Czego nauczyły mnie rolki?

Trochę ze mnie łamaga – przyznaję bez bicia. Idąc, potrafię się zamyślić i paść jak długa, czym wzbudzam powszechne współczucie. Ludzie na ogół są sympatyczni. Pytają, czy wszystko w porządku, radzą, żeby patrzeć pod nogi. To bywa krępujące – mam 21 lat, a przechodnie roztkliwiają się nade mną jak nad dzieckiem. Dlatego postanowiłam rzucić wyzwanie koordynacji ruchowej i ze spacerów przerzucić się na… rolki.  

Jazda na rolkach kojarzy się z wiekiem dziecięcym. Oczami wyobraźni widzę 10-latkę w różowym kasku. Spod niego wystają dwie kiteczki, bujające się w rytm rozkołysanych bioder. Mała odbija się na ugiętych kolanach, w lewo i w prawo, a jej tyłów strzeże mama, dopalając papierosa. Mając siedem lat, sama próbowałam swoich sił. W różowej zbroi wyszłam na podbój parkingu przed Wzgórzem Andersa. Przejechałam się może z trzy razy, po czym rzuciłam rolki w kąt i wróciłam do książek.  

Jako dziecko nie rozwinęłam pasji do sportu. Do tej pory moją ulubioną dyscypliną jest wyczynowe spanie w ciągu dnia. A potem poszłam w góry i podczas wspinaczki prawie wyzionęłam ducha. Tak dojrzałam do decyzji: trzeba od czegoś zacząć, od c z e g o k o l w i e k. Na rolkach jeździ milion małych dziewczynek, więc co może pójść nie tak? 

Tego jakże dojrzałego sprzętu zażyczyłam sobie na 21 urodziny. Moje cuda na kółkach są różowo-czarne – trochę elegancji, trochę nieśmiertelnej, stereotypowej klasyki. Jeszcze w sklepie cieszyłam się nimi, wyobrażając sobie, jak sunę z gracją po nadodrzańskich wałach. Podziwiałam je przez okrągły tydzień, który w całości spędziły w mojej szafie. Wreszcie na dwór wykopała mnie mama, używając eufemistycznej formy wyrażenia: Rusz dupę! Wylegując się w łóżku podczas kolejnego wykładu, poczułam wyrzuty sumienia. Powinnam iść, chociażby dlatego, że cholernie mi się nie chcę.  

Podobno najtrudniej jest zacząć, ale dla mnie schody zaczynają się już przy wkładaniu ochraniaczy. To zupełnie inny rodzaj wyzwania. Trudność nie leży w braku kompetencji, lecz w zachowaniu cierpliwości. Ochraniacze na kolana i na łokcie wyglądają niemal tak samo, różnią się tylko rozmiarem. Rolki okazują się równie skomplikowane do rozpracowania. Potrzebuję kilku prób, aby poradzić sobie z zapięciem, z którym 10-latki rozprawiają się w pięć sekund. Wkładam ochraniacze na nadgarstki, wstaję i… niemal natychmiast ląduję na tyłku. Przebiegający pies przystaje, zaczyna mnie obwąchiwać, a ja modlę się, żeby wstając, nie najechać mu na ogon.  

– W porządku? – pyta sąsiad, dobiegając do psa. Za pomocą smakołyków odciąga go na bok.  

Właściciel czworonoga to facet z mojej bramy. Jest mniej więcej w moim wieku, może trochę po studiach. Nasze spojrzenia się spotykają, a mnie zalewa fala zażenowania.  

– Tak, jest świetnie – mruczę pod nosem i na drżących nogach próbuję doczołgać się po trawie do chodnika.  

W poniedziałkowy poranek, chwilę po 10:00, droga dla rowerów powinna być opustoszała. Na to liczę, mentalnie nie jestem gotowa na żadne mijanki. Nie wiem, czy spanikowana nie rzuciłabym się w pokrzywy. Ale bardziej od rowerów przerażają mnie dzieci, szczególnie te puszczone w samopas. Już widzę, jak z impetem wjeżdżam w jakiegoś brzdąca, czym uruchamiam syrenę alarmową dla całego osiedla. Matka bąbelka gasi papierosa, dobiega do nas i za życia urządza mi Sąd Ostateczny.  

Na razie droga jest jednak pusta – idealnie! Dotaczam się do chodnika i stawiam pierwsze, niezdarne kroki. Noga za nogą, raz w prawo, raz w lewo. Ręce przed siebie, kolana zgięte, pupa wypięta, bo jak się wywalić, to najlepiej do przodu. Jakimś cudem jadę, chociaż czuję się jak Bambi na leśnym runie. Różowo-czarne kółka szusują po chodniku, narzucając przejażdżce pewien rytm. Powoli się odprężam. Zaczynam myśleć o czymś innym niż o strachu przed upadkiem. 

Myślami wracam do niedzielnego popołudnia. Siedziałam z ojcem na balkonie, sączyłam wodę, a on popijał drugą kawę w ciągu niespełna godziny. Po długim wahaniu pochwaliłam się nowym sprzętem i – tym samym – planem ostatecznego wyjścia z domu.  

– Rolki? – ojciec skrzywił się, upijając łyk kawy – Ale masz wszystkie ochraniacze? Musisz zabezpieczyć nadgarstki, bo jak je sobie skręcisz, to nie będzie czego składać. I koniecznie, k o n i e c z n i e uważaj! Jak upadasz, to zawsze ręce przed siebie. Nigdy na potylicę, nawet w kasku możesz coś sobie uszkodzić. I jak jedziesz drogą dla rowerów, to zawsze po prawej stronie… 

Natchniony własną przemową, nie zauważył, że gdzieś po drodze wyłączyłam się z rozmowy. Wpatrzona w rzekę popijałam wodę i myślałam o wszystkich niebezpieczeństwach, jakie czekają mnie na rolkach. Ale przecież tysiące dzieci wychodzi z domu i odrzuca lęk na rzecz ciekawości. Może to kwestia braku wyobraźni? A może rodziców, którzy zamiast zniechęcać, starają się wspierać i wierzyć w możliwości pociechy? 

Wiesz, tato… – powiedziałabym po namyśle – Wystarczyłoby, gdybyś powiedział, że się cieszysz i życzył mi dobrej zabawy. Ale w tamtym momencie milczałam, bo jak przebić się przez sceptycyzm poznawczy bardziej doświadczonej osoby? Ojciec wciąż widzi we mnie dziewczynkę, którą należy chronić przed światem, nawet jeśli miałoby to oznaczać pozbawienie jej dobrej zabawy. 

Pogrążona w myślach, przestaję uważać na drogę. Mija mnie biegacz w spandexowych szortach. Z wrażenia zataczam się na prawo. Kółka wjeżdżają na trawę, a ja momentalnie tracę równowagę. Pierwszy upadek zaskakuje, otarty kciuk boli, ale mniej niż się spodziewałam. Na drżących kolanach próbuję podnieść się do pionu. 

– Nic ci nie jest?! – woła do mnie biegacz, a ja w odpowiedzi wystawiam kciuk w górę.  

I rzeczywiście, jest jak najbardziej w porządku. Cieszę się z upadku, bo ten pierwszy raz mam już za sobą. Perspektywa kolejnego nie budzi we mnie strachu. Po to mam ciało, żeby czuło i czerpało z każdego doświadczenia. Pewnie tak czują się 10-latki na pierwszych rolkach. Ledwo odrosły od ziemi, ale na drodze rowerowej są wolne i beztroskie.  

Szczęście bywa proste. Czasami wystarczy odrzucić strach i wyjść naprzeciw wewnętrznemu dziecku. Ono pamięta, jak to jest się bawić bez względu na konsekwencje. Żyje dla pojedynczych chwil i doświadczeń, w których zamyka się cały świat.  


Autor: Kaja Folga 

Zdjęcie: Shutterstock

Kaja Folga

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Czarownica od strony matki. Tropicielka magii na co dzień i grzesznych przyjemności popkultury. Wielbicielka literatury pięknej, szczególnie japońskiej i rosyjskiej. Dla "Nowego" pisze o smaczkach z rzeczywistości, z dystansem, przymrużeniem oka i kotem na kolanach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi