Słowa bez granic #3 – Nim wszystek zniknie – ostatnie polskie wsie

Piękne jeziora, dziewicza puszcza, barwne łąki i czyste powietrze. Takie obrazy zwykle kojarzymy z polską wsią. Sielanka niczym u Kochanowskiego, ale u Pajączkowskiej wygląda to inaczej.

Po pierwsze, im dalej zabrniemy na peryferia linii Curzona, tym bardziej wieś staje się zróżnicowana kulturowo, religijnie i etnicznie. Mało który rozmówca Pajączkowskiej zwracał na to uwagę. Kto by tu patrzył, czy sąsiad jest Polakiem, Niemcem, czy Rusinem? I tak wszyscy wszystkich znają, jak to na wsi bywa. Każdy z nich jest przecież człowiekiem, przeżył swoje i jeszcze żyć musi. Opowiadają o tym, gdy odwiedza ich pani z Wędrownego Zakładu Fotograficznego.

WZF to prosta idea, która pomaga odpowiedzieć na trudne pytanie o polską prowincję. Że bieda, zacofanie, bezrobocie lub praca na czarno – z tego każdy zainteresowany zdaje sobie sprawę. Lecz czemu tak jest? Przez całą książkę czułem, że Pajączkowska chce się tego dowiedzieć, nie pytając wprost.

Otrzymywała odpowiedzi i wskazówki, które zawsze były niejednoznaczne. Nie raz brzmiały prawdopodobnie, nie dwa wręcz zaskakująco. Wiele z nich było gorzkich jak zepsuty owoc z sadu, którym już nikt się nie zajmuje. Tylko niektóre miały w sobie słodycz i te przywoływały uśmiech na mojej twarzy. W myślach szedłem polnymi ścieżkami wsi, na której sam się wychowałem. Od każdej osoby, której historia została spisana na kartach książki, biło ciepło, przypominające, że trzeba przeć naprzód cokolwiek by się nie zdarzyło. Czytałem dalej.

Patrząc wstecz, mam wrażenie, że podświadomie przejmowałem życiową postawę rozmówców Pajączkowskiej, szczególnie tych starszych, pamiętających jeszcze wysiedlenia i wojnę. A to, w tamtych wsiach, przeżyli prawie wszyscy. Śledziłem ich wypowiedzi i myślałem, że powinny być odczytywane na lekcjach historii o Kresach Wschodnich, rzezi wołyńskiej i akcji „Wisła”. Po pierwsze, bo opowiadane z tak bezpośredniej perspektywy są dużo bardziej angażujące. Po drugie, dlatego że bez tych opowieści nigdy nie zrozumiemy w pełni, co kryje się za statystykami ofiar i zaginionych.

Czytając Wędrowny Zakład Fotograficzny, dowiemy się nie tylko kto i jak żyje przy granicy z Litwą, Rosją, Białorusią, Ukrainą czy nawet Niemcami na Dolnym Śląsku. Dzięki historiom rozmówców i własnej wyobraźni możemy odtworzyć, każdy dla siebie, jak wyglądało życie, gdy w tych miejscach nie przebiegały granice. Gdy nie było ani nas ani wielkich miast, przedsiębiorstw rolnych, Biedronek i Lewiatanów. Demokracji, trybu zdalnej pracy i zajęć. Telefonów z aparatem fotograficznym. Dowiemy się, że Kresy to nie tylko zarys granic zmienianych przez powojennych sygnatariuszy. To niezliczone życiorysy rozrzucone po obczyźnie. Tęsknota za domem. Za swoim. Nie za Polską, Ukrainą czy Niemcami – wielkimi ideami narodowymi. Po prostu za swoim domem.

Wędrowny Zakład Fotograficzny dla mnie był ni to próbą udokumentowania, ni to sposobem na odratowanie tego, co znika. Kojarzył mi się z Miastem Archipelag Filipa Springera. Pajączkowska wpadła na świetny i, gdy o tym pomyślę, prosty pomysł. Jednak jego oczywistość staje się zrozumiała dopiero, gdy odrzuci się typowe dziennikarskie myślenie. Jasne zasady, sformalizowane sposoby i taktyki. Należy zanegować dokumentalistyczny, niemalże archaiczny tryb myślenia o wsi i jej mieszkańcach. Dopiero po rezygnacji ze stereotypowego podejścia, Pajączkowskiej udało się napisać o odwiedzanych miejscach i ich mieszkańcach, nie jak o okazach minionej epoki, żywych skamielinach, ale jak o ludziach, którzy żyją w tych samych czasach co my. Chociaż żyją inaczej. O ile uboższe byłoby to dzieło, gdyby nie zawarte w nim ciepło, gorycz i słodycz ludzkiego życia. WZF jest pełen człowieczeństwa, humanizmu. Poleciłbym tę książkę osobie, która nigdy nie miała do czynienia z literaturą faktu. Dzięki tej narracji człowiek może zrozumieć człowieka. Opowieść Pajączkowskiej jest pełna wyrozumiałości, akceptacji i nadziei, które da się znaleźć nawet w najbardziej przygnębiających momentach lektury.

Czy ta książka to ostatni głos dawnej polskiej wsi? Czy to świadectwo jej mieszkańców? „To my. Tu byliśmy. To przeżyliśmy”. Zapamiętam głównie gesty, na które stać tylko osoby, które poznały gorzki smak głodu, biedy i wykluczenia. Nie wiem, czy to wieś jest ich pełna, czy to zasługa obiektywu Wędrownego Zakładu Fotograficznego. Wiem, że chciałbym się przekonać.

Czyste powietrze, barwne łąki, dziewicza puszcza i piękne jeziora. To tylko tło. Żeby dotrzeć do sedna trzeba wyjść z auta, zbliżyć się do człowieka i nie traktować go jak atrakcję. Na wzór autorki, bez uprzedzeń opowiadającej historie osób wykluczonych. Na przykład Walerii, a tak naprawdę Waltraut, która mimo iż przeżyła we wsi praktycznie całe swoje życie i mówiła po polsku, nadal, dla większości swych sąsiadów była „tą Niemką”. Niby nikim niezwykłym, a jednak ewenementem. Podróże Pajączkowskiej pokazują, jak trudno jest spojrzeć na drugiego człowieka bez kategoryzowania i oceniania. Warto przeczytać Wędrowny Zakład Fotograficzny. Nawet, jeśli nie mamy aparatu.


Autor: Mateusz Rabiega

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *