Koszykarska Porcelana #2: Jay Williams

Porcelanowy kubek, upadając na ziemię, tłucze się w drobny mak. Nawet gdy go skleimy, pozostaną ślady rozbicia. Jay Williams po wypadku nigdy nie był taki sam.

W pierwszej części cyklu poznaliście historię Tracy’ego McGrady’ego – świetnego koszykarza, którego stopniowo niszczyły kolejne urazy. Seria Koszykarskiej Porcelany nie będzie się opierać tylko na takich zawodnikach. Poznacie również wielu wartościowych zawodników, którzy byli zmuszeni do raptownego zakończenia kariery. Jeden błąd, jeden wypadek – wszystko może pokrzyżować marzenia.

Yamaha i słup

Późnym wieczorem 19 czerwca 2003 roku Jay Williams znalazł się na skrzyżowaniu ulic Belmont i Honore w Chicago. Rozgrywający Byków pędzi na swojej Yamasze R6. Maksymalna prędkość motoru przekracza nawet 280 km/h.

„Wiedziałem o zakazie, to był jeden z warunków w mojej umowie z klubem. Jechałem bez kasku i beztrosko pędziłem po ulicach Chicago.”

Williams miał inne plany. Niedawno zakończył swój pierwszy sezon w NBA. Został wyróżniony w Drugiej Drużynie Pierwszoroczniaków. Widział swoich kolegów z drużyny. W swojej biografii „Life is not an accident” opisuje perypetie kolegów ze składu. Na swoim przykładzie pokazuje, jak nowi gracze w Lidze próbują się przypodobać starszym kolegom, wpasować się do towarzystwa.

„Kochani małżonkowie całują swoje żony na pożegnanie, a po meczach imprezują wokół pań lekkich obyczajów po wciągnięciu kreski.”

Takie były realia życia Williamsa. W głowie widział tylko imprezy, alkohol i narkotyki. Ten Jay to inny człowiek. W Uniwersytecie Duke uchodził za zrównoważonego chłopaka, którego priorytetem była koszykówka.

Jay Williams 3
Williams w trykocie Duke, jednej z najlepszych drużyn Amerykańskiej koszykówki uniwersyteckiej.

Chicago po erze Michaela Jordana

Miasto Wiatrów czekał rozpad. Po ostatnim, szóstym mistrzostwie zdobytym w 1998 Jerry Krause rozpoczął przebudowę składu. Możecie już o tym wiedzieć chociażby dzięki serialowi The Last Dance, którego recenzję przeczytacie TUTAJ. Menadżer, który zasłynął ze świetnych wyborów w Drafcie, w końcu był „swoim” szefem i mógł podejmować najważniejsze decyzje. Drużyna od pamiętnego mistrzostwa ani razu nie zameldowała się w play-offach, dzięki czemu mogła wybierać najlepszych zawodników z uczelni. Tak więc w 2002 roku z drugim numerem Draftu Byki zasilił Jay Williams.

Pierwszy sezon nie należał do najwybitniejszych. Tylko 9 punktów można nazwać małym rozczarowaniem. Mimo to warto wspomnieć o jego sukcesach z lat uniwersyteckich. Jay zdobył mistrzostwo NCAA w 2001 roku, a w następnym sezonie został wybrany Zawodnikiem Roku. Był on triumfatorem większości nagród w tamtym roku. W Duke zdobywał średnio ponad 20 punktów. Chicago Bulls byli natomiast wciąż odbudowującą się drużyną. Brakowało tam lidera, zawodnicy byli młodzi i dopiero „raczkowali” po parkietach NBA. Tym liderem miał zostać w przyszłych latach Williams. To on dostał szafkę po samym Michaelu Jordanie. Sam rozgrywający mógł również spróbować sił na międzynarodowych boiskach podczas Mistrzostw Świata w 2002 roku. Zakończony sezon, mimo braku sukcesów, mógł napawać optymizmem na najbliższe lata – Bulls złapali siódmy numer w przyszłorocznym drafcie.

„Może kiedyś staniesz na nogi”

Wracamy do 19 czerwca. 21-latek nie jest w stanie wykręcić swojego motoru na zakręcie i uderza w lampę. Efekt to zerwane nerwy w nodze, uszkodzona miednica i przemieszczenie trzech więzadeł w kolanie. Williams potrzebował aż trzech miesięcy, żeby w ogóle stanąć na nogi. Rehabilitacja zmusiła go do przedwczesnego zakończenia sezonu i, jak się później okazało, kariery. Ledwo uszedł z życiem.

Włodarze Chicago Bulls nie byli zadowoleni ze złamanej obietnicy Williamsa. Mimo to pokazali się z dobrej strony i opłacili koszty leczenia i rehabilitacji – równe 3 mln dolarów. W Drafcie 2003 wybrali Kirka Hinricha, kolejnego rozgrywającego. To oznaczało jedno – organizacja rezygnuje z usług Jaya i niedługo później rozwiązuje z nim kontrakt.

We wcześniej przytaczanej biografii „Life is not an accident” były koszykarz wspomina o problemach z uzależnieniem, depresją i nieudanymi próbami samobójczymi. Po jednej z nich Williams postanowił spróbować jeszcze raz, tym razem w roli eksperta i komentatora koszykówki uniwersyteckiej. Tak też trafił do ESPN, gdzie pracuje do teraz.

Jay Williams
Większość zdjęć pochodzi z kariery uniwersyteckiej, gdzie Williams brylował.

„Otaczałem się pozytywnymi ludźmi, to oni pomogli mnie poskładać. Małymi kroczkami szedłem do przodu. Dzięki znajomościom odnalazłem drugie życie w ESPN.”


Autor: Filip Skiba
Zdjęcia: Instagram

Filip Skiba

Jestem fanem koszykówki i szeroko pojętego sportu. Spędzam nieprzespane noce na śledzeniu NBA. Najbliżej sercu jest mi Minnesota Timberwolves.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *