Trze’a było zostać pisarzem – recenzja książki „Dwa psy przeżyły”

Influencerzy to tak naprawdę recyklerzy – rzadko błysną autorskim pomysłem, zwykle bazują na tym, co widzieli, jedynie kreatywnie – w ich mniemaniu – to przerabiając – to słowa z książki Piotra Szmidta, który w środowisku muzycznym znany jest jako „Ten Typ Mes”. Na początku maja premierę miała jego debiutancka książka, zatytułowana „Dwa psy przeżyły”, którą wydała Wielka Litera.

Mes, tworząc narrację, wykreował niesamowity klimat. Nie mam na myśli ciekawie poprowadzonych dialogów czy bogatego opisu przyrody, a styl i mocny indywidualizm językowy, który doskonale wpisuje się w formę powieści – list pożegnalny, rejestr porażek, rozrachunek ze światem i samym sobą. Jeżeli ktokolwiek czekał na kryminał albo romans spod pióra rapera, zawiedzie się, choć i takich elementów w książce nie brakuje. Autor zastosował wiele środków stylistycznych oraz gier językowych, wprowadził własną odmianę słowa „volvo”, jednak bohater powieści wytłumaczył, skąd taki wybryk: lubię kubistycznie deklinować wszystko, co zakończone na „o”, taki już jestem „rebel”; nie brakuje również gry słów (Przyznawany przez tygodnik Paszport ponownie miał trafić do kogoś, kto i bez Paszportu lata po świecie sztuki jak chce). Długie zdania (czasami jedno ciągnęło się przez cały akapit) opóźniały bieg wydarzeń, ale też pozwalały na podążanie za myślami bohatera. Nie był to typowy „strumień świadomości”, jednak trochę go przypominał. Mes doskonale przewidział, jak czytelnicy, a może bardziej krytycy, odniosą się do swobody językowej, którą posługuje się w narracji –  Złość językowych paranoików zawsze w cenie.

W powieści pojawia się dużo wtrąceń z języka angielskiego i nawet dwa (o ile dobrze policzyłam) hiszpańskie! Przez to, czytając kolejne strony, miałam wrażenie, że mówi do mnie Schafter, a nie Mes, ale zakładam, że to znów działanie zaplanowane i miało wprowadzić czytelnika w świat głównego bohatera. Pojawia się dużo neologizmów oraz kilka słów, które poprzez oddzielenie myślnikiem, nadało im zupełnie nowego sensu. Nie brakuje także typowego dla Mesa skracania wyrazów za pomocą apostrofu – chłop to ch’op, zupełnie jak w przypadku utworu „Trze’a było” z albumu „Trzeba było zostać dresiarzem”. Gra z czytelnikiem to również dobór postaci. Pojawia się Andżelika Tumulec – naprawdę chciałabym wierzyć, że jest to niejako puszczenie oka w stronę odbiorcy i przypomnienie kultowej postaci Kamila Tumulca – najwierniejszego fana Legii Warszawa.

Główny bohater – Walter „Terry” Elzer, to producent muzyczny z rodziny lekarskiej (co przywodzi na myśl utwór „Odporność”, gdzie mama odbierana jest ze szpitala). Choć Mes w utworze „Dwa psy przeżyły”, wydanym w marcu, zaznacza, że mimo cech wspólnych, nie jest to powieść autobiograficzna, a bohater to zlepek zachowań różnych osób z jego otoczenia. Ma w chwili pisania listu trzydzieści parę lat – może 33? To wiek Chrystusowy, świetnie polemizowałby z wydarzeniami, które opisane są w liście. Bohater powieści wyraźnie sygnalizuje, że jest ateistą. Opisuje proces „odłączenia” od Kościoła. Rozmyśla o sensie spowiedzi, a właściwie momentu, kiedy powinien nastąpić „żal za grzechy”; chrzest przyrównuje do afrykańskich terrorystów, którzy dają dzieciom broń – w obu przypadkach trudno przewietrzyć głowę wypełnioną ideologią za młodu.

Zastanawia jednak fakt, czy przyrównanie figurki Matki Boskiej do posągu niedoszłego MILF-a jest konieczne, aby zaznaczyć swój stosunek do religii. Motyw fantazji na temat posągu znany jest już z „Lalki” Bolesława Prusa, gdzie Izabela Łęcka wzdychała do posągu Apollina i obsypywała go pocałunkami. Ciekawe, na ile Mes chciał zrobić z tej powieści mocno wulgarną książkę, a na ile jest to kolejna gra z czytelnikami. Mając na uwadze słowa z książki nie wolno tak sobie po prostu stać i oceniać, przejdę dalej.

Właściwie scen przepełnionych erotyzmem nie brakuje, ale również w nich da się dostrzec zabawę konwencją. W kluczowym momencie, kolejne zachowania bohaterów przyrównane są do naprawiania kranu. Myślę, że mimo wszystko jest to bardziej przystępne niż „365 dni”.

Walter dokładnie opisuje kolejne wydarzenia, sprawnie umiejscawia je na osi czasu – podaje, że w 2008r. w kablówce pojawiła się TV Silesia. Podczas wiwisekcji zawartej w liście pożegnalnym, dokonuje próby zdiagnozowania społeczeństwa – Młodzieży imponowały wyroki, a znajomość z kimś, kto siedział, równała się dodatkowym punktom w towarzystwu, ukazując jej bolączki i porażki. Często gra z czytelnikami, zwracając się bezpośrednio do nich: Nie myślcie, że będzie plot twist – jest to kolejny trafiony zabieg. Czytelnik, kupujący książkę, czuje się intruzem w życiu Waltera, jakby ten list wpadł przypadkowo w jego ręce, co jest wytłumaczone w zakończeniu, ale nie będę spoilerować!

Ciekawie pokazano kolejne etapy życia: dzieciństwo – plastelina, następnie modelina, okres dojrzewania to glina, natomiast dorosłość to drewno, z którego łatwo przejść w odlew z brązu i zakończyć na kruszcu. Plastyczne porównanie sprawia, że odbiorca, czytając rozrachunek Waltera, może w podobny sposób zastanowić się nad sensem własnego życia. Dodatkowo, bohater jako producent muzyczny, wiele wydarzeń z życia odnosi do konkretnych piosenek – pojawia się nawiązanie np. do A Tribe Called Quest. Właściwie cała książka to pochwała sztuki, viva l’arte! To ukłon w stronę muzyki, którą stawia ponad inne odłamy sztuki, przyznaje też, że potrafi wzruszyć się pięknem. Zauważył, że sportu nie można nazwać sztuką, bo piłkarz ma ochotę się zabić, jedynie jeśli przegra mecz, natomiast muzyk ma chęć zabić się właściwie przez cały czas – żaden mini-sukces nie będzie satysfakcjonujący na tyle, żeby być w pełni spełnionym. Bycie artystą to ciągła praca i chęć sięgania po więcej. Muzyka na tyle zdominowała życie Waltera, że staje się ucieczką od nieprzyjemnych i niechcianych zdarzeń. Bohater opisuje, że wsiadając do metra, chce uniknąć spojrzeń innych ludzi, dlatego odpływa myślami właśnie w muzykę, która gra w słuchawkach. A muzyka odnosząca się do rzeczywistości w metrze to motyw znany i lubiany, podjął go np. Taco Hemingway w „Następnej stacji”.

Mimo, że odczuwalne jest to, którym grupom społecznym Mes chciał zagrać na nosie, warto sięgnąć po tę książkę. Niezwykłe bogactwo stylistyczne i indywidualizm językowy, którym cechuje się ta powieść to coś, co jest w niej najcenniejsze. Rzadko podczas czytania książki towarzyszy mi uczucie zdenerwowania na to, że autor przewidział moją reakcję – pod nosem narzekałam na odmianę „volvo” i wtrącenia w obcym języku, jednak kiedy skrytykował mnie za to bohater powieści, miałam poczucie, że jestem częścią opisywanego świata. W tej książce bardziej zachwyca mnie to, jak jest napisana niż sama fabuła. Byłam przygotowana na mnogość nawiązań do popkultury czy rozmyślań na tematy światopoglądowe i relacji damsko-męskich, jednak sposób, w jaki jest to przedstawione przeszedł moje oczekiwania. To, że książka ma formę listu pożegnalnego, jest dobrym rozwiązaniem, aby przedstawić jedynie te wydarzenia, które ukształtowały bohatera. Nie potrzeba retrospekcji do dzieciństwa czy przekroju całego życia, aby poznać motywy działań bohatera. „Dwa psy przeżyły” to powieść na miarę XXIw., łamie wszelkie konwenanse, wychodzi poza gombrowiczowską „gębę”, mocno balansuje na granicy literatury i formy, która jeszcze nie powstała, bo jest z przyszłości. Narracja prowadzona w książce przywiodła mi na myśl powieść hipertekstową Sławomira Shuty „Blok”, która – co prawda – została stworzona i „żyje” w Internecie, jednak gdyby przeniesiono ją na papier, mogłaby znaleźć się na sklepowej półce obok książki Mesa.


Autor: Aleksandra Orłowska

Zdjęcie: Instagram @wielkalitera

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *