Mank, czyli scenariusz w scenariuszu

Na swój najnowszy film David Fincher kazał czekać stosunkowo długo, bo od premiery „Zaginionej dziewczyny”, jego ostatniego kinowego obrazu, minęło przecież już sześć lat. Tym razem kojarzony przede wszystkim z thrillerami i kryminałami reżyser postawił na coś zupełnie innego, realizując scenariusz autorstwa swojego zmarłego w 2003 r. ojca Jacka. Biografia Hermana J. Mankiewicza, człowieka, bez którego klasyczny „Obywatel Kane” nigdy by nie powstał, to dzieło bardzo personalne i stanowiące prawdopodobnie największy eksperyment w jego karierze.   

Tytułowego bohatera „Manka”, w którego rolę wciela się fenomenalny Gary Oldman, poznajemy wiosną 1940 roku. Po wypadku samochodowym zostaje umieszczony na ranczu w Victorville, gdzie nie tylko ma przejść rehabilitację, ale przede wszystkim stworzyć scenariusz na zlecenie Orsona Wellesa (zadziwiająco podobny do oryginału Tom Burke). Hollywoodzki reżyser daje mu na to zadanie zaledwie 60 dni.   

Fabuła filmu skupia się na dwóch płaszczyznach: samym procesie pisania oraz poprzedzających go wydarzeniach, które stały się dla Mankiewicza inspiracją. Za pomocą licznych retrospekcji cofamy się w czasie i oczami bohatera spoglądamy na Hollywood lat 30, czasy złotej ery kina, ale także Wielkiego Kryzysu i niepokojów politycznych.    

Mank jest uzależnionym od alkoholu cynikiem, skłonnym do podejmowania impulsywnych zakładów i wszczynania dyskusji w niesprzyjających temu momentach. Nie odnosząc większych sukcesów, pracuje dla studia MGM, natomiast w wolnych chwilach jest stałym bywalcem salonów. Obraca się w towarzystwie największych szych: producentów, reżyserów i magnatów prasowych, z bliska obserwując panujące w branży zakłamanie. Przełomowym momentem są wybory gubernatora Kalifornii w 1934 roku, na których przebieg filmowcy chcą za wszelką cenę mieć wpływ. Główny bohater musi sobie zadać wówczas pytanie, czy w Hollywood znajduje się jeszcze miejsce dla kreatywnych idealistów?   

Aktorsko to przede wszystkim popis Oldmana, który choć ponad 20 lat starszy niż Mankiewicz w czasie, w jakim rozgrywa się akcja filmu, wciąż wypada naprawdę przekonująco. Mank to taki bohater, który w prawdziwym świecie byłby nie do zniesienia, natomiast widząc go na ekranie, nie sposób mu nie kibicować. Jest elegancki i dziwaczny, w jednej scenie bryluje wiedzą w towarzystwie, w drugiej robi z siebie kompletnego błazna.   

Postaci drugoplanowych w filmie przewija się naprawdę sporo. Świetnie wypada Amanda Seyfried jako aktorka Marion Davies. Nie jest to stereotypowa blondynka z Hollywood, a intrygująca kobieta, znacznie inteligentniejsza niż mogłoby się na początku wydawać. Ze swoimi wymyślnymi strojami, trzepoczącymi rzęsami i brooklińskim akcentem dosłownie lśni w każdej scenie, w której się pojawia. Ciekawi są też Arliss Howard w roli aroganckiego, lekko przerysowanego szefa MGM i będący w szczytowej formie Charles Dance jako William Hearst, pierwowzór Charlesa Kane’a.   

„Mank” stylizuje się na dzieło minionej epoki dzięki świetnie dobranej scenografii i kostiumom, ale również poprzez sposób nagrania. I mowa tu nie tylko o stylowej czerni i bieli, w której oglądamy film.  Zamiast ostrych przejść mamy tu charakterystyczne zaciemnienia, a w rogu ekranu co jakiś czas pokazuje się kółko zmiany rolki. Do tego dochodzi jeszcze jazzowa muzyka Trenta Reznor i Atticusa Rossa, która dodatkowo wprawia widza w klimat vintage. Wrażeń estetycznych zdecydowanie nie brakuje.   

Fincher składa hołd dla „Obywatela Kane’a” jeszcze poprzez opierającą się na wspomnianych już retrospekcjach narrację. Reżyser podobny chwyt zastosował już w swojej poprzedniej biografii – „The Social Network”. Jednak, o ile w filmie o założycielu Facebooka i dziele Wellesa przeskoki w czasie gładko wpasowują się w fabułę, w „Manku” to trochę niewykorzystany potencjał. Wciąż ogląda się to dobrze, ale szkoda, że poszczególne sceny jednoznacznie do siebie nie nawiązują.   

Największą siłą filmu niezaprzeczalnie są dialogi. Każdy z nich został dokładnie przemyślany, nie ma tu miejsca na tzw. zapychacze. To, co zostaje wypowiedziane na początku filmu, może powrócić w każdym jego momencie. Rozmowy świetnie charakteryzują bohaterów i podkreślają klimat starego Hollywood. Dodatkowo zręcznie zostały do nich wplecione wątki historyczne, dzięki czemu uniknięto prezentowania biograficznych suchych faktów.   

Trzeba jednak powiedzieć jasno, że „Mank” nie jest filmem, który spodoba się masowemu odbiorcy. Nawet zagorzali fani twórczości Finchera mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Historia jest skromna, idąca w wolnym tempie i pozbawiona zaskakujących zwrotów akcji. To raczej seans do oglądania w samotności i przy pełnym skupieniu, niż taki, który moglibyśmy puścić w tle. Mimo wszystko warto dać szansę tej artystycznej wizji reżysera. To przecież opowieść po brzegi wypełniona ciekawymi bohaterami i dobrym smakiem, która na dwie godziny pozwoli przenieść się w czasie. Kto wie, czy świat oczami Mankiewicza was nie nie zahipnotyzuje. Dla mnie? Jedna z najlepszych produkcji tego roku.

Ocena: 8/10


Autor: Jessica Krysiak

Zdjęcie: Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *