jako Aldo Gucci

Ala Pacino i Jareda Leto. Ten pierwszy, jak zresztą na niego przystało, w roli najstarszego członka rodu wypada znakomicie. Momentami, gdy grany przez niego bohater oprowadza Patrizie po swoich posiadłościach lub wyprawia przyjęcia na włoskich prowincjach, można się nawet zastanowić, czy nie oglądamy właśnie alternatywnej wersji Ojca Chrzestnego, gdzie zamiast mafijnymi potyczkami Michael Corleone zajął się szyciem ubrań. Leto natomiast jako szalony kuzyn Paolo – aspirujący projektant pozbawiony talentu, niespodziewanie staje się jedną z najciekawszych postaci całej opowieści. Aktorowi grą udaje się nawet przebić przez warstwy, zmieniającej go nie do poznania charakteryzacji, a często nie jest to przecież łatwym zadaniem.

Jared Leto w roli Paolo Gucci

Dom Gucci zadziwia, choć nie zawsze pozytywnie. Przede wszystkim tym, jak bardzo dopracowany, a zarówno pełen niedociągnięć jest cały seans. W kwestiach wizualnych mamy do czynienia z cudowną scenografię, która, choć na chwilę pozwala poczuć się, jakbyśmy rzeczywiście weszli do świata znanych i bogatych. Z bohaterami na przemian przenosimy się z Mediolanu do Nowego Jorku i na mroźne stoki Alp (chłodem wieje tam zarówno dosłownie jak i w kwestii relacji głównych bohaterów). Nie brakuje też, jak przystało na film nomen omen o Gucci, aspektów modowych. Zobaczymy tu całą masę spektakularnych kreacji, które dla aktorów wybrała kostiumografka Janty Yates oraz wspaniale nakręcone (choć jest ich zadziwiająco mało) sceny pokazów. Tam roi się od smaczków i detali, spostrzegawczy ujrzą w tle podobizny mi.n Karla Lagerfelda z kotem, Grace Jones czy Anny Wintour.

Z drugiej jednak strony mamy też rażące luki w scenariuszu. Przez rozgrywającą się na przestrzeni lat 70.-90. fabułę dosłownie pędzimy w podskokach. Następujące zaraz po sobie, zupełnie bez ostrzeżeń sceny, które czasowo dzieli 5 lat? W Domu Gucci to standard. Do tego dochodzi brak jakichkolwiek uzupełnień informacyjnych w formie chociażby napisów, kilka pominięć faktów z prawdziwej historii i  konsternacja wśród widzów gotowa.

Nie jest to bynajmniej kwestia braku wolnych minut, bo obraz liczy sobie ponad dwie i pół godziny. Sporo tu natomiast tzw. wypełniaczy — dynamicznych, choć po piątej z kolei, już zbędnych scen z muzyką w tle (Choć, soundtrack pełen hitów minionych dekad możemy akurat zaliczyć do plusów). Niektóre mają wręcz teledyskowy montaż i chcąc nie chcąc ma się wrażenie, że pojawiająca się na ekranie Gaga zamiast Maurizio powie do swojego filmowego męża Alejandro, zaczynając śpiewać jeden ze swoich przebojów. Po seansie nasuwają się wnioski, że twórcy mogli lepiej zagospodarować ekranowym czasem. Z niedosytem pozostawia, chociażby pośpieszny finał. A szkoda.

Ostatecznie patrząc prawdzie w oczy — tak, Dom Gucci ma swoje mankamenty i tak, można to było zrobić lepiej, ale czy mimo wszystko zapewnia też udaną rozrywkę? Jak najbardziej. Obraz ogląda się najzwyczajniej w świecie dobrze. Z całą pewnością zostaje on też w pamięci, czy to przez rozmach z jakim został zrobiony, czy interesujące kreacje aktorów. I pod tym względem reżyser odniósł sukces. Wierzcie lub nie, ale to jeden z tych filmów, które mają ogromny potencjał by, po latach wciąż się o nich mówiono.


Tekst: Jessica Krysiak

Zdjęcia: Pinterest

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi