„Freud” – próba recenzji

Młody naukowiec z ambicją obrócenia biegu historii nauki. Uzależniony od kokainy, wyśmiewany… 20 marca 2020 Netflix zaczął opowiadać nam nieco alternatywną historię życia Zygmunta Freuda. 

Gra aktorska

Bez niej najlepsza historia zamienia się w… no właśnie. „Freud” się nie zmienił. Młody Zygmunt, jeszcze nienarodzona gwiazda, na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia szaleńca czy narkomana. Dobrze zbudowany, brodaty młodzieniec. Mieszka w ładnie ozdobionym, mieszczańskim bloku. A jednak co chwilę w jego ręce widujemy kokainę. Rzadko widzimy w niej pieniądze, o które co chwilę nagabuje go najemca – równie namiętnie co potencjalna teściowa, która od ich dużej ilości uzależnia swoje „tak” lub „nie” w sprawie ślubu Zygmunta.

Arystokraci są jak typowi przedstawiciele doby upadku. Niewiele wnoszą do społeczeństwa. Przytłoczeni ciężarem perfum, zdobień i majątku oddają się seansom spirytystycznym, rytualnie piją krew w rytm okultystycznych śpiewów. Oburzeni zachowaniem „żydowskiego szarlatana” wpadają w dzikie oburzenie, jednak konwencję brutalnie trzymają ich twarze i struny głosowe.

Policjanci nie są miłymi panami pomagającymi staruszkom przejść przez ulicę. Są utwardzeni wojną, zmęczeni zmęczeniem życiem. Brutalni w działaniach. Bez pardonu wchodzą do mieszkań i szpitali, by szukać dowodów. W przesłuchaniach wrzeszczą, niemal sięgają po przemoc. Dziś po pierwszym wybuchu zostaliby relegowani ze służby.

Lekarze to poważni panowie uwierani przez gorset paradygmatu. Żadnej empatii dla pacjenta psychiatrycznego. Rzuca się? Do klatki w podziemnym tunelu. Zygmunt próbuje zwalczać skutki nerwic a nie gnębić pacjenta? Śmiejmy się. Cóż on wygaduje?

Muzyka

Została doskonale wmontowana w poszczególne sceny. W wielu momentach ledwie ją słychać. Pełza gdzieś z tyłu historii, szelest przyśpiesza akcję serca, powoduje suchość w ustach. Nerwowa niczym niezręczna cisza, drżąca niczym śpieszący na ratunek inspektor policji… Stefan Will i Marco Dreckkoetter wykonali tytaniczną pracę. To nie jest zwykła muzyka. To zwerbalizowane emocje. Dzięki temu poczujemy się, jakbyśmy byli wtedy w Wiedniu.

Montaż

Zrobiony tak, że przy pierwszym podejściu do serialu trudno określić, co jest rzeczywistą akcją, a co hipnotycznymi światami przeżywanymi przez pacjentów Zygmunta. W jednym momencie jesteśmy w Wiedniu, następnie przeżywamy wojenną traumę inspektora pod Bosną. Chwilę potem jesteśmy na balu arystokracji, gdzie nagle medium przeżywa trans i widzi jeszcze inną przeszłość. Całościowo montaż jeszcze bardziej komplikuje serialową zbrodnię, sprawiając, że poczujemy się jak inspektor. Mamy przed sobą rozsypankę zeznań, zdarzeń, interpretacji… i krótką chwilę, by nad czymkolwiek się zastanowić.

Dekoracje

Największy atut serialu. Powinien zwiększyć jego notę nawet u tych, którym nie spodoba się fabuła, montaż czy bohaterowie. Bohaterowie sprawiają wrażenie ubranych u XIX-wiecznego stylisty. Dwurzędowe marynarki i mundury, meloniki. Kobiety noszą obszerne suknie ze stelażem. Nawet w domowym zaciszu nikt nie pozwala sobie na rozchełstaną koszulę czy brudne buty.

Wrażenie robią także ofiary zbrodni czy wojny. Sztuczna krew wygląda jak prawdziwa. Martwi wyglądają jak martwi. Można naprawdę przeżyć szok i obrzydzenie. Czasem trzeba odejść od ekranu i wziąć parę głębokich wdechów.

Zadbano o umeblowanie. Przerost estetyki nad funkcjonalnością razi w oczy, zwłaszcza współczesnego człowieka. Jednak w połączeniu z mistrzowską muzyką i montażem sprawią, że sceny będą nas przygniatać. A my poczujemy się jak śledczy przemęczeni pracą i chaosem informacyjnym.

Historia

Została zdecydowanie dobrze napisana. Nie jest oryginalna. Ileż to mieliśmy seriali, książek, gier o młodych, ambitnych ekscentrykach? Nie musi być oryginalna, w historii sztuki wszystko już było. Teraz możemy tylko ustawiać dostępne klocki w nowe konfiguracje. Przez to unikniemy zastoju kultury. Właśnie to sprawia, że chcemy sięgać po jej kolejne zdobycze. Pragnienie doświadczenia czegoś nowego, nieznanego… a zarazem lekki strach powodowany przywiązaniem do tego, co znane.

We „Freudzie” nic nie jest stałe. Status sprawy i poszlak co chwilę się zmienia. Na początku nasza pewność będzie trwała kilka chwil. Po najpóźniej dwóch odcinkach widz raczej się jej oduczy. Zbyt wiele rzeczy zmieniło się zbyt wiele razy, by czemukolwiek ufać. Fabuła zabiera nas w podróż po chaotycznej, szalonej strukturze wyższych warstw. Tak chaotycznej i szalonej jak otchłanie naszej psychiki. Może dlatego Zygmunt został wplątany w sprawę?

Pęd fabuły może być jednak wadą. Część widzów może odstawić serial na półkę przez zmieniające się jak kalejdoskop wątki. W pewnym momencie to wszystko może przeciążyć psychikę.

Innym minusem serialu jest niespójność poszczególnych odcinków. Jeden kończy się w miejscu A, następny rozpoczyna w miejscu L, z którego przez punkty X i B zaprowadzi nas do D, by następny rozpoczął się w punkcie Z… Momentami można odnieść wrażenie, że montażyści albo nie znają do końca arkanów własnej profesji albo pracowali pod zbytnią presją.

Trzeba jednak jasno powiedzieć, że historia przedstawiona w serialu nigdy się nie wydarzyła. Owszem, Freud był kokainistą. Owszem, walczył z całym światem nauki. Nigdy jednak nie współpracował z policją. Nigdy nie fałszował eksperymentów dla pochwał. To duży minus serialu, bowiem może negatywnie wpłynąć na odbiór człowieka, który odwrócił dzieje psychologii o 180 stopni. Zmienił ją z organu represji w gałąź medycyny ratującej zdrowie i życie.

Podsumowanie

Opinie o psychologii i psychoanalizie są zróżnicowane. Huk oskarżeń o brak naukowych podstaw miesza się z historiami udanych terapii. Swoje skrzypce w dyskursie na jej temat grają też oskarżenia o bycie formą inżynierii społecznej. Czego byśmy jednak o niej nie sądzili – „Freuda” warto obejrzeć. Choćby dla emocjonalnego i umysłowego rollercoastera, w jaki nas zabierze. I dla obrazów, jakimi uraczy nasze oczy.

Pamiętajmy jednak, że Freud nigdy nie robił takich rzeczy i nie oceniajmy go przez pryzmat „Freuda”. W mojej opinii serial zasługuje na 7.5/10. Na plus pracują estetyka i dreszczowa atmosfera każdego odcinka. Minusem jest miejscami zbyt duży chaos informacyjny i właśnie fałszowanie osoby Zygmunta.

Zdjęcie: Wikipedia

Paweł Wilczkowiak

Połączenie mnicha i żołnierza Legii Cudzoziemskiej. Słucha muzyki klasycznej i pagan ambientu. Biega na 10 km z obciążeniem i czyta klasyków. W redakcji zajmuje się głównie kulturą i życiem studenckim. Sporadycznie dzieli się wiedzą marketingową zdobywaną na komunikacji wizerunkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *