Pachniała jak jabłko – recenzja filmu ,,Cząstki kobiety”

Czasem, gdy golimy w wannie nogi, możemy ukłuć się żyletką w kostkę. Sięgając po golarkę, podejmujemy ryzyko – gładkie nogi mogą zażyczyć sobie ofiar w postaci małych strupów, które w nieskończoność będziemy rozdrapywać. Gojenie trwa długo. Identyczne ryzyko podejmuje każdy, kto rozpoczyna seans filmu ,,Cząstki kobiety”. Odpalając serwis streamingowy, klikając ,,odtwórz”, bierzemy do rąk golarkę. Z opisu filmu wiemy, że bez strupów się nie obejdzie i że rana będzie się jątrzyć i nie da nam spać.


,,Cząstki kobiety” to film węgierskiego reżysera Kornéla Mundruczó, na podstawie scenariusza Katy Weber. Jego premiera na platformie Netflix miała miejsce 7 stycznia 2021 roku. Zarówno zwiastunem, jak i opisem filmu, reżyser daje ostrzeżenie, wystawia swoistą czerwoną flagę zdającą się wołać – UWAGA LUDZKI DRAMAT! Ta czerwona flaga jest jak obietnica. Obietnica przyjrzenia się, niemal z chirurgiczną precyzją, kobiecie, która przechodzi przez kolejne etapy cierpienia. Martha, grana przez Vanessę Kirby, oraz Sean (w tej roli Shia LaBeouf), to oczekująca dziecka para mieszkająca w Bostonie. Decydują się, aby poród odbył się w domu. Otoczeni przez znajome ściany bostońskiego mieszkania, tak odmienne od tych w szpitalnych salach, oczekują na narodziny córki. Martha cieszy się dobrym zdrowiem, telefon pod ręką (aby w razie potrzeby wezwać karetkę) i certyfikowaną położną obok siebie. Co może pójść nie tak?

Pierwsze chwile seansu to surowy, detaliczny obraz, którego oglądanie jest jak połknięcie gorącej herbaty – nagłe i bolesne. Każde ujęcie ma swój ciężar. Kaliber podczas oglądania odczuwa się w brzuchu. Ciężki jest autentyzm Vanessy Kirby, ciężkie są dźwięki, ciężka jest atmosfera. Grymasy twarzy są surowe, pierwotne. Vanessa Kirby-siłaczka, dźwiga na ramionach aktorski bagaż tej sceny, z gracją godną baleriny.

To napięcie jednak ulatnia się wraz z biegiem zdarzeń, jakby skumulowane maksymalnie na początku filmu powoli schodziło w jego kolejnych częściach. ,,Cząstki kobiety” to napompowany do granic wytrzymałości balon, który nie pęka, a powolutku wypuszcza powietrze. Zachowawczy balonik. Podobnie jak w filmach skandynawskich przytłacza szarość obrazu i mnogość metafor. Gdyby nie wybrzmiewający język angielski, widz mógłby przypuszczać, że ma do czynienia z dziełem kręconym na zimnych fiordach Północy. Niektóre wątki, jak rodzynki w serniku, dają wrażenie przesytu i patosu. Reżyser operuje opatrzonymi motywami, między innymi, obumierającej natury (paprocie, nawet niepodlewane miesiącami, bardzo ciężko zamordować). Wrażenie robi dbałość o szczegół. Reżyser wie, jak zachowuje się fizjonomia kobiety, której dziecko miało pojawić się niedługo. Zna tajemnice laktacji, powrotu ciała do dawnych proporcji. Nie koloryzuje, nie wycisza.

Opowieść, podzielona na rozdziały, prezentuje etapy radzenia sobie ze stratą, wpływ tragedii na związek. Obrazuje relacje tak mocno symbiotyczne, że wyniszczające. Mundruczó metaforyzuje, trochę poucza, czasem upodabniając ,,Cząstki kobiety” do sądowego dramatu. Mimo to film spełnia swój cel – opowiada historię. Reżyser oddaje głos kobiecie. Nie jest to głos nieśmiały, szept, majaczenie w gorączce – a krzyk. Krzyk przejmujący, bo wydobyty z pierwotnego miejsca, w którym zaczyna się każda opowieść – z brzucha matki.


Autorka: Miriam Olek

Zdjęcie: Instagram

Miriam Olek

Dużo spaceruję po Wrocławiu. Niepotrzebnie mówię obcym ,,dzień dobry". Idąc przez miasto w różowym golfie, z Molchat Doma na słuchawkach, czuję się, jakbym grała w rosyjskim kryminale. Mam złowrogą minę, ale zawsze ustąpię miejsce w tramwaju. Złota baba ze mnie, jednym słowem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *