Ekstraklasa bez hamulców #1 – Bieg przez płotki po tytuł i raj (wkrótce) utracony

Ktoś mógłby stwierdzić, że ostatnia kolejka sezonu zasadniczego PKO Ekstraklasy była uboga w jakiekolwiek emocje. No bo jak to tak? Podział na grupy znany, żadnych rewolucji w tabeli nie uświadczymy. Zupełnie jak nie ta liga. Tak jakoś… za standardowo. Jednak choć wyniki faktycznie nie wstrząsnęły rzeczywistością, to dowiedzieliśmy się kilku naprawdę ciekawych rzeczy.

To żaden wstyd powiedzieć coś głupiego. Kto nigdy nie palnął czegoś bez zastanowienia w gronie znajomych czy nawet na forum publicznym, niech pierwszy rzuci kamień. Trener ŁKS-u Łódź Wojciech Stawowy po porażce 0:4 ze Śląskiem Wrocław stwierdził, że „realizowaliśmy plan do pierwszej straconej bramki”. Niby wszystko w porządku. Takie tłumaczenia słyszeliśmy wiele razy, niekiedy było to prawdą. Tylko że ŁKS, pierwszą w tym meczu bramkę stracił w… 4. minucie. Wychodzi na konferencję doświadczony trener, który przez prawie 30 lat szkoleniowej kariery z niejednego pieca jadł chleb, trenował setki zawodników i mówi, że jego zespół przez cztery minuty realizował plan na mecz. Nie jestem pewien, jaki był cel tej wypowiedzi. Czy trener Stawowy wyszedł z założenia: „nie powiem wam więcej niż widzieliście, to przynajmniej palnę coś takiego, żebyście mieli o czym pisać i się odwalili”? Czy może wyszło to pod wpływem emocji po kolejnej strasznej przegranej? Czy też on naprawdę sądził, że nie ma w tym nic złego i przejdzie bez echa jako zwykła wypowiedź po porażce? Jestem w stanie zrozumieć, że ma trudną sytuację. Dostał zespół z dna tabeli, bez większego potencjału kadrowego, i teraz lep ze szrotu drużynę, która się utrzyma. Ale tego, że trener z takim doświadczeniem, po 4 minutach meczu i jednym straconym golu, nie ma żadnego planu B, ani ogólnie pojęcia, co robić, tego nie rozumiem.

Gdy tuż przed wznowieniem treningów po przerwie koronawirusowej, zarząd ŁKS-u rozstał się z Kazimierzem Moskalem, uznałem to za bardzo dziwną decyzję. Wyrzucili człowieka, któremu deklarowali wsparcie wiele razy i to tuż przed powrotem na boisko. Można było się zatem spodziewać, że jego następca, Wojciech Stawowy, ma konkretny, dobrze zapowiadający się pomysł na wyciągnięcie zespołu z dna tabeli. Może i ma. Tylko na razie nie rozumiem go ani ja, ani kibice, co można wywnioskować, czytając komentarze, ani najwyraźniej piłkarze, bo tutaj gra mówi sama za siebie.

W minionej kolejce zawiodła Legia Warszawa. Piłkarze Aleksandara Vukovicia w meczu z Górnikiem Zabrze strzelali jak szaleni (29 strzałów), ale to było bardziej coś na zasadzie wystrzelania całego magazynka z kałasznikowa i to z zamkniętymi oczami. Przecież na tyle pocisków któryś musi trafić, prawda? No właśnie nieprawda, bo warszawianie nie strzelili gola. Za to Górnik jak najbardziej i to dwa razy. Efekt jest taki, że Legia wkracza w grupę z siedmiopunktową przewagą nad drugim Piastem Gliwice. Czyli dokładnie taką samą jak w zeszłym sezonie, który skończył się mistrzostwem. Dla Piasta. Internet od razu zalała fala memów przypominających ten fakt i wróżących powtórkę. Jednak, moim zdaniem, szansę na coś takiego są mniejsze niż rok temu. Legia jest po prostu silniejsza niż w poprzednim sezonie. Zdarzyła im się wpadka z Górnikiem, ale jako ogół są oni lepsi zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Już teraz strzelili więcej goli niż w całej poprzedniej kampanii. Zaliczają mniej wpadek i są dojrzalsi jako drużyna.

Oczywiście nie odbieram szans Piastowi. To jedna z dwóch drużyn, które w tym sezonie dwa razy wygrały z Legią w rundzie zasadniczej. Drugą jest Pogoń Szczecin, która również znajduje się w grupie mistrzowskiej, a z Legią zagra w ostatniej kolejce. Gliwiczanie mogą liczyć przede wszystkim na swoją defensywę, która, jak dotąd, jest najlepsza w lidze. Gorzej z przodu, bo w całej górnej ósemce tylko wspomniana Pogoń strzeliła mniej goli. To właśnie może Piastowi stanąć na drodze, ponieważ nieraz w tym sezonie Legia nawet jak traciła gole, to potrafiła strzelić tyle, że nie miało to znaczenia. Piast tak nie funkcjonuje. Niemniej jednak walka o tytuł mistrzowski nie jest rozstrzygnięta i nikt będący teraz za plecami Legii, nie złoży broni. Być może warszawianie zaorają wszystko już w 33. kolejce, gdy na własnym boisku zmierzą się z gliwiczanami. Ale jeśli podobnie jak dwa razy w rundzie zasadniczej, Waldemar Fornalik przechytrzy Aleksandara Vukovicia, zrobi się gorąco.

Drużyna kolejki – Górnik Zabrze

Mam świadomość, że Śląsk Wrocław wygrał z ŁKS-em 4:0. Ale z tak grającymi łodzianami, to oni, a także każdy inny zespół w lidze, mógłby wygrać spokojnie 7:0. Górnik miał poprzeczkę kilka pięter wyżej. Owszem, jak wcześniej wspominałem, ich zwycięstwo zawdzięczają temu że Legioniści celowali jak Adaś Miauczyński z „Dnia Świra” do kibla w pociągu. Ale jeżeli grasz z drużyną, która ma w zwyczaju kontrolować mecz i zasypywać rywala gradem z reguły celnych strzałów, to musisz sam być skuteczny. Górnik jak najbardziej był. Jesus Jimenez i Igor Angulo wiele razy zapewniali im zwycięstwo, a tym razem „zastrzelili” lidera tabeli. Do tego doszła dobra postawa bramkarza Martina Chudego, a także obrona, która może nie tyle co powstrzymywała Legię przed oddawaniem strzałów, a bardziej im to utrudniała. Zabrzanie nie stwarzali rywalom stuprocentowych sytuacji, a w kluczowych momentach po prostu ich zatrzymywali.

Najsłabsza drużyna kolejki – ŁKS Łódź

W meczu ze Śląskiem widzieliśmy ŁKS grający z pomysłem, dominujący nad rywalem, chcący podkreślić swoją przewagę. No a potem przyszła 4. minuta i skończyły się święta. WKS strzelał łodzianom gole w taki sposób, że można się było zastanawiać, czy obrońcy ŁKS-u to nie jacyś kibice w przebraniu. W końcu duet łódzkich stoperów tworzyli Maciej Dąbrowski, niegdyś bardzo solidny obrońca w barwach Pogoni Szczecin, który trafił do Legii Warszawa, oraz Jan Sobociński, człowiek który rok temu był podstawowym defensorem kadry u20, która zagrała na młodzieżowych mistrzostwach świata. Ale już nawet pomijając to, znów było widać, że obecny ŁKS nie ma absolutnie żadnych podstaw, aby móc myśleć o utrzymaniu. Napastnicy, którzy nie potrafią oddać celnego strzału na bramkę. Pomocnicy, którzy na tę ligę są po prostu za słabi. Obrońcy, którzy gwarantują takie same bezpieczeństwo jak Windows Defender. Ten biedny Arkadiusz Malarz, który choć jest bardzo dobrym bramkarzem, wiele razy ten zespół ratował, to sam nic nie wskóra. Do tego jeszcze trener Stawowy, który tą przygodą ewidentnie kończy swoją Ekstraklasową karierę trenerską na kolejne lata.

ŁKS Łódź potrzebuje cudu. Na 7 kolejek przed końcem, do bezpiecznej pozycji tracą 14 punktów. Jednak nawet cud musi mieć jakąś podstawę do tego, by się wydarzyć. Tych podstaw nie ma i nie będzie. Tak jak Zagłębie Sosnowiec w zeszłym sezonie pokazało, jak nie być beniaminkiem, tak ŁKS przypomniał, żebyśmy nie zapomnieli. Sosnowiczanie to przynajmniej grali otwarty futbol. Stracili przez to aż 80 goli, ale zdobyli 49, co, jak na ostatnią drużynę w tabeli, jest dobrym wynikiem. Tymczasem ŁKS obecnie nie gra ani ofensywnie, ani defensywnie. Futbol otwarcie nieskonkretyzowany.

Bohater kolejki – Christian Gytkjaer

Wybór był nie był taki oczywisty, bo choć Duńczyk ustrzelił hat-tricka, to Dino Stiglec i Erik Exposito ze Śląska (obaj po 2 asystach i golu) postawili trudne warunki. Jednak Gytkjaera należy docenić nie tylko za mecz z Koroną. Otóż przełamał on w tym sezonie barierę 20 strzelonych goli. To jest tylko jeden gol mniej, niż zdobyła… cała drużyna Korony Kielce. Aktualnie w klasyfikacji strzelców ma już 6 goli przewagi nad Jorge Felixem z Piasta i koronę króla niemal pewną. Kibice Lecha Poznań zapewne woleliby nie myśleć, co by było, gdyby Kolejorz nie miał takiego snajpera. Po prostu klasa sama w sobie.


Autor: Bartosz Królikowski

Zdjęcie: Instagram

Bartosz Królikowski

Jestem człowiekiem wspaniałego miasta Szczecin, studiującym we włościach wrocławskich. Dawno temu uzależniłem się od sportu, przede wszystkim od piłki nożnej, sportów walki oraz sportów zimowych. I nie, nie mam zamiaru iść na żaden odwyk. Zdecydowanie wolę zarażać innych swoją pasją, a rola dziennikarza sportowego idealnie się do tego nadaje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *