Erasmus na Teneryfie – część 1

Warto jechać na Erasmusa? Co dają tego typu wyjazdy i na co warto uważać? Te oraz inne pytania zadają sobie zainteresowani tematem studenci różnych kierunków.  Letni semestr drugiego roku dziennikarstwa spędziłam na Teneryfie. Była to jedna z najlepszych decyzji ostatniego czasu. Wróciłam zachwycona tamtejszymi widokami i wzbogacona o nowe doświadczenia. W tym artykule postaram się rozwiać możliwie najwięcej wątpliwości apropos wyjazdu. Tematów do poruszenia jest sporo, toteż tekst podzielę na części.

Początki, czyli zapisy

Wysłałam podania aplikacyjne w czasie rekrutacji dodatkowej w październiku 2020 roku, w formie eksperymentu. Przejrzałam listę przyjmujących uczelni mających umowę z Uniwersytetem i padło na Teneryfę. Jednym z mniejszych czynników wyboru, trochę podświadomym była sytuacja z… przedszkola. Moje dwie znajome co jakiś czas jeździły na egzotyczne wakacje i raz przywiozły czarny piasek, dodając że gdzieś na ciepłych wyspach są czarne plaże. Po parunastu latach obudziła się we mnie dziecięca ciekawość zobaczenia tych miejsc na własne oczy. Dodatkowym elementem było też to, że uczelnia mogła zaakceptować tylko jedną chętną osobę. Zapisałam się, żeby sprawdzić czy dostanie się na Erasmusa jest łatwe. Nie rozważałam tego wtedy aż tak poważnie.

Co do wyboru miejsca, głównie przeważyła chęć ucieczki od ponurej, pandemicznej rzeczywistości, gdzieś daleko, gdzie będę mogła zwiedzać i zażyć witaminy D. Plus nauczyć się języka hiszpańskiego, który na pewno przyda się w przyszłości, a brzmi zdecydowanie lepiej niż na przykład niemiecki.
Jak widać, udało się. Już na starcie pojawiły się pierwsze trudności – dokumentacja. Każdy, kto przeszedł przez ten niezmiernie męczący i żmudny proces przyzna, że to jedna z ciemniejszych stron wyjazdu. Setki podań, maili, podpisów, zaświadczeń. Można w tym utonąć i zwyczajnie się załamać, szczególnie jeśli nie ma się w domu drukarki czy skanera. Pomogli mi w tym rodzice, za co jestem im bardzo wdzięczna. Sam proces zapadnie mi w pamięci na długo i przyda się przyszłość, podczas zmagania się z biurokracją i tak zwaną „papierologią”.
Ogólnie rzecz ujmując, pomysł z wyjazdem na uczelnię, na której mówi się, w prawie nieznajomym dla mnie, języku, był mocno szalonym posunięciem, ale zapisując się, nie myślałam, że ta eksperymentalna idea dojdzie do skutku. Toteż wszystkim zainteresowanym radzę wybierać uczelnię z językiem, który się ma dobrze opanowany. Najważniejszy jednak jest angielski, u mnie na zaawansowanym poziomie, dzięki czemu mogłam jakoś funkcjonować.
Chociaż można się zdziwić, jak mało słów z obcego języka jest w użyciu do całkiem sprawnej komunikacji na co dzień. Do zakupów w sklepach najczęściej wystarczało: „Buenos días”, „Gracias, „s” i znajomość tradycyjnego pytania pod koniec: „Quieres una bolsita?” czyli „Chcesz reklamówkę?”. Poza tym w mieszkaniu, czy z innymi Erasmusowcami, rozmawiałam głównie po angielsku. Miałam też częsty kontakt z Polakami, których było pod dostatkiem, jak wszędzie za granicą. Z samym hiszpańskim dużo się osłuchałam, lecz wciąż mam blokadę w mówieniu. Jak wiadomo, rozmowa to najtrudniejsza część nauki obcego języka.
Przygotowanie
Przed wyjazdem warto przeczytać wszystkie informacje na temat Erasmusa ze strony uniwersytetu i wypisać je w notatniku, żeby nic nie przeoczyć. Jak wspominałam wcześniej, dokumentów jest naprawdę sporo.
Trzeba zrobić research: średnich cen mieszkań, jedzenia, transportu (na Teneryfie były na przykład bardzo surowe kary za brak biletu – z tego, co pamiętam, koło 400 Euro). Sprawdzić prognozy pogody na miesiące wyjazdu. Z jednej strony to sprawy oczywiste, ale w wirze przygotowań łatwo coś przeoczyć. Albo wyjść z błędnych założeń. Opiszę to szerzej w podpunkcie „Pogoda”.
Warto też obejrzeć na YouTubie różne ciekawostki o kraju, do którego się zmierza czy relacje Erasmusowców, żeby przyjechać w miarę zorientowanym. Chociaż i tak zwykle wszystko wychodzi na miejscu. Co do samej Teneryfy, polecam obszerny i przepełniony zdjęciami wpis z bloga podróżniczki Anity Demianowicz – https://www.banita.travel.pl/hiszpania-teneryfa-przewodnik-co-zobaczyc-informacje-praktyczne/
Dużo daje dołączanie do możliwie największej liczby grup na Facebooku połączonych z Erasmusem i miejscem, do którego się udaje (np. Erasmus Studenci – giełda informacji, Erasmus Tenerife, Erasmus – La Laguna itp.) . Tym sposobem poznałam Izę i Weronikę, z którymi poleciałam na Teneryfę z warszawskiego lotniska. Z Weroniką miałam kontakt przez cały wyjazd z racji wspólnych hobby i cech charakteru. Byłyśmy dla siebie wsparciem w cięższych chwilach. Utrzymujemy kontakt do teraz.
Warto znaleźć chociaż jedną taką osobę z własnego kraju, bo z ludźmi z zagranicy różnie bywa. Przychodzą, odchodzą. Przez brak wspólnych korzeni kulturowych czy chociażby problemy z komunikacją, łatwo o nieporozumienia. Rodaka za granicą docenia się 10 razy bardziej niż w kraju. Mówię z własnego doświadczenia, może niektórzy mają inaczej.
Ludzie
Hiszpanie to specyficzny naród, spora część stereotypów krążących wokół nich jest prawdziwa. Są wyluzowani, otwarci, serdeczni i niczym jaszczurki całe dni spędzają na słońcu, z którego czerpią radość i energię do życia. Wieczorami siedzą w knajpach, w ciągu dnia – na plaży. Teneryfa z racji oderwania od kontynentu jest dla nich małym światem. Żyją od lat w pełnym spokoju, bez wojen i konfliktów, ma to swoje plusy i minusy.
Wiele razy zetknęłam się z ogromną chęcią pomocy od każdego, połączoną ze znikomym pojęciem. Na przykład pytałam o drogę dokądś i trzy różne osoby entuzjastycznie pokazywały mi trzy różne kierunki/autobusy. Do tego znajomość angielskiego starszych mieszkańców jest na bardzo niskim poziomie. Zerowym albo ledwo komunikatywnym.
Niektórzy rodowici Teneryfczycy mają dość uroków tej rajskiej wyspy. Czują się na niej wręcz uwięzieni. Byłam zdziwiona tym, jak wielu młodych Hiszpanów odwiedziło Polskę, czy to w formie Erasmusa czy tak po prostu. W Krakowie, Warszawie, Katowicach, Łodzi. Za każdym razem opowiadali tak samo zachwyceni o urokach naszego kraju. Wyjeżdżając za granicę, można docenić to, czego nie doceniało się u siebie.
Raz rozmawiałam z zagorzałym wielbicielem Polski. Przyszedł na spotkanie ze mną i z Weroniką do pubu, w koszulce Gdańska. Opowiadał, że spędził całe dorosłe życie na La Gomerze (jednej z wysp archipelagu wokół Teneryfy). Żyjąc tam, czuł się jak w klatce i tylko jadąc do Europy, czuje się wolny (!). A Polska jest mu szczególnie bliska. Ludzie kochani, otwarci. Piękne zabytki. Wódka z ogórkiem i wspaniałe jedzenie. Znał parę słów w stylu: „Janusz”, „Grażyna”, „Dziękuję”, „Dzień dobry”, które wykrzykiwał na zmianę z „Na zdrowie” przy kolejnych toastach. Byłyśmy z Weroniką w lekkim szoku.
Depresja poErasmusowa
Wielu Erasmusów było starszych ode mnie o rok czy o parę lat. Niektórzy mieli już doświadczenie w tego typu wyjazdach. Od znajomej z Gdańska dowiedziałam się o czymś takim jak „depresja poErasmusowa”. Opowiadała, że po powrocie z pierwszego wyjazdu, który spędziła w Szwecji, nie mogła dojść do siebie. Płakała prawie codziennie i bardzo chciała wrócić. Działo się to w innym czasie, bez pandemii, więc mieszkając w akademiku, doświadczyła większej bliskości z ludźmi niż ja. Przez COVID nie miałam opcji życia w żadnym domu studenckim, imprezy masowe były zabronione, na ulicach i w środkach transportu był obowiązek noszenia maseczek.
Szczerze mówiąc, nie przeżyłam żadnej depresji powyjazdowej czy czegoś podobnego. Przez sporą część Erasmusa tęskniłam za rodziną czy przyjaciółmi z Polski. Nie nawiązałam także jakiejś bardzo silnej więzi z żadnym lokalsem (może oprócz Viktora, z którym od czasu do czasu piszę). Gdy wróciłam do Wrocławia, od razu wpadłam w wir spotkań, wyjazdów czy pracy. Dopiero po tych 3, 4 miesiącach zaczęła mnie łapać większa nostalgia za słoneczną Teneryfą. Każdy przeżywa inaczej.
Lokalsi
Co do ludzi z uniwersytetu, nie miałam z nimi zadowalającego kontaktu. Odpowiadali na Whatsappie, jeśli o coś spytałam, ale nie palili się do integracji. Trochę ich rozumiem, w końcu zainwestowaliby swój czas w erasmusową przyjaźń, po to tylko by za parę miesięcy ją zakończyć. Do tego COVID… Na Uniwersytecie pojawiałam się rzadko, uczestniczyłam głównie w zajęciach online, więc okazji do zapoznania się było niewiele.
Przed wyjazdem przydzielono mi lokalną opiekunkę z Buddy Program – organizacji, która z założenia miała pomagać studentom z zagranicy zaaklimatyzować się na nowej uczelni. Teoretycznie, bo moja Buddy nie odezwała się do mnie cały wyjazd i z tego, co wiem, inne osoby też nie otrzymały zbyt wielkiej pomocy. Sami lokalni studenci przyznali, że całość działa głównie na papierze, dla dodatkowych punktów, ale w rzeczywistości mało co z tego działa tak jak powinno.
Sporo dały mi wycieczki organizowane przez AEGEE, o których informowano na grupach z Whatsappa. Trzeba było wpłacić parę euro przez stronę internetową i stawić się wcześnie rano w wyznaczonym miejscu, najczęściej na dworcu (hiszp. Intercambiador) w Santa Cruz lub w La Lagunie. Najczęściej wsiadaliśmy w autobus, który wiózł nas na szczyt góry, i schodziliśmy na plażę. Dzięki temu poznałam sporo osób i czułam się bezpiecznie. Bo jak wiadomo, samotne wyprawy w góry różnie się kończą.
Odwiedziny
Przez 4,5 miesiąca spędzonych na Teneryfie, odwiedziła mnie trójka znajomych: Ela, Kasia i Kuba. Wynajmowali mieszkania w Santa Cruz blisko mojej ulicy. Za każdym razem pokazywałam im mniej więcej podobne atrakcje, które najbardziej wpadły mi w oko: plażę Teresitas, góry, La Lagunę, Orotavę, Candelarię czy Puerto de La Cruz. Dzięki temu wprawiłam się w rolę przewodnika. Odkąd pamiętam, wolałam być oprowadzana niż sama oprowadzać. Było to rozwijające przeżycie: musiałam planować dojazdy, pilnować godzin. Czułam, że wiele ode mnie zależy.
Samą Teneryfę najlepiej zwiedzać samochodem, bo autobusy trochę kosztują (zwykle nie wiedziałam, ile dany bilet wyniesie, bo nigdzie tego nie pisało). Dlatego sporym ułatwieniem było to, że Ela poznała w samolocie trzech znajomych, z którymi się zaprzyjaźniłyśmy. Czasem zabierali nas autem na zwiedzanie. Mój znajomy z Teneryfy, Victor, też czasem organizował nam wycieczki. Autostradą bardzo szybko można się dostać wszędzie. Sama niestety jeszcze nie mam prawa jazdy. Nawet jakbym je miała, bałabym się wypożyczać samochód na Teneryfie. Trasy momentami były dość kręte i strome.
Uniwersytet 

Teraz trochę ponarzekam, bo teneryfska uczelnia dała mi w kość. Ustalając plan i wybierając przedmioty, nie wiedziałam, czy mogę wybierać je z różnych lat studiów, czy tylko z drugiego roku. Wszystkie sprawy organizacyjne od początku były bardzo chaotyczne. Nie wspominając o tym, że zostałam przyjęta w mury uczelni, jeszcze zanim dosłałam wszystkie wymagane dokumenty. Żadnego dnia powitalnego, wprowadzenia, czegokolwiek. Jedyne oparcie miałam w innych Erasmusowcach. Byli zdezorientowani, podobnie jak ja, a i tak każdy się głównie troszczył o swoje interesy. Ciągłe pisanie maili do wykładowców i sekretariatu stało się moim chlebem powszednim. Ustalenie czegokolwiek czy zorientowanie się w tym całym bałaganie były dla mnie trudnym doświadczeniem, jednym z głównych minusów wyjazdu. Po żmudnych walkach z pracownikami uczelni, (skądinąd pięknej, bo mój wydział znajdował się w piramidzie) stwierdziłam, że dla studentów z zagranicy na pewno muszą być jakieś warunki ulgowe i trochę odpuściłam. Po części z frustracji całą sytuacją, po części z potrzeby podróży, a nie zamartwiania się sprawami, nad którymi nie miałam kontroli. Tym sposobem przegapiłam części ćwiczeniowe z dwóch przedmiotów, których ostatecznie nie zdałam. Uratowało mnie to, że od czasu do czasu uczestniczyłam w zajęciach z Uniwersytetu Wrocławskiego (online wszystko było możliwe) i z nich zaliczyłam 2 przedmioty. Wszystko związane ze sprawami uczelnianymi za granicą czy rozliczaniem punktów ECTS jest bardzo zawiłe. Zrozumieją głównie osoby, które same się z tym zmagały na Erasmusie. Koniec końców kontynuuję studia we Wrocławiu, to najważniejsze.

Pieniądze
Zgodnie z grantem finansowym otrzymałam około 500 euro na każdy miesiąc wyjazdu. 80% całości było mi przelane na start, reszta po powrocie i uzyskaniu minimum 16 ECTS z całego semestru. Starczyło mi to na opłacenie mieszkania i zostawało trochę euro na każdy dzień. Jednak co jakiś czas jadłam na mieście, wydawałam na wycieczki czy inne rzeczy, więc, tak jak piszą w erasmusowych poradach, warto wziąć zapas własnych pieniędzy. I na karcie i w gotówce. Miałam sytuację, w której przeprowadzałam się z La Laguny do Santa Cruz. Pierwszego dnia przeprowadzki robiłam spore zakupy, a bank zablokował mi kartę. Zadzwoniłam w celu wyjaśnienia i dowiedziałam się, że ktoś próbował wybrać mi z konta 20 euro, gdzieś na Teneryfie. Ciekawe, co to za podstępny zagraniczny złodziej. Umierałam z głodu. Dobrze, że miałam gotówkę. Dzwonienie do banku i cały proces znoszenia blokady trochę potrwał.
Pogoda
Mimo że  większości z nas Teneryfa kojarzy się z tropikalnym żarem, temperatura jest tam dość umiarkowana. Nie bez powodu nazywa się ją Wyspą Wiecznej Wiosny. Warunki do życia były dla mnie idealne – nie za ciepło, nie za gorąco. Najczęściej chodziłam po mieście w krótkim rękawie i długich spodniach. Mimo że szykowałam się na częste letnie ubiory, pogoda bywała dość zmienna, dlatego zawsze trzeba było być ubranym na cebulkę. Rano, wysoko w górach, w bluzie i w kurtce było mi za zimno. Im niżej się schodziło, tym mniej ubrań się miałam na sobie. Wycieczki kończyły się najczęściej na plaży w samym bikini.
Część druga, z najciekawszymi historiami, podróżami, mieszkaniem i całą resztą, nadejdzie wkrótce. Mam nadzieję, że odpowiedziałam na ważne pytania związane z Erasmusem. W razie pytań i wątpliwości, zapraszam do sekcji komentarzy.

Autorka: Emilia Głowacz
Zdjęcia własne

Emilia Głowacz

Pozytywna, kreatywna studentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz Grafiki Komputerowej. Wrażliwa na świat i ludzi, od małego zaczytana w książkach. W liceum pisała wiersze, co zaowocowało instagramowym kontem @przemyslnik_poezja. Interesuje się sztuką, muzyką, socjologią - kulturą w szerokim tego słowa znaczeniu. Lubi eksperymentować, dociekać i wychodzić z inicjatywą. "Be brave enough to be bad at something new".

2 thoughts on “Erasmus na Teneryfie – część 1

  • 26 października, 2021 o 10:31 am
    Permalink

    Bardzo ciekawy artykuł, fajne porady. Dzięki tobie (i odwiedzeniu cię na Teneryfie ;D) sama się chce zdecydować na Erasmusa i wiem czego się spodziewać. Podoba mi się to że nie owijasz w bawełnę i mówisz też o gorszych stronach projektu.
    Ciepło pozdrawiam z kraju którego języka tak nie lubisz xD
    Kasia :*

    Odpowiedz
  • Pingback: Erasmus na Teneryfie - cz. 2 - NOWE.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi