Marketing na rynku sportowym, cz. 1

Rynek sportowy nie należy do najłatwiejszych. Dzisiaj na przykładach poznamy, jak można naprawdę się wyróżnić.

Specyfika

Rynek sportowy jest duży z racji dużego zainteresowania aktywnością fizyczną. Im większy rynek, tym trudniej się wyróżnić. Na jaki pomysł by się nie wpadło, pewnie 3 inne osoby już to zrobiły. A jednak jest popyt, więc warto zapewniać podaż.

Ale czym się wyróżnić? Efektami? Ma je każdy, kto poważnie myśli o zajęciu się działaniem w branży? Nowe ćwiczenia? Wszystkie są dostępne w internetowych atlasach ćwiczeń, porażka na starcie. Tutaj trzeba grać albo własną osobą, albo naukowymi innowacjami. Inaczej utonie się w morzu szaraczków.

Paul Wade

Do wyróżnienia się na sportowym rynku nie trzeba nawet… istnieć! A przynajmniej dostarczać dowodów na swoje istnienie i osiągnięcia. Jeśli wierzyć jego własnym słowom, Paul Wade ma za sobą wieloletni wyrok w amerykańskim więzieniu. Tylko… dlaczego mu wierzyć? Nigdy nie pokazał twarzy. Ani ciała. Nie wiadomo, czy wypróbował własne metody. Wywiadów, jeśli w ogóle, udziela mailowo. A po drugiej stronie ekranu może siedzieć ktokolwiek.

Można powiedzieć, że nie chce zostać odnaleziony przez starych znajomych. Nie trafił do więzienia na 19 lat za przejście na czerwonym świetle. Ale to nadal nie rozwiewa uprawnionych wątpliwości.

To, co Wade daje, to doświadczenie. Jego najbardziej znana książka to Skazany na trening, zawiera trening podzielony na stopnie, które musieli przejść ubiegający się o szacunek skazańcy. Może to być ciekawa odmiana po zajęciach w klubie fitness czy chodzeniu na siłownię z „pospolitym” planem.

Co ciekawe, umiejętna kreacja (czy też autokreacja, jeśli Wade jednak istnieje) zezwala na wiele. Książka Wade’a pełna jest dietetycznych kłamstw (np. jakoby 56 gram białka było wystarczającą dawką dla osoby aktywnej) czy emocjonalnej, acz niemerytorycznej krytyki kulturystyki.

Pavel Tsatsouline

Właściwie Paweł Caculin, powyższa forma zapisu to efekt przeprowadzki z ZSRR do USA. Absolwent sportowej uczelni w Mińsku i wg własnych słów, instruktor wychowania fizycznego w radzieckim Specnazie. Już to dodaje mu barw. O Specnazie krążą legendy, w większości złowieszcze. Ponoć kandydaci na specjalsów muszą walczyć ze sobą prawdziwymi nożami, strzelać do siebie prawdziwą amunicją… Tak czy siak, dodaje to barw osobie wspomnianego trenera.

Co ważniejsze, wyróżnia go podważanie zachodnich trendów czy metod. Wszystko popiera sowieckimi badaniami, często przeczącymi utartym wierzeniom. A to kolejna niezagospodarowana nisza na rynku. Skoro wszyscy robią to samo, to stwarzają szanse dla innowatorów.

Poza tym – przyczynił się do rozpowszechnienia odważników kulowych na Zachodzie. Po prostu przywiózł z ZSRR gotowe wypełnienie luki w rynku.

Dużą rolę odgrywa też jego sposób pisania. Wysoce ironiczny, cechujący się zwracaniem do czytelnika „towarzyszu” i częstym nawiązywaniem do Specnazu. Po pierwsze – wyróżnia go to w morzu przeciętnych trenerów komunikujących suchymi faktami. Po drugie – daje klientowi doświadczenie stawania się jak operator Specnazu.

Tsatsouline wypełnił także lukę dla osób zabieganych. Wielu chciałoby zająć się własnym ciałem, ale nie może. Nie mogą pozwolić sobie na spędzanie godziny na siłowni. Obowiązki, dzieci, nadgodziny… I tutaj Tsatsouline wkracza niczym wybawiciel na białym koniu. Jego treningi są relatywnie krótkie, w najskrajniejszych wypadkach pochłoną 40 minut. Niektóre maksymalnie 20.


Autor: Paweł Wilczkowiak

Paweł Wilczkowiak

Połączenie mnicha i żołnierza Legii Cudzoziemskiej. Słucha muzyki klasycznej i pagan ambientu. Biega na 10 km z obciążeniem i czyta klasyków. W redakcji zajmuje się głównie kulturą i życiem studenckim. Sporadycznie dzieli się wiedzą marketingową zdobywaną na komunikacji wizerunkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *