Jak przekonać do pracy?

Praca jest niezbędna do naszego przetrwania. Bez niej nie opłacimy rachunków, nie kupimy podstawowych produktów. Jest więc koniecznością. Ale czy konieczność koniecznie musi być przykra? Nie, jeśli odpowiednio zastosujemy employer branding. 

O czym rozmawiamy?

Employer branding to, z angielskiego – kreowanie marki pracodawcy. Marka pracodawcy, podobnie jak zwykła marka, ma na celu przekonanie do wyboru. Tym razem – nie konsumenckiego, a zawodowego. Zasadniczo, pozostałe jej funkcje też nie różnią się od funkcji zwykłej marki – wyróżnianie się spośród miliarda innych pracodawców tej samej branży, opowiadanie historii pracodawcy. Jest jednak jedna, głęboka różnica w marce pracodawcy i zwykłej. Marka pracodawcy dodatkowo działa na już zatrudnionych, zwiększając ich potencjał. Można więc powiedzieć, że EB to po prostu marketing wzbogacony o HR. Poniżej zobaczmy, z czego może się składać działanie w kreowaniu takiej marki.

Doświadczenia, doświadczenia

W pracy spędzamy 1/3 dnia, mniej więcej między 20-tym, a 67-mym rokiem życia. To sporo czasu, prawda? Odjąwszy wczesną młodość i emeryturę, możemy powiedzieć, że praca to 1/3 całego naszego życiorysu. Warto zatem znaleźć taką, która będzie dla nas czymś więcej, niż ośmiogodzinną katorgą w zamian za wypłatę. Nawet naprawdę dobre pieniądze nie będą w stanie zrekompensować nam frustracji i wypalenia. Za to w skrajnych przypadkach zasilą portfel najbliższego psychoterapeuty.

Dlatego też coraz więcej pracodawców zaczyna rozumieć, że benefity to nie tylko MultiSport, opieka lekarska i owocowy dzień tygodnia. Prawdę mówiąc, ten zestaw urósł już do rangi mema z gatunku czarnego humoru. Tak więc umieszczenie w ofercie pracy tylko tych benefitów to proszenie się o wyśmianie, słuszne zresztą. Żeby ktoś chciał, a nie musiał pracować, trzeba się trochę bardziej wysilić. Popatrzmy na branżę IT, znaną z największych benefitów pozapłacowych. Nie trzeba od razu dawać pracownikowi służbowego samochodu do celów prywatnych czy takiego samego telefonu – nie każdego pracodawcę na to stać. Jednak przerwa przy piłkarzykach, konsoli – to już rzecz łatwiej osiągalna i budująca przyjemną atmosferę w pracy.

Dwa – poczucie sprawczości. Pokorne wykonywanie odgórnie zleconych zadań ma dość negatywny wpływ na człowieka. Głównie dlatego, że czuje się on wtedy małym punkcikiem względem nieskończoności układu. A małe punkciki świadome swojej małości często gniewają się na układ. I potem swoim gniewem mogą zniechęcić inne punkciki i układ przestanie działać. Najprościej mówiąc, chodzi o tak zwany realny wpływ na projekt. Nie chodzi o to, żeby w pięcioosobowym zespole było pięciu kierowników, bo to anarchia, a nie organizacja pracy. Sednem takiego podejścia jest branie sugestii podwładnego pod uwagę. I, o ile są wartościowe, wdrażanie ich w życie.

Pieniądze

Powoli przestają być tematem tabu. Coraz częściej pod ofertami pracy bez widełek widzimy okrzyki oburzenia. Szczególnie, jeśli jest to oferta stanowiska wysokiej odpowiedzialności. Nie daj Boże, żeby była połączona ze wspomnianym wyżej czarnym tercetem benefitów. Wtedy może dojść do eksplozji.

Takie trendy wśród pracowników sprawiają, że istotnym elementem kreowania marki pracodawcy są pieniądze. Coraz więcej ofert zawiera te widełki. Niektóre firmy nawet, gdy nie prowadzą w danym momencie rekrutacji, prezentują wynagrodzenie na poszczególnych stanowiskach. Prym wiedzie branża IT, ze względu na panujący w niej kiedyś rynek pracownika oferty bez widełek zostały zagłodzone. Informatycy skutecznie je bojkotowali, aż te odeszły do lamusa.

Dobro jednostki najwyższym prawem

Oczywiście, praca jako element dorosłego życia, wymaga pewnych rzeczy. Terminowości, skrupulatności, odporności na stres, czasem poświęcenia. Wszystko jasne, inaczej być nie może i nie powinno. Tylko jest jeden problem. Człowiek ma pracę, a nie jest pracą. Mało kto będzie chciał pracować po 12, a nawet więcej godzin. A już prawie nikt nie będzie chciał pracować w rygorze graniczącym z wojskowym. Wynika to z nader dobrych warunków ekonomicznych naszych czasów. Łatwo znaleźć pracę, łatwo o wygody. Tak więc nie jesteśmy tak zdesperowani jak nasi dziadkowie czy pradziadkowie.

Dlatego też dla wielu poszukujących pracy najważniejszym punktem oferty będzie work-life balance. Powoli w ofertach zaczyna pojawiać zapewnienie, że po ośmiu godzinach można iść do domu. Albo że praca kończy się po ośmiu godzinach, ale zespół jest jak rodzina, więc po pracy zostajemy pograć albo wychodzimy na miasto. Oczywiście nie zawsze, rodzina też jest ważna.

Kampania rekrutacyjna

Stosowana głównie przez większe firmy z racji rozmachu takiej akcji. Jednak i ona jest elementem employer brandingu. Może pokazywać, jak wygląda dzień codzienny w firmie (nawet powinna, dni niecodzienne zdarzają się wielokrotnie rzadziej, niż codzienne). Często okrasza się ją wypowiedziami pracowników. Czasem nawet kadry kierowniczej.

Najwyższe przykazanie marketingu

Oczywiście łatwo zawrzeć obietnice w ofercie. Kampanię łatwo nagrać – wystarczy podstawowa umiejętność obróbki i kilku wesołych pracowników. Jednak najwyższym przykazaniem marketingu jest prawda. Co z tego, jeśli ktoś zrobi EB po najniższych kosztach… jeżeli pierwsze trzy opinie w Google położą mu kres? Przecież coś takiego to marketingowy cios poniżej pasa. Po jednym takim zagraniu wiarygodność firmy spadnie w okolice zera. A jeśli się rozniesie, to nie tylko zabraknie pracowników, ale też klientów. Tak więc jeżeli chcemy budować markę pracodawcy, pamiętajmy o jednym – najpierw czyny, potem słowa.


Autor: Paweł Wilczkowiak

Zdjęcia: Pixabay

Paweł Wilczkowiak

Połączenie mnicha i żołnierza Legii Cudzoziemskiej. Słucha muzyki klasycznej i pagan ambientu. Biega na 10 km z obciążeniem i czyta klasyków. W redakcji zajmuje się głównie kulturą i życiem studenckim. Sporadycznie dzieli się wiedzą marketingową zdobywaną na komunikacji wizerunkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *