Blaszane miasteczko

Niecałe 300 metrów od wieżowca Sky Tower mieści się niezwykłe miejsce, przywodzące na myśl czasy minionej już epoki. Bazar Komandor, funkcjonujący od 25 lat przy ulicy Radosnej, mimo pandemii, galerii handlowej i dwóch supermarketów mieszczących się w pobliżu. Poszedłem sprawdzić, w czym kryje się tajemnica jego długowieczności.

Komandor to bazar z krwi i kości, ze wszystkimi tego przymiotami. Znajdziemy tu: niemiecką chemię w pudełku lekko spłowiałym od słońca, majtki za sześć złotych, podejrzanie wyglądające czekoladki czy nawet mosiężne kandelabry. Wszystko to wystawione w alejkach pomiędzy budami z dobrej jakości, bo nierdzewiejącej, blachy falistej.

 W żargonie bazarowych sprzedawców jestem kibicem. Osobą, która przyjdzie, popatrzy, zapyta o cenę i nic nie kupi. Dużo tu podobnych do mnie. Zbieramy się w miejscach, przy których jest głośno. Lgniemy tam, gdzie jest ruch, gdzie coś się dzieje. Przysłuchujemy się targom, rozmowom, narzekaniom, czy wykładom na temat właściwości leczniczych wytwarzanego na ciepło oleju lnianego. Zagaduję starszego pana stojącego obok mnie. Jest tu stałym gościem. Przychodzi na bazar od ponad dwudziestu lat. Teraz już tylko z przyzwyczajenia, bo przed pandemią otwarta była tu budka z piwem, w której spotykał się z przyjaciółmi.

Po kilku podobnych rozmowach dochodzę do wniosku, że siłą bazaru Komandor są ludzie: sprzedawcy oraz ich stali klienci. To więzi znającej się od lat załogi, prowadzą tę starą łajbę na wody współczesności – myślę, patrząc na jajka z wolnego wybiegu i maseczki wielorazowego użytku, kręcące się na sznurku.

Mercedes wśród miodów

Zataczając już piąte z rzędu kółko po bazarze w poszukiwaniu kuriozów, zauważam schowane pośród budek z ubraniami stoisko z miodem. Sprzedawca dostrzega moje ciekawskie spojrzenie i już chwilę później chwali się swoim szerokim asortymentem. Niezbyt bystrym wzrokiem niedzielnego handlarza dostrzegam słoik miodu, którego cena odstaje od reszty. Sto złotych woła nabazgrany czarnym markerem na wieczku napis.

„Miód wrzosowy, Mercedes wśród miodów” – wyjaśnia sprzedawca. Drogi, bo tworzony przez pszczoły z wielkim poświęceniem jedynie we wrześniu. Zmęczone okresem letnim owady, starając się zebrać przed zimą wystarczający zapas złotego płynu, masowo giną z wycieczenia. Dodatkowym mankamentem podnoszącym tę cenę są utrudnienia w jego zbiorach. Ze względu na konsystencję miodu, pszczelarze często przy jego wydobyciu uszkadzają części ula.

Bazar jest przestronny, na świeżym powietrzu.  Jego zaletą są produkty, które możemy tu znaleźć. Większość warzyw pochodzi od lokalnych dostawców, a te znajdujące się w ich ofercie odzwierciedlają gusta rolników. Są one monotonne – myślę, patrząc na stragan z ponad czterdziestoma gatunkami jabłek, lecz zaraz moją uwagę przykuwa słój z kiszonymi brukselkami, 7 złotych sztuka. Smakują podobno jak kiszona kapusta. Pani, która ma je w swojej ofercie, sprzedaje jeszcze ręcznie robiony ajwar i krowi ser.

 

Rdza

Czasy, w których obecnie żyjemy, nie sprzyjają takim miejscom, a klimat targowiska lat 90. nie przyciąga uwagi ludzi młodych, wolących raczej sterylne alejki supermarketów. Handel przenosi się do internetu, targowiska są powoli likwidowane, a na ich miejscach powstają wielkie dyskonty. Sam z sentymentem wspominam warszawskie KDT, mieszczące się niegdyś pod Pałacem Kultury i Nauki, którego pacyfikacja wymagała użycia siły i była transmitowana w telewizji.

Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość Bazaru Komandor. Pracujący tam ludzie starają się ceną i jakością konkurować ze znajdującymi się obok marketami. Jednak są zgodni, że w ostatnim roku mieli mniej klientów. Niektórzy z nich zrzucają to na pandemię, inni na zimowy okres, wszyscy czekają na wiosnę – moment, w którym stanie cały dzień na dworze zrobi się chociaż trochę przyjemniejsze. W tym roku słabo schodzą buty. Tylko co drugie stoisko jest otwarte. Warto odwiedzić tę okolicę, porozmawiać, potargować się, ponarzekać, bo niedługo jedynym miejscem, gdzie będziemy mogli to zrobić, może być przestrzeń cyfrowa.


Autor: Filip Karasiewicz
Zdjęcia: Filip Karasiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *