Lustro weneckie #2

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że rozpłakała się w trakcie seminarium. Nie dlatego, że nikt nic nie napisał. Nie dlatego, że ktoś sprawił jej przykrość. Nie było nic. Nikogo. Ani jednej linijki czatu. Facebook podrzucił nawet nowe nakładki na zdjęcie profilowe „I miss my students”. Bo my naprawdę tęsknimy.

Za słowem, gestem, reakcją. Cieszymy się, że jesteście z nami w przestrzeni wirtualnej, ale chcielibyśmy wejść do sali, powalczyć z tym cholernym projektorem (nawet w Kameralnej Zachodniej, gdzie musisz znaleźć punkt zero, żeby trafić w projektor), wyjść na taras. Posłuchać stukotu szpilek na korytarzu… Chcielibyśmy zejść do biblioteki i spędzić tam godzinę zamiast planowanych pięciu minut – Dorotka jest wyjątkowa, każdy to wie. W końcu chętnie poszłabym i po klucze. Nasi panowie na portierni są kochani – zawsze wyczarują zapas, nawet jak go nie ma w szafce, uratują, kiedy sprzęt buntuje się tuż przed wizytą ważnego gościa, porozmawiają, znajdą tabletkę na ból głowy, otworzą wjazd, gdy zapomni się pilota do bramy.  Chętnie zjadłabym i serniczek z naszego baru. Usiadłabym na ławce z widokiem na Odrę. A może po prostu usiadłabym w sali i czekała, aż zacznie się ruch na korytarzu i kolejne przepraszamzaspóźnienie. Już nawet nie będę się denerwować na złe formatowanie, poprawię po raz setny te same błędy… I będę słuchać i rozmawiać. Będzie interakcja. Komunikacja werbalna i niewerbalna. Ukryta kanapka pod stołem i aromat kawy. Pip pip komórki. Może śmiech, może uśmiech. Będzie życie. A potem wrócę do domu na piechotę i będę się cieszyła każdym napotkanym człowiekiem. Przejdę siedem kilometrów wałami. Najważniejsze, żebym poczuła znowu życie. Normalne życie. Bez maski. Bez płynu do dezynfekcji. Potrzebuję uścisku, dotyku dłoni, ciepła drugiego człowieka.


Autor: Mariposa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *