Obrona – kiedy strach ma wielkie oczy

Koniec czerwca. Czas wakacji, radości, planów, a dla niektórych  –również olbrzymiego stresu. Po maturzystach i ósmoklasistach przyszedł bowiem czas na studentów. I o ile część z naszych czytelników pewnie właśnie pomyślała o sesji, moi znajomi borykają się jednak z czymś zupełnie innym – z obronami licencjatów.

Od ponad tygodnia chodziłam nakręcona, raz po raz sprawdzając, czy w systemie antyplagiatowym nie pojawiła się już recenzja mojej pracy. Nie? Nie. A za piętnaście minut? Choroba ciężka. Serce waliło mi jak młotem. Ręce pociły się bez powodu, zupełnie ignorując deszczową pogodę i pozorny chłód mieszkania.

Nie miałam pomysłu na to, co ze sobą zrobić. Jeszcze miesiąc wcześniej myślałam, że nie będę tęskniła za samym pisaniem pracy licencjackiej. Byłam niemal pewna, że kiedy tylko ją oddam, poczuję ulgę. Niestety, nie mogłam się bardziej mylić. W perspektywie obrony miałam ochotę pobiec do dziekanatu i błagać, żeby pozwolili mi jeszcze coś dopisać. Przecież ona nie mogła już być skończona! Jeszcze na pewno dałoby się do niej coś dodać. Jakiś rozdział. Albo najlepiej z dziesięć.

Musiałam coś robić. Coś. Cokolwiek!

Zawsze mogłam posprzątać pokój. Rozgrzebałam więc półki z książkami i już miałam wyciągać rzeczy z szaf, kiedy stwierdziłam, że to nie ma sensu. Nie mogłam się skupić na porządkach. To było dla mnie za wiele. Jeśli miałam zająć się czymś konkretnym, to lepiej by było wybrać coś, co przynajmniej lubiłam robić.

Zajęłam się więc czytaniem książki. Przez jakiś moment nawet dawałam radę, okazało się bowiem, że właśnie wyszła czwarta część serii, którą przeczytałam już jakiś czas temu. Niestety powieść skończyła się w jedno popołudnie, zostawiając mnie z pustką w sercu i brakiem chęci na kolejną lekturę. Jak widać, na niczym już nie potrafiłam się skupić.

Dlatego zaczęłam się uczyć. Niestety, to szło mi nawet gorzej niż sprzątanie. Wystarczyło zajrzeć do materiałów, żeby momentalnie poczuć się skrajnie zmęczonym. Na większość pytań znałam odpowiedzi, ale te pozostałe…  Musiałam je opracować, dlatego (logicznie) zajęłam się czym innym – rysowaniem.

Bo co mi szkodzi? Jeden malutki szkic i zaraz zabiorę się do pracy. No, może nie jeden, tylko kilka. I nie szkiców, tylko pełnych ilustracji. Co za różnica. Grunt, że kolejne dni minęły dość szybko. Zresztą, jakoś musiałam się odstresować!

Jeden z obrazków, które udało mi się skończyć, ale co to jest – sama nie wiem

No a skoro już o tym mowa, to zaraz potem przyszło pierwsze od miesięcy spotkanie z redakcją i… zdecydowałam się wreszcie odwiedzić rodzinę. W końcu jeśli miałam paść na zawał w dzień obrony, to wypadałoby się z nimi pożegnać. Poza tym i tak musiałam zabrać kota, żeby z powrotem zagościł ze mną we Wrocławiu.

Jeszcze w pociągu ponownie zajrzałam do recenzji. JEST! Dobra, teraz przynajmniej miałam pewność, co muszę jeszcze powtórzyć. Udało mi się nawet zajrzeć do pytań. Tylko nie wiedzieć czemu, raz na jakiś czas, gdzieś w tekście pojawiało się kilka dziwnych, wyrwanych z kontekstu zdań.: „Zgodnie z rozporządzeniem… Podróżni są zobowiązani do zasłaniania ust i nosa… Wrocław Nowy Dwór”.

Z tej dziwacznej gorączki obudziłam się dopiero gdy w deszczu, z obtartymi nogami stanęłam przed drzwiami do instytutu. Przełknęłam ślinę, weszłam do środka…

I nawet nie wiedzieć kiedy – zdałam.


Autorka: Marta Ziółkowska
Źródło zdjęć: Marta Ziółkowska, Pixabay

Marta Ziółkowska

Jestem jedną z redaktorek Nowego Dziennikarstwa oraz autorką powieści pt. Ta druga. Odpowiadam za serię felietonów zatytułowaną „Rozkoszne Różnorodności”, bo… lubię zbierać przypadkowe ciekawostki o ludziach, zwierzętach czy świecie jako takim. Chociaż muszę przyznać, jest coś, co kocham bardziej niż zagłębianie się w pozornie niepotrzebnej wiedzy. Literatura. W każdej formie, niezależnie od gatunku, czy czasu powstania. Jeśli coś ma literki – z przyjemnością to przeczytam. Ta pasja rozszerza się również na pisanie, które towarzyszy mi od czasu, kiedy mając siedem lat naskrobałam na kartce pierwsze dwa wiersze. Potem było już z górki. Opowiadania, eseje, książki… przez lata zapełniłam setki, żeby nie powiedzieć tysiące, stron. I wcale nie zamierzam przestać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi