ŁZY ARACHNE #1- Niespodziewany gość

Arachne, lekarz lalek. Ktoś, kto może dać ci nieśmiertelność, lub przypilnować, żeby nikt nigdy nie znalazł twego ciała. Wybawienie albo potwór. Chociaż dla większości – oba na raz. 

Słońce leniwie wpełzło na niebo, zrzucając z siebie ciepłą kołdrę nocy.  Kościelne wieże wyciągnęły do niego swoje długie szyje, witając je donośnym dźwiękiem dzwonów. Ludzie, jakby do rytmu, raz po raz przepływali ulicami, zatrzymywani jedynie przez liczne światła. Byli jak konie, stojące już w blokach startowych, gotowi biec, tylko po to, by każdego dnia zaoszczędzić tych kilka dodatkowych minut, które pod wieczór okazywały się znacznie ważniejsze od wszelkich pieniędzy.

Przyszedł czas odpoczynku.

Wyciągnęła nogi na łóżku i przykryła głowę poduszką. Ocean zmęczenia zalewał ją falami, odbierając jej podstawowe zdolności poznawcze.

Już miała zapaść w sen, już zamknęła oczy i pozwoliła umysłowi odpłynąć, kiedy nagłe szarpnięcie przywróciło ją do pionu.

Krzyknęła, choć nie wiedziała, że to robi.

Jej głos urwał się niby struna, która nie wytrzymała napięcia i poddała się w połowie utworu.

– Cholera.

Drżące palce kilkukrotnie przeczesały włosy.

Tacy jak ona nie spali. Przecież wiedziała. Dlaczego za każdym razem musiała zapominać?

Oparła głowę o kolana, czekając aż narastający ból w klatce piersiowej trochę zelżeje, pozwalając jej na wyjście z łóżka. Odsiecz jednak przyszła o wiele wcześniej, niż się spodziewała.

Tupot pazurków i ciche popiskiwanie powoli pomogły jej wrócić do rzeczywistości.

– Cześć maleńka. Obudziłam cię? – Maria pochyliła się nad zwierzęciem i z trudem wzięła je na ręce. Było takie ciepłe. I miękkie. Mała ostoja życia w jej martwym świecie. – Chcesz śniadanko, Lulu? Bo twoja pani definitywnie musi coś przekąsić.

Suczka ochoczo zamerdała ogonem, jednocześnie wciskając swój długi, czarny pysk prosto pod pachę Marii, a ta odstawiła ją na podłogę, pozwalając jej poprowadzić się prosto do lodówki.

– Przepraszam, że miałam dla ciebie tak mało czasu. Miałam pracę. Przecież wiesz. Dobrze, że chociaż ty możesz spać. – Uśmiechnęła się do niej, dając jej miskę, którą po brzegi wypełniała nie tylko karma, ale również jej poczucie winy. – Śniadanko dla małej Lulu, podano raz. A teraz czas na coś dla mnie. „Bogowie potrzebują kolejnej ofiary.”  – Westchnęła i zabrała się do krojenia warzyw na kanapkę.

Jedzenie było dziwne. Suche i mokre zarazem. Zimne i całkiem ciepłe. Pierwszych kilka sekund zawsze było najgorsze. Potem uderzał w nią smak.

Ogórek, ser, szynka i chleb. Niby nic niezwykłego, a jednak tylko to sprawiało, że nadal nie odebrała sobie życia.

Pomyśleć, że wystarczyła taka jedna, ludzka rzecz, żeby choć na moment zapominała, czym się stała.

Nagle posiłek przerwał jej przenikliwy dźwięk dzwonka. Ktoś natarczywie przyciskał go raz po raz, jak dziecko, czekające przed drzwiami po powrocie ze szkoły. Albo klient, który nie mógł sobie pozwolić na umówione spotkanie.

Maria wzięła głęboki wdech.

Miała nadzieję, że to jednak jakiś zagubiony imprezowicz, który zgubił się na wrocławskich ulicach i pomylił kamienice, szukając swojego domu…

Musiała otworzyć.

Przy akompaniamencie świdrującego dźwięku dzwonka, podeszła do drzwi. Odczekała dziesięć sekund. Rozpięła bluzkę tak, żeby wyglądała nieco niedbale. Jakby przypadkiem ubrała ciuchy z poprzedniego dnia, zaskoczona przyjściem niespodziewanego gościa.

Jej gra musiała być perfekcyjna. Sąsiedzi gadają. Szczególnie jeśli nie mają nic innego do roboty, a tę kamienicę pandemia uderzyła o wiele mocniej, niż można by się spodziewać. Emeryci mieli już dosyć siedzenia w domach i patrzenia na obłażące z farby ściany. Dlatego spędzali czas, podpatrując, czym zajmują się pozostali mieszkańcy.

Zamek zaskrzypiał nieśmiało, gotowy na kolejne spotkanie.

– Arachne! – Głos zaatakował ją, jeszcze zanim okrągła twarz pojawiła się w szparze pomiędzy drzwiami a framugą. – Arachne, jak dobrze, że jesteś, potrzebuję…

– Pomyłka. – Maria tylko dzięki sile woli od razu mu nie przyłożyła. Zamknęła oczy. Wzięła kolejny wdech.  – Nazywam się Maria Nowak. Nie znam żadnej Arachne.

– Ale dostałem informację, że to właśnie tutaj…

– Jeśli – przerwała mu, zanim zdążył wyrzygać z siebie wszystkie fakty na temat jej szemranej wiadomości. – Jeśli chce pan ze mną porozmawiać na temat poprzedniej lokatorki, to z przyjemnością dam panu jej adres. Wspominała coś, że jej dawni klienci mogą szukać jej pod tym adresem. –  Uśmiechnęła się z zakłopotaniem. – Proszę wejść. – Odsunęła się, pozwalając mu przekroczyć próg.  Poczciwiec nawet nie zauważył, kiedy ciężkie, drewniane drzwi zatrzasnęły się za nim, zamykając go w klatce jej mieszkania.

– To dobrze, że Arachne zostawiła adres! Muszę się do niej dostać…

– Och, zamknij się. Nie wiem, kto cię tu przysłał, ale wypierdalaj. Nie pomogę ci.

– Arachne! – Mężczyzna przetarł twarz rękawem, jakby próbując otrzeć łzy.  Maria nie musiała go pytać, żeby wiedzieć, czym jest.

Ktoś skopał te policzki. Były zbyt okrągłe. Jak dwie kamienne kulki przyklejone do ciała na siłę. Nie miały w sobie naturalnej mięsistości, czyli nie dodano do nich wystarczająco pajęczej nici.  Wydawały się przez to nienaturalnie sztywne. Niezdolne do szczerego uśmiechu. Usta również zrobiono co najwyżej nieudolnie. Były zbyt płaskie. Pozbawione definicji i wyrazu. Namalowane, a nie wyrzeźbione.  Nawet nos nie ratował tej twarzy. Dziurki były zbyt płytkie. Nawet idiota zauważyłby, że nie da się przez nie oddychać. Wszystko to nadawało mu wyglądu woskowej figury, której autor od lat nie widział żywego człowieka.

Robota żółtodzioba.

Problem w tym, że w ich zawodzie nie było nikogo nowego od ponad dwustu lat.

– Arachne! Błagam! – Mężczyzna pochylił się do niej, a jedna z jego rąk opadła bezwładnie, wygięta pod dziwnym, nienaturalnym kątem. – To boli. Bardzo boli. Błagam.

– Cholera. Kto panu to tak… – Ugryzła się w język, zanim dokończyła zdanie. Nie. Nie mogła mu pomóc. Nie po tym, jak wykrzykiwał jej tytuł na korytarzu starej kamienicy. Co jeśli ktoś powiązałby ją z „poprzednią lokatorką”? Chociaż z drugiej strony, musiała wiedzieć, kto mu to zrobił. Jeśli naprawdę na rynku pojawiła się nowa Arachne, miała obowiązek poinformować pozostałych.

Przygryzła wargę. Ludzki odruch. Jedyny, który jej został.

– Błagam, to boli… Boli tak bardzo!

– Dobrze. Zrobię to dla pana. A teraz proszę za mną.

***

Autorka: Marta Ziółkowska

Marta Ziółkowska

Jestem jedną z redaktorek Nowego Dziennikarstwa oraz autorką powieści pt. Ta druga. Odpowiadam za serię felietonów zatytułowaną „Rozkoszne Różnorodności”, bo… lubię zbierać przypadkowe ciekawostki o ludziach, zwierzętach czy świecie jako takim. Chociaż muszę przyznać, jest coś, co kocham bardziej niż zagłębianie się w pozornie niepotrzebnej wiedzy. Literatura. W każdej formie, niezależnie od gatunku, czy czasu powstania. Jeśli coś ma literki – z przyjemnością to przeczytam. Ta pasja rozszerza się również na pisanie, które towarzyszy mi od czasu, kiedy mając siedem lat naskrobałam na kartce pierwsze dwa wiersze. Potem było już z górki. Opowiadania, eseje, książki… przez lata zapełniłam setki, żeby nie powiedzieć tysiące, stron. I wcale nie zamierzam przestać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi