Rzecz o przyjaźni na prerii – recenzja „Nowiny ze świata” (2020)

Jestem kapitan Jefferson Kyle Kidd i przywożę wam wieści z naszego wspaniałego świata – wita się z widzami Tom Hanks w najnowszym filmie Paula Greengrassa, dostępnym od 10. lutego w serwisie Netflix. Jak reżyserowi kina akcji udała się ekranizacja westernowej powieści Nowiny ze świata Paulette Jiles?

Historia opowiada o lekko podstarzałym weteranie wojny secesyjnej – Kapitanie Jeffersonie Kyle’u Kiddzie, zarabiającym na życie jako trubadur i prezenter serwisów informacyjnych. W odciętych od świata mieścinach opowiada strudzonym podbijaniem Dzikiego Zachodu pionierom historie wielkiej Ameryki. Na swej drodze spotyka białą sierotę z plemienia Kiowa – Johannę, którą decyduje się oddać biologicznej rodzinie. Kapitan i dziecko wyruszają w niebezpieczną podróż, przemierzając teksańską prerię i stawiając przy tym czoła bandytom, żywiołom oraz własnym demonom.

Paul Greengrass to spec od kina wielkich tragedii, takich jak 11 września czy zamach na wyspie Utoya. To również reżyser słynący z akcyjniaków takich jak seria o Jasonie Bournie. Dziwi więc fakt, że tym razem na warsztat wziął powieść. Połączył formułę westernu z filmem drogi, snując przy tym kameralną opowieść o dwójce obcych sobie (życiowo i kulturowo) ludzi, wyjątkowo dotkniętych politycznymi konfliktami, którym zły los odebrał wszystko to, co ukochali. Do tej pory utożsamiany z agresywnym montażem i filmami wartkiej akcji reżyser przedstawia brutalną rzeczywistość powojennej Ameryki, w której – wbrew temu, co Kidd mówi swojej widowni – daleko do wspaniałości. Królują w niej rasizm, przemoc, wyzysk, podziały społeczne, a wszystko napędza propagandowa machina próbująca panować nad sytuacją i kontrolować masy nabitą strzelbą.

Uniwersalność tematyki potęguje znakomitość odtwórcy roli Kapitana Jeffersona Kyle’a Kidd’aToma Hanksa. Wykreowany przez niego szlachetny, doświadczony everyman, mimo wszelkiego zła i krzywd, których doświadczył, nadal kieruje się swoim kompasem moralnym. To twardo stąpający po ziemi, zaradny, dobry człowiek, którym każdy z nas powinien na chwilę się stać. Towarzyszka kapitana (Helena Zengel) to z kolei wściekła i dzika dziewczyna, wrzucona w obcą rzeczywistość, która nie jest w stanie oddychać w gorsecie społecznych konwenansów. To ona doświadcza największych niesprawiedliwości Ameryki – dwukrotnie osierocona i porwana ze świata cywilizowanej przemocy do świata barbarzyńskiego bezprawia. I mimo że nie zna angielskiego, chce opowiedzieć swoją historię, której Kapitan staje się nieodłączną częścią. Emocjonalna podróż Johanny jest dużo dłuższa niż ta fizyczna  – nareszcie odnajduje swoje miejsce u boku ojca. Powolna przemiana bohaterów oraz rodząca się między nimi ojcowsko – córczyna więź okazała się szansą na pogodzenie się z przeszłością, uleczenie starych ran i rozpoczęcie nowego życia – drogi.

Żeby nie było też zbyt melodramatycznie, użyto także schematów, bez których film na Dzikim Zachodzie nie miałby prawa bytu. To pościgi i strzelaniny stanowią najbardziej dynamiczne momenty w filmie, i mimo że są w pełni przewidywalne, skupiają na sobie całą uwagę widza…

…czego niestety nie można powiedzieć o samej wędrówce bohaterów, w której najzwyczajniej w świecie zabrakło głębi. Film i całe zaplecze emocjonalne zbudowano w oparciu o dwie wyraziste postaci, których życiorysy osobno wydają się bardzo ciekawe, lecz gdy są razem, ich osobowości gdzieś giną. Najlepszym przykładem jest zmarnowany wątek roli mediów w dopiero co rozwijającej się amerykańskiej cywilizacji. Sam tytuł powinien oznaczać, że wiadomości, nowiny, a przede wszystkim sposób, w jaki opisuje się rzeczywistość, będą siłą napędzającą nie tylko fabułę w filmie, co nowopowstałą potęgę w Ameryce Północnej. Tymczasem twórcy próbując podkreślić znaczenie prasy i idącej za nią propagandy, poświęcili jedynie kilka minut na scenę, która owszem, powoduje silniejsze emocje – ale co z tego, jeśli marnuje swój potencjał zbyt szybko. To samo tyczy się pierwotnego i wtórnego pochodzenia Johanny, które zostało potraktowane wyjątkowo powierzchownie, a okazji do wyjawienia szczegółów było na pęczki. Kiedy ją porwano, jak zginęli jej bliscy, dlaczego przeżyła, i wiele wiele innych pytań pozostało bez odpowiedzi, których chce widz. Chyba, że tylko mnie ciekawi dlaczego Indianie porywali białe dzieci i wychowywali je jak swoje.

Nowiny ze świata to ukłon w stronę historyków, dziennikarzy, pisarzy oraz wszystkich tych, którzy opowiadają historie i, tak jak Kapitan, potrafią na moment zawładnąć umysłem swoich odbiorców. Może choć na ten jeden wieczór uciekniemy przed troskami zwraca się do audytorium Kidd, a wraz z nim reżyser. I faktycznie – udało się, ponieważ Nowiny ze świata to godny reprezentant nieogłupiającego kina, wolnego od fajerwerków i otępiającej widza akcji i choć nie brak w nim okrucieństwa, bólu i cierpienia, w ostatecznym rozrachunku okazuje się być ciepłą i wzruszającą historią.


Autor: Julia Kiona

Zdjęcie: Youtube/Universal Pictures

Julia Kiona

Zakochana w muzyce, romansującą z kinem nostalgiczka. Za dnia śpię, także odezwij się nocą. Gdybym była zwierzęciem, z pewnością byłabym wilkiem, który, o zgrozo, jest moim największym lękiem odkąd obejrzałam "Akademię Pana Kleksa". Nie wiem dlaczego księżyc drań nie chciał gadać z Andrzejem Zauchą, mi nie daje spokoju tak jak wszystkie możliwe scenariusze jutrzejszego dnia.

Jedna myśl na temat “Rzecz o przyjaźni na prerii – recenzja „Nowiny ze świata” (2020)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi