Wznieśmy wspólnie toast, albo cztery – recenzja filmu „Na rauszu”

„Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą” – głosili ponad dwie dekady temu duńscy filmowcy, tworząc zasady Dogmy 95. Jednym z inicjatorów manifestu był Thomas Vinterberg. Dziś reżyser co prawda nie trzyma się tak ściśle zasad dotyczących naturalnego oświetlenia i dźwięku, jak miało to miejsce chociażby w Festen (1998), ale wciąż sprawie opowiada o ludzkich dramatach. Jego najnowsze dzieło Na rauszu to nieoczywista, słodko-gorzka próba zdefiniowania własnego narodu.   

Do udziału w filmie Vinterberg po raz kolejny zaprosił Madsa Mikkelsena, z którym współpracował już w 2012 r. przy nagrodzonym Złotą Palmą Polowaniu. Aktor, który na swoim koncie ma m.in. rolę Hannibala Lectera czy przeciwnika Jamesa Bonda w Casino Royale (2006), tym razem wciela się w bardziej przyziemnego, choć wcale nie gorszego bohatera. Jako Martin, wypalony zawodowo nauczyciel historii, wypada naprawdę przekonująco. W rozciągniętej flanelowej koszuli i nieułożonych włosach ciężko wzdycha, próbując dotrzeć do zapatrzonych w telefony uczniów. Ignorują go też dorastający synowie, a z pracującą na nocną zmianę żoną niczym duchy mijają się na korytarzu. Nic też dziwnego, że podczas przyjęcia urodzinowego jednego z kolegów w końcu nie wytrzymuje i po jego policzkach zaczynają spływać łzy frustracji. Ale spokojnie – przynajmniej w kwestii życiowego kryzysu nie jest osamotniony.

Na Rauszu to bowiem teatr czterech aktorów. Obok charyzmatycznego Mikkelsena zobaczymy jeszcze częstego bywalca filmów Vinterberga – Thomasa Bo Larsena, który jako wuefista Tommy potrafi w jednej scenie wzbudzić w widzu radość, w drugiej szczerze współczucie. Ciekawy jest też Lars Ranthe w roli Petera, skrytego nauczyciela muzyki stosującego niecodzienne metody radzenia sobie ze stresem, a Magnus Millang jako Nikolaj kreuje postać przygniecionego obowiązkami psychologa, ojca trójki małych dzieci, który świetnie sprawdziłby się w niejednej komedii.

Cała opowieść rusza do przodu, gdy bohaterowie zainspirowani teorią norweskiego psychologa Finna Skårderuda, w której głosił, że człowiek rodzi się z za niskim poziomem alkoholu, interpretują ją po swojemu. By poprawić jakość swojego losu, postanawiają przeprowadzić pewien eksperyment – w każdy dzień roboczy, do godziny 20, będą utrzymywać pół promila alkoholu we krwi. Wszystko oczywiście w imię nauki, bo na podstawie tego doświadczenia chcą też napisać pracę badawczą. I tak oto zaczyna się popijanie w szkolnych toaletach, przechowywanie trunków w schowkach dla woźnych i przemycanie zabronionej zawartości w bidonach na wodę. Kiedy faktycznie przyjaciele zaczynają zauważać pozytywne zmiany w swoich życiach, docenienie przez uczniów i rodziny, podnoszą narzuconą wcześniej stawkę.

Podczas filmu nie sposób wyprzeć z tyłu głowy myśli, że to wszystko nie może skończyć się dobrze, ale jednocześnie ogląda się go z zaskakującą lekkością. Reżyser przez zdecydowaną większość czasu stawia na humor, wynikający nie tylko z zachowania bohaterów, ale i wtrącanych często polityczno-kulturalnych aluzji. Przykładowo z czasem Martin, by zachęcić swoich uczniów do nauki, porusza na lekcji temat alkoholizmu wśród postaci historycznych. Na duchu podnoszą też przywodzące na myśl letnie wieczory, pełne ciepłych barw ujęcia autorstwa fotografa Sturli Brandth Grovlena. Dzięki tym zabiegom nawet najbardziej dramatyczne zwroty akcji, których zresztą podczas seansu nie brakuje, ostatecznie nie są w stanie odebrać świeżości, z jaką niesie się produkcja.

Ostatecznie nie jest to kolejny film o uzależnieniach, który prostolinijnie pokazuje rychły wzlot i upadek człowieka. Vinterberg nie skupia się na tym, by zaserwować dobrze znane i powtarzane w mediach przestrogi o szkodliwości alkoholu. Wciąż zwraca uwagę na aspekt uzależnienia, ale rzuca na nie zupełnie inne światło, nie wykluczając też motywu celebracji życia. Znużonych nauczycieli kontrastuje z wiecznie imprezującą szkolną młodzieżą, która beztrosko spogląda na codzienność.  To oni są klamrą zręcznie spinająca całą historię od początku do końca. Stanowią też metaforę utraconej młodości – tego, za czym czwórka przyjaciół naprawdę tęskni i czego nawet stan upojenia alkoholowego nie jest w stanie im przywrócić.

Reżyser nie ocenia swoich bohaterów, od początku kreuje ich na zwyczajnych ludzi i takimi pozostają do końca, wraz ze swoimi pragnieniami i słabościami. Miejsce na wyciągniecie wniosków pozostawia natomiast widzom, a te jak to bywa w przypadku dobrych produkcji, nasuwają się mimowolnie. Na rauszu zdecydowanie do nich należy.


Tekst: Jessica Krysiak

Zdjęcie: Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi