Mielecka masakra w rytmie krakowiaka i częstochowska moc – Ekstraklasa bez hamulców #6

Dość długo trzeba było czekać na kolejkę PKO Ekstraklasy bez żadnego przekładania meczów z powodu koronawirusa, czy „dbania o dobro polskiego futbolu”. Ale w końcu się udało i kibice nareszcie mogli cieszyć się kompletem emocji, a gracze Fantasy Ekstraklasa nie musieli zastanawiać się co zrobić z zawodnikami, których mecze zostały odwołane. W tej kolejce byliśmy świadkami m.in. asysty, która była tak dobra, że aż okazała się golem; dewastacji po krakowsku, czy paradoksu historii, jeśli chodzi o Częstochowę.

Przez wiele lat, setki tysięcy ludzi rocznie jechało lub udawało się pieszo do Częstochowy, na Jasną Górę, aby otrzymać tam błogosławieństwo Matki Bożej i pomyślność na dalsze życie. Jednak w tym sezonie Ekstraklasy, mamy nazwijmy to „tendencję odwrotną”. Wszakże Raków Częstochowa jeździ w różne miejsca. Oni nawet jak grają u siebie to grają na wyjeździe w Bełchatowie, bo ich stadion jest w remoncie. Ale gdziekolwiek by nie pojechali, z kimkolwiek by nie zagrali, podobnie jak święty obraz z Jasnej Góry, oni też pomagają. Ale nie w uzyskaniu szczęścia czy pomyślności. W czym zatem pomagają innym drużynom? Ano tak jak w „Poranku kojota”. W spuszczeniu sobie wpierdolu. Poza porażką na inaugurację z Legią oraz remisem, który Cracovia wyrwała im w 97. Minucie, zespół Marka Papszuna kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. Ale to nie są jakieś tam szczęśliwe triumfy. To jest futbol na który chce się patrzeć. Zwłaszcza w warunkach naszej ligi. W tym tygodniu mieliśmy mecz na szczycie. Raków zagrał w Zabrzu z Górnikiem o miano samodzielnego lidera tabeli. W naszej lidze często hity kolejki okazują się być sporymi niewypałami, ale nie tym razem. Oba zespoły pokazały dlaczego wbrew przewidywaniom są tam gdzie są. Nikt się nie cofał. Nikt nie odstawiał nogi. Raków przybył aby wygrać, a nie zadowolić się byle remisem. Górnik nie chciał dopuścić, by częstochowianom się to udało. Szybka, intensywna i ofensywna gra. Ostatecznie to Raków okazał się być skuteczniejszy, gdyż wygrał 3:1. Podopieczni Marka Papszuna nie przestają zadziwiać i rozsiedli się dość wygodnie na fotelu lidera, nie dając nikomu prawa do zakwestionowania ich dyspozycji. Nie ma po prostu obecnie w Ekstraklasie drużyny w lepszej formie.

Jednak w tej kolejce oprócz pokazu siły Rakowa, mieliśmy także rzeź. Istną, doszczętną, nie dającą się inaczej określić rzeź. Wszakże tego co zrobiła Wisła Kraków w Mielcu nie sposób było nijak przewidzieć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że krakowianie byli przed przerwą reprezentacyjną w słabiutkiej formie. Ale to co wyprawiali w tym meczu zawodnicy Stali Mielec… . Wisła wygrała 6:0, wyrównując swój rekord wysokości zwycięstwa w Ekstraklasie. Ale gdyby krakowianie bardzo chcieli i nie zaczęli po szóstym golu grać już bardzo na luzie i sparingowo, naprawdę mogliby moim zdaniem dojechać do dwucyfrówki. Może i Wiślacy mieli po prostu taki dzień, w którym wychodziło im wszystko. Ale Stal nie zrobiła nic, by się temu przeciwstawić. Pasywność w obronie, wręcz czasem bierność, zero organizacji gry, brak jakiejkolwiek reakcji na tracone bramki, kiepska postawa bramkarza. Tak się nie da wygrać z nikim, nigdy. Wisła natomiast mogła się zabawić i to zrobiła. Nikt im za specjalnie w niczym nie przeszkadzał, defensywa pracy miała niewiele, bo Stal nawet atakować zbytnio nie próbowała. Tak jak już podkreśliłem, krakowianie zapewne nie chcieli się jakoś ogromnie przemęczać i po zdobyciu szóstej bramki odpuścili. A nawet mimo to mieli swoje kolejne okazje. Gdyby im wtedy bardziej zależało, 10 goli nie było nie do zdobycia.

Charakter za to pokazała Pogoń Szczecin. Klub z Pomorza Zachodniego został doświadczony przez koronawirusa jak żaden inny w Ekstraklasie. Aż 34 przypadki, z czego 22 wśród piłkarzy, 10 dni kwarantanny bez możliwości normalnych treningów i równo miesiąc bez rozgrywania meczów. Tak wyglądała ostatnio rzeczywistość szczecinian. Przed meczem z Lechią nie można było niczego zakładać. Nie wiadomo było jak brak rytmu meczowego na nich wpłynie. Czy COVID-19 nie spowodował jakiegoś ukrytego spustoszenia w organizmach zawodników. Czy nie siądą kondycyjnie po 60 minutach. Fakt faktem, to nie był najlepszy mecz szczecinian jaki można sobie wyobrazić. Ale potrafili oni sprawić, że Lechia zagrała jeszcze gorzej. Pogoń mimo takiej pauzy przebiegła łącznie aż 118 kilometrów, co było najlepszym wynikiem w tej kolejce spośród wszystkich drużyn. Oprócz tego przede wszystkim byli świetnie zorganizowani w defensywie, którą aktualnie mają najlepszą w lidze (4 gole stracone w 5 meczach). Dzięki temu wygrali 1:0, a gol… cóż, Alexander Gorgon chciał asystę, a strzelił gola, Luka Zahović chciał gola, a zaliczył asystę. Czy to był podaniostrzał, czy strzałopodanie, to nie wiem. Lepiej to zobaczyć niż opisywać.

Najlepszy zespół kolejki

Wisła Kraków – faktem jest, że Raków odniósł imponujące zwycięstwo w Zabrzu, ale nie mógłbym nie przyznać tego tytułu drużynie, która na wyjeździe wygrała 6:0. Nawet jeśli rywale grali jak okręgówka. Jak wcześniej pisałem, Wisła dostała warunki all-inclusive na mieleckim stadionie i skorzystała ze wszystkiego. Krakowianie strzelali jakkolwiek się dało. Piętą, zza szesnastki, z dobitki, po rajdzie na skrzydle, a nawet po… rzucie z autu w pole karne. Dla Wiślaków mogło to być znakomite odreagowanie słabiutkiego początku sezonu. Wszakże odnieśli oni dopiero pierwsze zwycięstwo w sezonie. Trener Artur Skowronek który był już na wylocie, zapewne kupił sobie tym meczem nieco czasu. Oczywiście czy to oznacza zwyżkę formy Wisły to się okaże, bo do takich ocen potrzeba rywala, który zagra lepiej od Stali. Nawet nie dużo lepiej, tylko po prostu lepiej, gdyż gorzej się chyba nie da.

Najgorszy zespół kolejki

Stal Mielec – mogłem w sumie zamiast bezpośrednio, napisać „Sami Wiecie Kto”. Wszakże innego wyboru być nie mogło, a Stal w tej kolejce urządziła własnym kibicom piekło, jakiego nie powstydziłby się Lord Voldemort z Harry’ego Pottera. Gdyby w trakcie oglądania tego meczu, siedziałby obok mnie fan Stali Mielec, to po końcowym gwizdku nie mówiąc wiele, poszedłbym po prostu do sklepu i kupił mu flaszkę, nie żałując ani jednej wydanej na nią złotówki. Nasza redakcyjna koleżanka, pochodząca z Podkarpacia, Karolina Augustyn powiedziała tylko, że „dumni po zwycięstwie i wierni po porażce”. I tego życzyłbym kibicom Stali. Wiary i wierności. Bo na pewno po czymś takim o nią trudno. Nie będę tutaj się powtarzał i pastwił nad Stalą, jak to oni koszmarnie zagrali. Powiem tak. Występy beniaminków takie jak ten, są dowodem na to, że powiększenie rozmiaru ligi do 18 zespołów od przyszłego sezonu, wcale nie musi, a nawet prawdopodobnie nie wpłynie na wzrost jej poziomu. To już nie chodzi tylko o ten jeden mecz. Żaden z beniaminków w tym sezonie jeszcze niczego ciekawego do ligi nie wniósł. Chyba iż ktoś za bardzo ciekawe uznaje regularne dostawanie w pysk. Po siedmiu kolejkach najwyżej jest Warta Poznań, która w sześciu meczach (jeden mają zaległy) uzbierała 7 punktów, a to głównie dlatego iż choć sami goli strzelać nie potrafią zbytnio (już cztery razy zagrali na zero z przodu), to przynajmniej niewiele tracą. Co innego Stal i Podbeskidzie. Oba te zespoły łącznie straciły już 35 goli (Stal 17, Podbeskidzie 18). W tym sezonie spadnie tylko jeden zespół. Także nawet jeśli będzie to któryś z beniaminków, to dwa pozostałe się utrzymają. A jak na razie, szansę osobiście dałbym tylko Warcie.

Zawodnik kolejki

Yaw Yeboah (Wisła Kraków) – dla zainteresowanych, to się wymawia „Jał Jeboa”. Żeby nikomu „Jebła” nie wyszło. Ale zostawiając już wymowę ghańskiego nazwiska, Yeboah był liderem krakowskiego zespołu. Dowódcą jednostki, która rozniosła Stal Mielec. Skrzydłowy strzelił dwa imponujące gole oraz zaliczył asystę. Pokazał swoje atuty na tle słabego rywala, ale Ghańczyk może jeszcze wiele dobrego dla Wisły zrobić. Ma szybkość, dobrą technikę i potrafi strzelić. Niby niewiele, ale w Ekstraklasie często wystarczy. Czas pokaże na ile ma potencjału, ale takie występy jak ten należy nagradzać szacunkiem.


Autor: Bartosz Królikowski

Zdjęcie: Instagram

Bartosz Królikowski

Jestem człowiekiem wspaniałego miasta Szczecin, studiującym we włościach wrocławskich. Dawno temu uzależniłem się od sportu, przede wszystkim od piłki nożnej, sportów walki oraz sportów zimowych. I nie, nie mam zamiaru iść na żaden odwyk. Zdecydowanie wolę zarażać innych swoją pasją, a rola dziennikarza sportowego idealnie się do tego nadaje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *