Komfort w bólu – recenzja „Hurt/Comfort” (2020)

Koła nie odkrywa się ponownie. Można się nim zachwycać na nowo. Zaczyna się myśleć o możliwych zastosowaniach, ekscytując się liczbą możliwości. A w końcu pozostaje się cieszyć, że się je ma. Podobnie jest z debiutancką powieścią Weroniki Łodygi. Nic nowego, ale wciąż miło. 

W wydanej niedawno powieści dla młodzieży autorka przedstawia swoim czytelni.cz.kom historię Artura i Janka.  

Ten pierwszy zazwyczaj nie odzywa się, póki nie musi. Marginesy w zeszytach ma zawsze zamalowane, po szkole ćwiczy rysowanie wszystkiego, co akurat wpada mu w oko (na ASP wszystko się przyda), a z ojcem rozmawia tylko w języku migowym. Znajomość migów pomaga mu w odparciu natrętów, którzy nie wiadomo dlaczego akurat jego pytają, czy miejsce obok jest wolne. Nie widzi sensu w ubieraniu się na kolor inny niż czarny. Nie ukrywa swojej orientacji, ale nie widzi sensu w chodzeniu na parady.

Ten drugi przenosi się do nowej szkoły, bo z poprzedniej go wyrzucono. On sam twierdzi, że decyzja była dobrowolna. Nie lubi, kiedy ktoś pisze mu na plecaku „pedał”, a w razie potrzeby rozlicza takich delikwentów według własnych zasad. Nie boi się kolorów, noszenia sukienek i zapuszczania włosów. Potrafi być opoką dla wszystkich, chyba że akurat mowa jest o starszym bracie. Być może powiedzenie „przez żołądek do serca” ma ustawione na tapecie. Kocha świat, kocha jedzenie i – jak się okazuje – kocha także skrytego artystę.

Początki bywają trudne

Na początku ich relacja zdaje się nie prowadzić dokądkolwiek. Klasa maturalna to dobra wymówka do… wszystkiego, a Artur chętnie ją wykorzystuje. Janek nie zraża się początkową niechęcią kolegi i próbuje mu pokazać, że naprawdę mu na nim zależy. Na wszystkie możliwe sposoby. Na drodze do bliższej relacji stają jednak problemy psychiczne tego pierwszego, spowodowane odejściem matki i chorobą ojca. W miarę rozwoju akcji Artur powoli zaczyna dopuszczać do jego życia inne osoby. Nie jest mu łatwo; jego myśli często kłębią się wokół depresji, narcyzmu, paniki, znudzenia i złości. Traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa powodują, że na drodze do zbudowania prawdziwej relacji z tatą staje mutyzm – zaburzenie mowy, w którym osoba cierpiąca nie wydobywa z siebie komunikatów, choć rozumie to, co mówią do niej inni.

Krytycznym okiem

„Hurt/Comfort” jest w niektórych momentach wyjątkowo infantylne. Raczej nie spotyka się młodych dorosłych, piszących do siebie per dzifffko”. Można by było powiedzieć, że to efekt oderwania autorki od realiów, w które wkomponowuje akcję powieści, ale nie byłaby to prawda. Weronika Łodyga zgrabnie opisuje świat, w którym żyją główni bohaterzy – na tyle zgrabnie, że może się wydawać, że znamy przedstawiane w powieści miejsca. Choć obecnością McDonalda, do którego chodzą dosłownie wszyscy, pochwali się już węższa grupa, to każde z miast ma miejsca, do których nikt nie zagląda, a w których bez obawy można czuć się sobą. Powieść to ważny krok w stronę popularyzacji twórczości nieheteronormatywnej, której na polskim rynku jest na lekarstwo. 

Na pochwałę zasługują wspomnienia zakochanych, w których obaj doświadczyli pewnego rodzaju przemocy (nie tylko tej symbolicznej). Tym lepiej oddaje to ponurą rzeczywistość nietolerancji i braku akceptacji polskiego społeczeństwa. Miło czyta się o wspierających rodzicach, a jeszcze lepiej czyta się o rodzicach, którzy sami doświadczali tego, z czym teraz zmierzają się ich dzieci. Cieszy również reprezentacja osób spod literek innych niż tylko „G”. Ciekawym zabiegiem jest ukrycie w języku mowy pozornie zależnej, o której obecności autorka często daje znać po dłuższej chwili. Używa jej przeważnie, by przedstawić myśli Artura, co z kolei pozwala czytelni.cz.kom na wnikliwą analizę psychiki bohatera.

Chłopcy zawsze dzielili się w jego opinii na „boję się, że mnie zabije” i „boję się, że dowie się, że mi się podoba, i wtedy mnie zabije”.

Co by nie było…

O sukcesie śmiało można mówić, kiedy powieść liczy ponad czterysta stron, a jej lektura zajmuje krócej, niż by się chciało. Relacja Artura i Janka wydaje się naprawdę angażująca, choć i tak wiemy, jak się ona rozwinie. „Hurt/Comfort” nie jest kandydatem do walki z „Płynąc w ciemnościach” czy nawet „Tamte dni, tamte noce. Nie musi wcale takie być. Książka przynosi wspomniany komfort, szczególnie w połączeniu z ciepłym kocem, gorącą herbatą i palącą się w oddali świeczką. Idealna odskocznia od dyskursywnych dywagacji w trakcie niekończącej się sesji lub po prostu okazja do przeniesienia się myślami w lepszą, wolną od pandemii rzeczywistość.


Recenzował: Norbert Madura

Obrazek wyróżniający: @ksiazkomanka.yt – Instagram

Norbert Madura

Stale upewniam się, czy moje żarty są śmieszne. I nie są. W rzadkich momentach piszę z sensem o rzeczach mi bliskich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *