Swedish man’s world – 45 lat „Arrival”

Mija 45 lat od premiery krążka, który zrewolucjonizował nie tylko europejski pop. Mowa o albumie „Arrival” szwedzkiej grupy ABBA, prawdziwym milowym kamieniu nie tylko w karierze zespołu, ale i w historii muzyki. Co sprawiało, że płyta zasłużyła sobie na to miano?

W mojej ocenie ABBA to mały-wielki zespół, który podbił cały świat, mimo że pochodził z kraju, w którym mieszkało zaledwie kilka milionów ludzi. Pokochała ich Europa, pokochała Ameryka, pokochała Australia.

Ja z kolei pokochałam ich za chwytliwą nazwę utworzoną z pierwszych liter imion muzyków, za styl, profesjonalizm i wreszcie za coś, co jest mi szczególnie bliskie – za umiejętność pisania rewelacyjnej muzyki tanecznej.

Trochę historii

ABBA karierę zaczęła z dość niskiego pułapu. O ich debiutanckiej płycie „Ring Ring” z 1973 roku powiedzieć można tyle, że jest i trwa nieco ponad dwa kwadranse. Wydany rok potem album „Waterloo” wydaje się być ciekawszy, lecz nadal wpisuje się w kategorię niespecjalnie wyróżniającego się pop-grania.

Prawdziwy sukces przyniósł Szwedom trzeci krążek zatytułowany po prostu „ABBA”. Wydany w 1975 roku album stanowił zwrot akcji w twórczości zespołu – obok banalnych przytupajek wreszcie usłyszeć można bardziej ambitne kompozycje z wyeksponowaną gitarą elektryczną.

Kolejny milowy krok w rozwoju ABBY to „Arrival”, płyta wydana zaledwie trzy lata po fonograficznym debiucie składu.

Jej Królewska Mość

Już otwierający krążek „When I kissed the teacher” stanowi zaproszenie do całkiem umeblowanego mieszkanka zespołu. Mamy tu akustyczne gitary, wpadający w ucho refren, chórki, a całość przyodziana jest w zabawny teledysk, w którym muzycy siedzą w szkolnych ławkach. Na pierwszy rzut oka zastosowane muzyczne zabiegi wydają się być dość znane i oklepane, ale w niczym to nie przeszkadza. Słucha się tego bardzo dobrze, ale sam numer nie jest tak znany i popularny jak następny, czyli słynny „Dancing Queen”.

To nie tylko numer jeden na albumie „Arrival”, ale i w całej twórczości ABBY. Został nagrany 4 sierpnia 1975 pod roboczym tytułem „Boogaloo” miał wtedy zupełnie inny tekst niż ten, który potem poszedł w świat. Nowy tekst oraz tytuł powstały jako prezent dla szwedzkiej królowej Sylwii z okazji jej ślubu z Karolem XVI Gustawem. Po raz pierwszy utwór wykonano 18 czerwca 1976 roku podczas uroczystego występu w Kungliga Operan w Sztokholmie, w przeddzień ceremonii zaślubin królewskiej pary.

Autorzy utworu – Benny Andersson, Björn Ulvaeus, Stig Anderson – od początku inspirowali się klasycznymi brzmieniami i tanecznymi rytmami. Położyli nacisk na pianistykę oraz sekcję instrumentów smyczkowych oraz pewna wzniosłość i przepych. Świat przyjął utwór iście po królewsku – „Dancing Queen” jako jedyna kompozycje zespołu dotarła na 1. miejsce amerykańskiej listy przebojów Billboard Hot 100.

Nowe brzmienia

Kolejnym kultowym numerem z „Arrival” jest ocierający się o rock „Knowing me, knowing you”. Brzmienie utworu buduje, na równi z klawiszami, ekspresyjna gitara elektryczna. Dużą rolę odgrywają tu także wielogłosowe, efektowne partie wokalne. Do tej płyty mogłoby się wydawać, że to Agnetha otrzymuje od kompozytorów te ważniejsze utwory, lecz „Arrival” zdominowała rudowłosa Anni i to właśnie ona bryluje w glam-rockowym „Knowing me, knowing you”.

To samo tyczy się innego klasyka, czyli „Money, money, money”. Tu Benny i Björn po raz pierwszy sięgnęli po elementy kabaretowo – musicalowe, a utwór doczekał się nawet wykonania w Polsce na występie telewizyjnym w przeddzień premiery albumu.

ABBA zawsze miała w repertuarze ballady, na każdej z wcześniejszych płyt były spokojne, wolne utwory przykuwające uwagę. Ale tak kunsztownych i starannie zinstrumentalizowanych jak te z “Arrival” wcześniej nie prezentowali. To m.in. „My love, my life”, w której wyraźnie zarysowuje się zwrot zespołu ku bardziej wysmakowanym, bogatym i niebanalnie zaaranżowanym brzmieniom popowym.

Tytułowy „Arrival” jest drugim i ostatnim już utworem w twórczości zespołu, którego całko- wicie pozbawiono partii wokalnych (pierwszym było „Intermezzo No.1” z albumu “ABBA”). Jest najdostojniejszą spośród wszystkich pozycji na płycie. Brzmi tak, jakby był kolejnym prezentem dla Jej Królewskiej Mości.

Pop-granie i zaginiony Fernando

Album zawiera także utwory, które oparły się muzycznej rewolucji. Brzmią dokładnie tak, jak te z poprzednich płyt, czyli wesoło, energicznie i prosto. Takie są m.in. „Dum dum diddle” i „Why did it have to be me”. Ciekawostka jest fakt, że ten drugi utwór ma też bliźniaczą wersję zatytułowaną „Happy Hawaii”. Początkowo znajdowała się tylko na stronie B singla „Knowing me, knowing you”, ale potem jako bonus trafiła na wznowienia „Arrival” z lat 1997-2001 wydawane na CD. Faktycznie zabarwiona była hawajskim klimatem, w przeciwieństwie do „Why did it…”, który zwierała elementy bluesa, popu i jazzu.

Ponadto jako bonus na kompaktowych wersjach „Arrival” pojawił się też utwór „Fernando”. Wcześniej funkcjonował jako singiel z kompilacji “Greatest Hits” i znalazł się na zaledwie kilku egzotycznych wydaniach „Arrival”. Muzykolodzy do dziś głowią się nad tym, jak nie trafił na pierwotną wersję płyty – mowa przecież o najlepiej sprzedającym się singlu ABBY w historii (w porównaniu z hitem „Dancing Queen”, sprzedał się w aż dwa razy większym nakładzie – było to łącznie 10 mln egzemplarzy, z czego 6 milionów w samym 1976 roku).

Pop i disco – mieszanka doskonała

Krążek sprawił, że ABBA stała się legendą stanowiącą definicję niewymuszonej i po prostu dobrej muzyki. Grupa poszła za ciosem i na przestrzeni kolejnych sześciu lat nagrała cztery rewelacyjne albumy, które do dziś stanowią wzorzec muzyki pop.

„Arrival” uzmysłowił grupie, ale też słuchaczom. jak wspaniałym rozwiązaniem okazał się flirt muzyki pop z disco i rozpoczął pasmo niezwykłych sukcesów szwedzkiego składu.


Autorka: Julia Kiona

Zdjęcie: ABBA/YouTube

Julia Kiona

Zakochana w muzyce, romansującą z kinem nostalgiczka. Za dnia śpię, także odezwij się nocą. Gdybym była zwierzęciem, z pewnością byłabym wilkiem, który, o zgrozo, jest moim największym lękiem odkąd obejrzałam "Akademię Pana Kleksa". Nie wiem dlaczego księżyc drań nie chciał gadać z Andrzejem Zauchą, mi nie daje spokoju tak jak wszystkie możliwe scenariusze jutrzejszego dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi