Oktoberfest w sierpniu, czyli Liga Mistrzów wreszcie rozstrzygnięta!

Musieliśmy czekać na to długie miesiące. Kolejna edycja Champions League zaczęła się zanim poprzednia zdążyła się skończyć. Cóż… klasyczny 2020 rok, krótko mówiąc. Tak czy inaczej, Liga Mistrzów rozstrzygnięta, awaryjna formuła turniejowa zdała egzamin, a kibice byli świadkami rzeczy szokujących, emocjonujących oraz imponujących. My Polacy natomiast wiemy już, że najlepszy obecnie piłkarz na świecie, to nasz rodak. Czas na podsumowanie turnieju finałowego Ligi Mistrzów 2019/20.

  1. Bawarski czołg wreszcie dojechał do celu

Gdy w sezonie 2012/13 Bayern Monachium wygrywał Ligę Mistrzów, wiele osób przewidywało, że to może być początek końca ówczesnego Bayernu. Parę lat co prawda jeszcze im zostało, bo zawodnicy tacy jak Franck Ribery, Phillip Lahm, Arjen Robben, czy Bastian Schweinsteiger, z wyjątkiem tego pierwszego, dopiero mieli osiągnąć 30 rok życia, ale już powoli trzeba było myśleć nad zmianą pokoleniową. Bayern przez te 7 lat po tamtym triumfie wiele różnych rzeczy przeżył. Pep Guardiola, Carlo Ancelotti, Niko Kovac, wszyscy próbowali, ale żaden z nich nie był w stanie zbliżyć się choćby do triumfu w LM. Robert Lewandowski, który przez lata zasadniczo potrafił tylko podnosić swój poziom gry, powoli tracił nadzieję, że w Monachium wygra jedyne, czego mu w klubowej piłce brakuje. Ciągnęło go do specjalisty od tych rozgrywek, czyli Realu Madryt. Bayern miał swoje małe upadki, zmiana pokoleniowa nie wpłynęła na zachwianie ich hegemonii w lidze, ale za to w Europie obeszła się z nimi brutalnie. Na głowę zarządu Bayernu nieraz posypały się gromy, że nie wydają oni odpowiedniej ilości pieniędzy na wzmocnienia. Że liczą na to, iż to rynek dopasuje się do nich, a nie na odwrót, co w kapitalistycznym modelu po prostu tak nie działa. Nawet w minionym już sezonie, gdy po porażce 1:5 z Eintrachtem Frankfurt zwolniony został trener Kovac, wydawało się że kryzys Bayernu wchodzi w najgorszą fazę, mimo życiowej formy Roberta Lewandowskiego. Nastąpiła jednak przemiana.

Dokonał jej człowiek, od którego nikt tego nie oczekiwał. Który miał być jedynie szkoleniowcem tymczasowym. Gdy został zatrudniony na stałe, wielu ludzi pukało się w głowy i jeszcze bardziej wieszczyło koniec rządów Bayernu nawet w Bundeslidze. Hans-Dieter Flick oszukał przeznaczenie, jak gdyby wzorem doktora Fausta z dzieła Goethego podpisał pakt z samym diabłem. Ale tutaj żadne nadprzyrodzone moce nie wchodziły w grę. To, co od listopada 2019 roku do 23 sierpnia 2020 roku, wydarzyło się z Bayernem Monachium, jest dziełem człowieka, który przybył do Bawarii z konkretnym planem na zespół i pomysłem jak ów plan zrealizować. Szybko przekonał do siebie piłkarzy, a oni zaufali jego wizji i z każdym meczem rośli w siłę, a po pandemii wyglądali jak grupa znakomicie rozumiejących się ludzi, ufających swoim umiejętnościom, grających to, co potrafią najlepiej. Bilans pod wodzą Flicka? 36 meczów, 33 wygrane, 1 remis i 2 porażki, przy bilansie bramkowym 116:26. Kosmos to się przy tym schować może. Oczywiście trener to tylko jedna strona medalu. Drugą stroną są piłkarze, którzy przemienili tę drużynę w potęgę. Manuel Neuer, który w finale z PSG wyczyniał w bramce cuda. Thiago Alcantara, który stał się absolutnym generałem i dowódcą środka pola. Serge Gnabry, któremu trener angielskiego przeciętniaka West Bromwich Albion, Tony Pulis, powiedział kiedyś, że nie ma on umiejętności do gry w jego zespole. Thomas Muller, który był zawsze, jest zawsze i chyba już zawsze będzie, stanowiąc element nie do zastąpienia w Monachium. W trakcie turnieju finałowego, ważną postacią stał się nawet Ivan Perisić, który miał być tylko uzupełnieniem składu. Bayern był nie do zatrzymania i tym razem ma dużo młodszy skład, niż siedem lat temu. Leon Goretzka, Joshua Kimmich, Alphonso Davies, Serge Gnabry, Kingsley Coman… przyszłość. Tylko tę obronę trzeba ulepszyć, bo niektóre zachowania obrońców Bayernu mogłyby doprowadzić do szaleństwa nawet Mahatmę Gandhiego. W tym wymienianiu zasłużonych, zabrakło jednego nazwiska prawda? Kogoś bardzo ważnego. Jemu bowiem należy się osobny rozdział.

  1. Najlepszy piłkarz świata Robert Lewandowski

Nawet najwięksi sceptycy tego nie podważą. To był sezon Roberta Lewandowskiego. Nie Cristiano Ronaldo, nie Leo Messiego, nie Neymara, nie Kevina de Bruyne, chociaż ten akurat również był genialny. Mistrzostwo Niemiec, Puchar Niemiec, Liga Mistrzów i korona króla strzelców we wszystkich tych rozgrywkach. Przeszło 47 meczów i 55 goli. Do tego jeszcze niezwykła praca na korzyść zespołu. Bo tym właśnie Lewy pokazał swoją klasę w turnieju finałowym Ligi Mistrzów. Przeciwko Barcelonie, Olympique Lyon i PSG strzelił łącznie dwa gole, ale tylko głupiec uzna, że grał z tego powodu słabo. W meczu z Barcą, Robert tak poruszał się po boisku, tak wyciągał obrońców, że jego koledzy mieli wręcz utopijną ilość wolnego miejsca. Z Lyonem zresztą też tak było. Przeciwko PSG miał pecha, bo trafił w słupek, ale potrafił się choćby wrócić pod własne pole karne i odebrać piłkę jak rasowy obrońca. Interes drużyny ponad własny. Jestem wręcz pewien, że gdyby Robert chciał, to patrzyłby tylko na siebie, strzeliłby więcej i Bayern i tak zapewne dałby radę. Ale no właśnie. „Zapewne”. A Lewandowski chciał „na pewno”. Ma 32 lata, a rozwija się jakby miał 22. W takim wieku spełnił swe największe klubowe marzenie, choć nie każdy już w to wierzył. Sam trzymałem parę lat temu kciuki za jego odejście do Realu. Na szczęście on wierzył. Potrafił doprowadzić się do życiowej formy w wieku 32 lat i wygrać Ligę Mistrzów, a nie sposób nie odnieść wrażenia, że to jeszcze nie jest jego absolutny szczyt. Nie wiem, czy „France Football” pod nawet największym naciskiem, przywróci plebiscyt na Złotą Piłkę. Jednak z nią czy bez niej, nikt na świecie nie ma wątpliwości, kto aktualnie jest najlepszy. My, Polacy, możemy z kolei dziękować niebiosom za takiego piłkarza. Piłkarza, który z naszego w wielu aspektach bardzo niedomagającego systemu szkolenia, wyrósł do poziomu Złotej Piłki.

  1. Paryskie marzenie, które ma katar

Odkąd tylko katarscy szejkowie zainwestowali w Paris Saint-Germain, cel był jasny – wygrać Ligę Mistrzów. Triumf na krajowym podwórku stał się chlebem powszednim, choć nawet tam w sezonie 2017/18, tytuł zabrało im AS Monaco. Przez lata ich zmagania w Champions League kończyły się mniejszym lub większym wstydem. Były po prostu zwykłe odpadnięcia, jak z Realem Madryt (1:2 i 1:3) i sezonie 2017/18. Ale były też kompromitacje, jak odpadnięcie z Barceloną, gdy w pierwszym meczu wygrali 4:0, by w rewanżu przegrać 1:6, czy w sezonie 2018/19, gdy zdziesiątkowany kontuzjami Manchester United, po porażce na własnym stadionie 0:2, wygrał na Parc des Princes 3:1, wykopując paryżan z rozgrywek. W tym roku wszystko ułożyło się niemal idealnie. PSG wylosowało w turnieju finałowym niemal autostradę do finału, z Atalantą, Lipskiem, czy Atletico Madryt. Biorąc pod uwagę, że w drugiej części tabelki były Bayern, Real, Man City, czy Juventus, mieli ogromne szczęście. PSG ledwo wyrzuciło Atalantę, bo po dwóch golach w końcówce, ale RB Lipsk postawiło znacznie mniejszy opór. Został im do pokonania tylko Bayern… i tak już pozostało. Znów zabrakło, tym razem tego jednego, decydującego kroku. W meczu finałowym dwie największe gwiazdy zespołu – Neymar i Kylian Mbappe – nie potrafiły podnieść drużyny, której nie szło. Byli potwornie nieskuteczni, a przez długi czas mało widoczni. Neymar chciał wyjść z cienia Messiego, ale w ostatecznym rozrachunku, bez rozstrzygania tych absolutnie kluczowych meczów, nigdy mu się to w pełni nie uda. Mbappe to największy talent tego świata, ale póki co, gdy drużyna nie domaga, on również. Najbardziej szkoda mi Angela di Marii, bo od zawsze byłem fanem tego piłkarza. Nawet fakt, że trafił w pewnym momencie do mojego anty-ulubionego Man Utd, tego nie zmienił. Nie strzelił gola w finale, ale to w dużej części on kreował sytuacje, jakie PSG miało w całym turnieju. Tak czy inaczej, marzenie Katarczyków wciąż pozostanie niespełnione, a mam wrażenie, że mimo wszystko, większej szansy, niż w tym roku, nie będzie.

  1. Barcelona do rozbiórki i budowy na nowo

Od kilku lat kataloński klub był jak wulkan. Zbierało się w nim, zbierało, wszystkie negatywne emocje, złe decyzje zarządu, odejście od klubowej filozofii, zmiany trenerów na coraz to większe wynalazki i brak spójnej wizji. To kiedyś musiało wybuchnąć. I tak było w meczu z Bayernem. Niezależnie od tego jak silni są Bawarczycy, Barcelonie porażka 2:8 nigdy nie powinna się zdarzyć. Ale jak już podkreśliłem, Barca zderzyła się z dnem, z którym na kursie kolizyjnym była od dawna. Arturo Vidal, Sergio Busquets, Luis Suarez, Ivan Rakitić, Jordi Alba. To są piłkarze, których nie sposób podejrzewać już o taki sam głód sukcesu, co kiedyś. Barcelona absolutnie przegapiła moment wymiany pokoleniowej. Słynna szkółka La Masia w ostatnich latach na stałe dała pierwszej drużynie tylko Sergiego Roberto. Katalończycy wydawali miliony euro na piłkarzy takich jak Philippe Couthinho czy Antoine Griezmann, czyli zawodników owszem genialnych, ale na nich nikt nie miał w Barcelonie konkretnego pomysłu. Bardziej było to sprowadzanie gwiazd dla samego ich sprowadzenia, niż faktycznego dopasowania zakupów do potrzeb klubu. Trener Quique Setien, umówmy się, do zarządzania gwiazdami się nie nadaje, ale jego misja nie miała się prawa udać. Nie z tymi zawodnikami, nie w tym momencie. On nie jest tu bez winy, bo jeśli chodzi o względy taktyczne, to w meczu z Bayernem takowych nie było widać w ogóle. Jednak zdaje się, że z tą drużyną, nikt nie byłby w stanie zrobić wiele więcej. Barcelona zmarnowała najlepsze lata Leo Messiego, który geniuszem pozostanie, pytanie tylko, czy w Barcelonie, bo wizja jego odejścia stała się aktualnie realna, jak nigdy wcześniej. Bez niego możemy być świadkami kompletnego załamania Barcelony, bo choć charyzmatyczny lider z niego żaden, to piłkarsko wciąż daje nieprawdopodobnie dużo. Teraz do Barcelony przybywa trener Ronald Koeman. Kolejna legenda klubu na tym stanowisku. Czy jemu uda się przeprowadzić rewolucję? Barcelona aktualnie nie ma zbyt wielu pieniędzy, więc niewykluczone, że będzie musiał postawić na wychowanków. Pytanie tylko, czy szatnia, która od lat skutecznie buntuje się prawie każdemu trenerowi, kibice, którzy mają coraz bardziej dość i zarząd, który coraz bardziej pogrąża się w zatraceniu, dadzą mu czas, by tego dokonać. Wszakże takie rewolucje nie trwają rok. Nawet nie dwa. Barcelona potrzebuje gruntownej przebudowy, która na pewno potrwa, a ile – to już zależy być może przede wszystkim od Leo Messiego i jego decyzji odnośnie do dalszej gry w Barcelonie.

  1. Czasem swoim największym wrogiem jesteś ty sam

Odkąd Pep Guardiola opuścił FC Barcelonę, jego największym marzeniem jest udowodnić, że nie potrzebuje Leo Messiego, aby wygrać Ligę Mistrzów. Próbował w Bayernie Monachium, od 2016 roku próbuje w Manchesterze City. Odkąd hiszpański trener przybył na Etihad Stadium, City wydało na wzmocnienia KILKASET milionów euro. W środku pola i ataku na ławce rezerwowych mają zawodników, którzy mogliby być gwiazdami 99% klubów w Europie. Mimo to jednak zawsze czegoś brakuje. W sezonie 2018/19 w ćwierćfinale wykopał ich Liverpool, ten sam, któremu wówczas City odebrało upragniony tytuł mistrza Anglii. Teraz zaliczyli koszmarną wpadkę, gdyż wyeliminował ich Olympique Lyon, zespół, który rozegrał wcześniej tylko jeden mecz przez kilka miesięcy, jako że Ligue 1 nie wróciła do gry po pandemii. Często bywa tak, że gdy czegoś za bardzo chcesz, efekt jest odwrotny. Tak było tym razem. City Pepa Guardioli wyrzuciło w 1/8 finału Real Madryt, bo grali taki futbol, jaki potrafią najlepiej. Zdecydowany, ofensywny, gdyż ich obrona nie stoi na najwyższym poziomie. Zdominowali madrytczyków i nie dali im szans. Mimo to z Lyonem, drużyną znacznie słabszą od Realu, Guardiola kompletnie się zagubił. Ustawił zespół zdecydowanie bardziej defensywnie. Próbował nagle wprowadzić w swoim zespole coś, co racji bytu nigdy nie miało. Odszedł od swojego sprawdzonego stylu na rzecz większego bezpieczeństwa. Jednak czasami za dużo środków bezpieczeństwa=wielkie zagrożenie. Guardiola przekombinował. Chciał być w 100% pewny awansu, co doprowadziło go do zguby, bo futbol nie toleruje wymuszania czegoś. Robienia na siłę. Gdy Lyon strzelał kolejne gole, Hiszpan nie wierzył. Nie wierzył, że upragniony cel znów mu się wymyka. I się wymknął. Przez jego decyzje. Manchester City Guardioli może wygrać LM. Moim zdaniem ma na to znacznie większe szanse, niż choćby PSG. Ale hiszpański trener musi w kluczowych momentach ufać swoim metodom. Wierzyć, że to, czego on oczekuje od drużyny, jest dla niej najlepsze. Bo inaczej nerwowe decyzje, takie jak w tym roku, będą wciąż bestialsko niweczyć jego plany.


Autor: Bartosz Królikowski

Zdjęcie: Instagram

Bartosz Królikowski

Jestem człowiekiem wspaniałego miasta Szczecin, studiującym we włościach wrocławskich. Dawno temu uzależniłem się od sportu, przede wszystkim od piłki nożnej, sportów walki oraz sportów zimowych. I nie, nie mam zamiaru iść na żaden odwyk. Zdecydowanie wolę zarażać innych swoją pasją, a rola dziennikarza sportowego idealnie się do tego nadaje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *