„Żałuje, że się tyle z tobą dzielę” – recenzja filmu Malcom and Marie

Reżyser Euforii Sam Levinson debiutuje na wielkim ekranie, wypuszczając piątego lutego na platformę streamingową Netflix swoją najnowszą produkcję. Mowa oczywiście o Malcolm i Marie – czarno-białym, intymnym dramacie psychologicznym. Przedstawiony on został podczas tylko jednej nocy, a całość akcji odbywa się w kalifornijskiej willi Malcolma. W filmie występują jedynie dwie tytułowe postaci, a są one grane przez gwiazdę popularnego serialu Euforia – Zendayę oraz znanego z Tenetu Johna Davida Washingtona.

Film ma bardzo hipnotyzujące rozpoczęcie. Odczuć można inspirację starym hollywoodzkim kinem, a czarno-biały obraz nadaje niezwykłego klimatu. Pierwszą scenę rozpoczyna przepiękny utwór Jamesa Browna, podczas którego na ekranie widzimy wchodzących do luksusowego apartamentu tytułowych i jedynych bohaterów filmu. Malcom to wschodzący reżyser, który właśnie ma zamiar świętować sukces swojej premiery. Marie natomiast to jego partnerka, jednak ona już od pierwszych scen jest gdzie indziej myślami. Okazuje się bowiem, że mężczyzna podczas podziękowań zapomniał wspomnieć o ukochanej. Ona odczuła to bardzo boleśnie, gdyż każdy po projekcji pytał ją i poniżał, iż nie została przez Malcolma wyróżniona. Ponadto scenariusz napisany przez mężczyznę rzekomo opiera się na życiu Marie, co jeszcze bardziej sprawia, że dziewczyna czuje się źle.

Nie jest to melodramat taki, jakiego wszyscy by się spodziewali i to czyni ten film wyjątkowym. Cała magia produkcji polega na słowie. To ono odgrywa kluczową rolę. Marie jest z pozoru cicha i stonowana, a Malcom w kontrze do niej, jest pełen gniewu i ekspresyjności. Każde słowa wypowiedziane przez parę są bardzo ważne i istotne w zrozumieniu problematyki filmu. Z minuty na minutę dowiadujemy się coraz więcej o tym, jak wyglądała ich wspólna przeszłość. Nie musimy tego dostawać na obrazie, dzięki ich dialogom i tak jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ich życie przed bogactwem i piękną karierą. Bohaterowie poniżają się nawzajem, wyjawiają intymne tajemnice oraz wytykają wady.

W filmie ważnym aspektem jest również muzyka stworzona przez Labrintha, autora ścieżki dźwiękowej „Euforii”. To ona, czasem zbyt boleśnie dosłowna sprawia, że produkcja staje się spójna, a co więcej zanurza widza w pewien sposób w stan bohaterów i sprawia, jakbyśmy sami znajdowali się razem z Malcolmem i Marie.

Reżyser chce zwrócić uwagę odbiorcy na temat zrozumienia potrzeb partnera. W niesamowity sposób przedstawia obie strony konfliktu. Ich emocje pozwalają widzowi utożsamić swoje codzienne problemy ze zmaganiami bohaterów. Malcolm wydawać by się mogło, że jest tzw. bucem, który tylko wykorzystuje i wyżywa się na swojej Marie,  ona natomiast ma prawo do swojego zachowania, bo przecież kiedyś była narkomanem i zmagała się z depresją.

Jednakże film ukazuje dualizm problemów osób, które chorują na depresję i osób, które wtedy przy nich trwają. Niełatwe zadanie ma i sam Malcolm, który musi być i ciągle tłumaczyć Marie, że jest na tym świecie ktoś, kto naprawdę ją kocha, a nie tylko jej potrzebuje. Dziewczyna jednak ma prawo do złości, ponieważ czuje się wykorzystana. Myśli, że jej życiowa historia stała się tylko inspiracją do filmu dla Malcolma i niczym więcej. Marie jest po takich przejściach, że nie ma się co jej dziwić, iż nikomu nie ufa i nie sądzi, że będzie potraktowana kiedyś godnie i z szacunkiem. Para w pewnym momencie jest w takim amoku złych słów, że wypomina sobie najgorsze błędy, Malcolm nawet wyśmiewa fakt, że Marie cięła się nożyczkami do paznokci i tym przekracza już granicę. Kłótnia zakochanych to sinusoida uczuć, oboje są artystami życia. Kochają i się, ale mimo to, co chwile pojawiają się momenty pełne nienawiści.

Poza wątkiem miłości produkcja porusza jeszcze jedną istotną kwestię. Malcolm jako wschodzący reżyser opowiada o podejściu ludzi do kinematografii. Wyraźnie mówi, że boli go to, jak ludzie podchodzą do kina. Chce, aby społeczeństwo nie patrzyło tylko na obraz i oczekiwało akcji. On pragnie, aby współczesne filmy niosły za sobą głębszą wartość, aby zmuszały ludzi do refleksji. W tyradzie Malcolma dotyczącej „białej krytyczki” sporo osób wypatrzyło nawiązanie do życia samego reżysera, a dokładniej recenzji Katie Walsh z LA Times, która nie przebierała w słowach, pisząc o Assasination Nation.

Stworzony przez Levinsona Malcolm wpada w szał po przeczytaniu tekstu, gdzie krytyczka rozprawia m.in. o sposobie przedstawienia głównej postaci kobiecej w jego filmie. Malcolm atakuje recenzentów za to, że rzutują oni pewien odbiór filmu niezależnie od tego, czy taki był zamiar autora. Levinson, chce w ten sposób przekazać, jakie jest jego spojrzenie na świat filmu.

Poprzez Malcom and Marie reżyser skłania do wielu refleksji, z jednej strony zastanawiamy się nad naszym działaniem w związku partnerskim, a z drugiej natomiast nad właściwą percepcją i oceną filmów, które oglądamy. Jedno wiem na pewno, Malcolm and Marie  to film, który powinien obejrzeć każdy, kto patrzeć chce na kino z choć trochę większą wrażliwością niż zwykły szary człowiek. Sama jeszcze nie raz na pewno wrócę do tej produkcji.


Autor: Aleksandra Stefanowicz

Zdjęcia: Instagram

Aleksandra Stefanowicz

Kinomanka i melomanka w jednym. Zapalona globtroterka oraz koncertoholiczka. Zdecydowanie fanka polskiej kultury. Marzycielka, która chce zwiedzić każdy kraj świata z flagą Polski na plecach. Ponadto nie poruszam się w sposób normalny, tylko zawsze taneczny. Optymizm górą!

One thought on “„Żałuje, że się tyle z tobą dzielę” – recenzja filmu Malcom and Marie

  • 9 lutego, 2021 o 4:44 pm
    Permalink

    Wnikliwa analiza. Jeśli jeszcze miałam wątpliwości, czy film obejrzę, to teraz jestem co najmniej zaintrygowana.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *