Cicha Noc

Święta Bożego Narodzenia to dobry czas – barszcz, prezenty, opłatek. Dobry czas pod jednym warunkiem – masz dom.

Kościuszki
Elżbietę po raz pierwszy spotykam na przystanku Dworzec Główny (Dworcowa). Siedzi na parapecie w żółtym sztormiaku. Siadam obok. Patrzymy ślepo na jaskrawy napis ,,HOT”, wyrysowany na nóżce Trzonolinowca. W jednym z poziomych okien naklejka z wizerunkiem renifera. Jego czerwony nos świeci lekkim, czerwonym światłem. Wstaję. Sprawdzam godzinę na przystankowej plazmie, palcem szukam, który autobus zawiezie mnie pod Bibliotekę Uniwersytecką. Pomarańczowe diody na tablicy migają. Wracam, rozkładam szalik na parapecie, siadam.

-Linia A, Koszarowa Szpital, jedzie na most Grunwaldzki?- pytam.

-Nie.

Siedzimy w ciszy. Autobusy niskopodłogowe, szeleszcząc, spuszczają z opon powietrze. Ktoś otwiera drzwi do piekarni. Zapach mąki i zakwasu utleniający się wraz z powiewem wiatru.

-Bogusław Linda, ten od Świetlików, mieszkał w tym bloku – Elżbieta przerywa ciszę, kierując wzrok w stronę Trzonolinowca – W latach dziewięćdziesiątych, jak w teatrze wrocławskim pracował. Ciekawe straszydło, ciekawe. Na początku nie było tych filarów betonowych, same liny trzymały górę. W Gazecie Wrocławskiej pisali, że jak wiał wiatr, to się telepało wszystko. A strach jaki, droga Pani…- wyciąga w moją stronę papierośnicę z wizerunkiem węża owiniętego wokół nagiej kobiety. Mówię, że nie palę. – Za komuny budowali. Jak dziś pamiętam, jak mi pod kamienicą jeździły spycharki. Telewizja była! Bo to był sukces, jakby nie patrzeć, dla tych Ludowców, że w Polsce takie budynki się stawia. Że nowoczesne, Singapur, za przeproszeniem, droga ty moja… Matko, mogłyby mi takie spycharki pojeździć teraz pod oknem. Ile ja bym dała za okno takie, za mieszkanie to moje na Dąbrowskiego, tam pod trzydzieści dwa było to mieszkanie, zajęli je lata temu. Ale przychodzę tu pod kamienicę, bo co, kto zabroni powspominać? Cały Wrocław moim domem. Nie ma tego złego, co w życiu bezdomnego, Jurek mój świętej pamięci tak mówił! Koszarowa, nie jedzie Pani?

-Jadę, wesołych!

Świdnicka
24 grudnia na Świdnickiej cicho. Dwie dziewczyny w puchowych kurtkach w kolorze khaki pod Żabką, pijące kawę w papierowych kubkach, z czerwonymi od mrozu nosami. Mężczyzna w ciasno zawiązanym szaliku, z torebką prezentową na wino, w ręku. Policyjny patrol na skrzyżowaniu z Kazimierza Wielkiego. Syreny gdzieś od strony Podwala, w oknach ciepłe światło szklanych kloszy z Ikei. Na ławce przed Kebab King znajomy, żółty sztormiak.

-Dobry wieczór, dobrze wszystko u Pani?- moje pytanie, odbijające się od betonowych ścian budynków, wibruje w ciszy. Głowa Elżbiety zwisa luźno. Jedna ręka, fioletowa od mrozu, oparta na brzegu ławki. Cisza, przez którą co jakiś czas przebijają się dzwony kościołów wzywające na Pasterkę. Syreny.

Koszarowa
Elżbieta siedzi na zielonym krześle, pielęgniarka zaciska na jej przedramieniu ciśnieniomierz. Powoli pije wodę w plastikowym kubeczku z baniaka na końcu korytarza. Pomiędzy łykami wody mamrocze:

-Ile ja bym dała za te spycharki pod oknem, droga, na tego Dąbrowskiego. Ja bym oddała teraz od tak: te tytuły moje, tę papierośnicę, ten licencjat z ekonomii, tę miłość ś. p. Jurka bym dała nawet – broń mnie, Panie Boże, przed tym, co mówię. Ta bezdomność nie tyle jest zła na co dzień, co jest zła, jak Wigilia się zacznie. Bo na tej Świdnickiej – cicho, na Oławską skręcę – cicho, pod Renomę idę – cicho. Ta cisza w uszach aż świszczy. Sobie człowiek przypomina, że Wigilia dziś, i słabo się robi. A ośrodki różne pomocowe rozdają – tu barszcz, tu kapustę z grochem, tu kutię. Ale co ja głodna jestem, żeby tylko tę rybę po grecku dostać i ,,Zmiataj stąd”, za przeproszeniem Pani droga? Ja nie głodna nawet…

Karetka podjeżdża pod szpital. Na korytarzu, pod ścianami z zielonego linoleum, siedzą ludzie. Każdy z kubkiem wody, każdy na zielonym krześle, każdy z butami startymi od godzinnych spacerów po cichym mieście. Jakby postawić między krzesłami stół i położyć obrus, to prawie jak Wigilia. Melodia dobiegająca z windy prawie jak kolęda. Woda w kubkach – prawie jak kompot z suszu. Prawie Wigilia.


Autor: Miriam Olek

Zdjęcie: Instagram

Miriam Olek

Dużo spaceruję po Wrocławiu. Niepotrzebnie mówię obcym ,,dzień dobry". Idąc przez miasto w różowym golfie, z Molchat Doma na słuchawkach, czuję się, jakbym grała w rosyjskim kryminale. Mam złowrogą minę, ale zawsze ustąpię miejsce w tramwaju. Złota baba ze mnie, jednym słowem.

One thought on “Cicha Noc

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *