No, panowie, koniec imprezy, czas się rozejść! Podsumowanie sezonu PKO Ekstraklasy

Ten sezon wszyscy zapamiętamy na długo. Nie dlatego, że był emocjonujący, bo tego akurat, jeśli spojrzymy na całość, mieliśmy mniej niż zwykle. Był on długi, dziwny, inny niż wszystkie. Koronawirus zadziałał jak paralizator, a jego skutki będą odczuwalne jeszcze długo. Jednak, tak czy inaczej, kampania 2019/20, po ponad roku, dobiegła końca i nastał czas podsumowań.

Równo rok. Tyle dokładnie trwał sezon 2019/20. Zaczął się 19 lipca i skończył 19 lipca. Jakby tak na upartego szukać paradoksalnych podobieństw, to w pierwszej kolejce tej kampanii Legia Warszawa uległa u siebie 1:2 Pogoni Szczecin, a w ostatniej ta sama Legia przegrała na tym samym stadionie z tą samą Pogonią również 1:2. Ale taki czas trwania to tylko jedno z wielu dziwactw tego sezonu. Większość z nich wywołała oczywiście pandemia koronawirusa, która cały porządek świata wystrzeliła w kosmos. Ponad dwumiesięczna przerwa w rozgrywkach, bez możliwości normalnych treningów, była ogromnym wyzwaniem dla profesjonalnych sportowców. Podobnie zresztą jak powrót do gry przy pustych stadionach. Ogólnie cała ta sytuacja to jedno wielkie wyzwanie. Mam wrażenie, że najtrudniejsze dopiero nadchodzi. Wszyscy zastanawialiśmy się, jak piłkarze zaprezentują się po takiej przerwie, jak ich organizmy zareagują na taką destabilizację w treningach. Oceniając ogólnie, nie było tak źle. Kontuzje się zdarzały, ale nie w dużych liczbach. Boję się jednak, że z tym może być jak z trzęsieniem ziemi, które samo w sobie jest groźne, ale równie niebezpieczne są wstrząsy wtórne, które przychodzą potem. Następny sezon już za miesiąc, więc prawdziwy wpływ tej przerwy poznamy dopiero w kolejnej kampanii, gdy zmęczenie zacznie rzeczywiście narastać. Może ktoś wreszcie przekona prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, że wprowadzenie pięciu zmian w meczu to dobry pomysł, a jego argumentacja „za moich czasów to nie było potrzebne” jest śmieszna. No chyba że w latach 70’ i 80’ też była jakaś pandemia, o której po prostu świat zapomniał.

Dość jednak o koronawirusie. On jest wszakże istotną częścią minionego sezonu, ale nie najważniejszą. Najistotniejszy był oczywiście sam futbol i emocje z nim związane. Tutaj akurat doznaliśmy, nie chcę powiedzieć zawodu, ale na pewno mniejszego poziomu ekscytacji, niż wcześniej. Mistrza Polski znaliśmy na kilka kolejek przed końcem, podobnie jak wszystkich spadkowiczów i tak naprawdę w ostatnich 2-3 kolejkach jedyna walka, jaka była, to o miejsca na podium. To duża porażka systemu ESA 37 i podziału na grupy, które, póki co, zawsze gwarantowały emocje niemal do końca, a teraz jego zwolennicy utracili kluczowy argument. Choć zasadniczo to już nieistotne, bowiem kolejny sezon będzie powrotem do systemu 30 kolejek, bo inaczej nie dałoby się skończyć sezonu przed przeniesionymi na 2021 rok Mistrzostwami Europy. Natomiast rok później Ekstraklasa będzie powiększona do 18 zespołów i ESA 37 nie będzie już możliwa. Tak czy inaczej, podział na grupy – mistrzowską oraz spadkową – to już historia. Jedni zapamiętają ją lepiej, inni gorzej. Osobiście nie byłem jej przeciwnikiem. Miała minusy, choćby w postaci bardzo długiego sezonu i krótkiej letniej przerwy. Ale fakt faktem, że poza tym sezonem, liga była ciekawsza do samego końca. Jak natomiast w sezonie 2019/20 spisały się poszczególne zespoły?

  1. ŁKS Łódź – pomysł był, ale jak to wszystko p…

24 punkty, bilans bramkowy: 33-68

Szkoda mi kibiców ŁKS-u. Czekali 7 długich lat na powrót ich ukochanej drużyny do Ekstraklasy. Po całkowitej odbudowie od IV ligi, „Rycerze Wiosny” powrócili na najwyższy stopień ligowy i… skończyło się katastrofą. ŁKS wydawał się być klubem z pomysłem. Trener Kazimierz Moskal chciał, by jego zespół grał ładny dla oka futbol i nawet nieźle się to zaczęło. W pierwszych trzech kolejkach łodzianie urwali punkty Lechii Gdańsk, pokonali Cracovię oraz postawili trudne warunki Lechowi Poznań. Ale niestety, gdy wykonawców masz przeciętnych, to na dłuższą metę nie ma na co liczyć. ŁKS jeszcze w rundzie jesiennej miał w zespole dwóch liderów ofensywy – Daniego Ramireza oraz Piotra Pyrdoła. Zimą jednak sprzedał obu graczy (kolejno do Lecha i Legii), nie znajdując odpowiednich zastępców. Jeszcze z nimi w składzie ŁKS miewał serie porażek, z czego jedna sięgnęła 8 meczów! Defensywa popełniała błędy rodem z okręgówki i tylko świetny bramkarz, Arkadiusz Malarz, jakkolwiek ratował wizerunek ŁKS-u. Niestety, zarząd drużyny się pogubił. Zamiast wzmocnić kadrę, znacznie ją osłabił. Trenerowi Moskalowi zamiast dostarczyć broń, zabrał tę, która już była. Zresztą sam szkoleniowiec też za to zapłacił. Zwolniono go podczas przerwy na pandemię i to tuż przed wznowieniem treningów. Zastąpiono go Wojciechem Stawowym, którego w Ekstraklasie nie widziano od 6 lat, a jego dotychczasowe dokonania były… niezbyt imponujące, lekko mówiąc. Ten człowiek miał utrzymać ŁKS w lidze, a tymczasem na 11 meczów wygrał tylko 1, przegrywając aż 9. „Rycerze Wiosny” na wiosnę tylko pogorszyli swoją sytuację, dolewając benzyny do pożaru pod swoimi stopami. Tak się utrzymać nie da i dlatego po zaledwie jednym sezonie w elicie, ŁKS znów spada do 1. Ligi.

  1. Korona Kielce – jeśli rok w rok nadstawiasz głowę, to ktoś ci ją w końcu utnie

35 punktów, bilans bramkowy – 29:48

To bardzo zła rzecz cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia. Oczywiście, niezwykle współczuję kibicom Korony Kielce, ale myślę że oni sami w licznym gronie przyznają, że stało się to, co powinno było się stać dawno temu. Od kilku lat Korona była symbolem wszystkiego, co jest nie tak z tą ligą. Najpierw oddano tam niemal pełnię władzy nad zespołem Gino Lettieriemu, człowiekowi który przed Kielcami prowadził zespoły z niższych lig w Niemczech. Włoski trener miał trudny charakter, z zespołem było mu nie po drodze, a sama drużyna przechodziła rewolucję co okienko. Przez ostatnie trzy lata Koronę odwiedziło, bo tak to trzeba określić, kilkudziesięciu zawodników niemal z całego świata, z czego większość była totalnym szrotem, niewartym funta kłaków. Ludzie tacy jak: Uros Djuranović, Fabian Burdenski, Zlatko Janjić, Ognjen Gnjatić czy D’Sean Theobalds, to ludzie którzy nie nadawaliby się nawet do polskiej II Ligi. Prezes Krzysztof Zając, nawet po spadku, sprawia wrażenie kogoś, kto stracił kontakt z „bazą” dawno temu i kompletnie nie wie jak zarządzać klubem. Na dodatek ci właściciele z Niemiec, którzy po spadku postanowili sobie zniknąć, udając, że oni wcale nie mają klubu piłkarskiego. To wszystko to i tak tylko część problemów. W tym sezonie Korona w 37 meczach strzeliła zaledwie 29 goli, prezentując się skrajnie beznadziejnie. Nawet zatrudnienie Macieja Bartoszka, trenera, który z tym klubem zajął kiedyś cudem 5. miejsce w lidze, nie pomogło. Kielczanie od lat sumiennie pracowali na spadek i po prostu dostali to, na co zasłużyli jak nikt inny.

  1. Arka Gdynia – szli razem z Koroną i spłonęli w jednym ogniu

40 punktów, bilans bramkowy – 39:57

Kolejny klub, który się po prostu doigrał. Arka nie była może aż tak zepsuta na wszystkich polach jak Korona, ale daleko za nimi na tym polu nie byli. Tutaj przede wszystkim zarządzanie klubem leżało i kwiczało od dawna. Były już prezes Arki Gdynia – 22(!)-letni Dominik Midak okazał się być zdecydowanie za cienki  na coś takiego. Wyrzucanie pieniędzy w błoto, chaos organizacyjny, brak wizji zespołu, a na koniec ucieczka  w lutym tego roku, po zrobieniu bałaganu stulecia. Arka to od ponad dwóch lat bałagan jakich mało, a na boisku zawsze wypadną trupy z szaf zarządu. Gdynianie nie stawiali na młodych, ani też nie wywozili i wwozili do klubu wagonów anonimowych piłkarzy, Bóg jeden wie skąd (jak Korona), ani nie powierzyli klubu stabilnemu, solidnemu trenerowi. Byli po prostu… nijacy. Kadra zespołu składała się albo z zawodników z Polski, których inni nie chcieli, albo z obcokrajowców, którzy mieli sobą coś reprezentować, ale im nie wychodziło. Znakomity bramkarz Pavels Steinbors, jeden dobry pomocnik, Marko Vejinović, oraz solidny ligowiec w ataku, Maciej Jankowski, to za mało by zespół mógł się utrzymać, gdy reszta to niemal kompletna beznadzieja. Arkę żegnamy ozięble.

  1. Wisła Kraków – zespół niezatapialny

45 punktów, bilans bramkowy – 44:56

W ostatnich latach Biała Gwiazda to klub, który specjalizuje się w przetrwaniu kataklizmów. W poprzednim sezonie tylko cudem nie upadli z powodu braku pieniędzy. W tym omal nie zlecieli do 1. Ligi. Przed sezonem Wisła, owszem, wzmocniła swój zespół, ale głównie zawodnikami, których inni nie potrzebowali. Rafał Janicki miał za sobą słabiutki sezon na środku obrony Lecha Poznań. David Niepsuj grał głównie w rezerwach Pogoni Szczecin, przegrywając rywalizację na prawej obronie Portowców. Michał Mak siedział na ławce Lechii Gdańsk. Chuca przybył z rezerw Villarealu, a Jean Carlos z rezerw hiszpańskiej Granady. Tacy zawodnicy mieli swoje ograniczenia, co było jesienią widać. Wiśle przytrafiła się seria 10 porażek z rzędu, w tym aż 0:7 z Legią Warszawa. Z pracą pożegnał się trener Maciej Stolarczyk, a jego następca, Artur Skowronek, trafił w sam środek absolutnego bagna. Mimo to wypłynął. Wisła na wiosnę wzmocniła się zawodnikami, którzy faktycznie mieli jakość (Gieorgij Żukow, Alon Turgeman, czy Hebert), Jakuba Błaszczykowskiego nie prześladowały tak bardzo urazy, co poskutkowało bardzo dobrą postawą i utrzymaniem. Przed Wisłą raczej wciąż chude lata, ale jeśli uda jej się przynajmniej utrzymać obecną kadrę, następny sezon może być dla niej lepszy. Jedno jest pewne: jeśli wytrzymali ostatnie dwa lata, wytrzymają wszystko.

  1. Wisła Płock – definicja ligowego średniaka

51 punktów, bilans bramkowy – 45:54

Za Wisłą Płock sezon wzlotów i upadków, w którym tych drugich było po prostu więcej. Płocczanie mieli jesienią, konkretnie we wrześniu oraz październiku, dobrą serię, gdy na 8 meczów wygrali 7. Nawet przez chwilę byli liderem, ale szybko spadli z pierwszego miejsca, powracając do swej przeciętności. Wisła Płock to taki typowy średniak z piłkarzami trochę za dobrymi na spadek, ale zbyt słabymi na walkę o coś więcej. Mimo to był też w tym sezonie moment, gdy można było powiedzieć, że Nafciarze nie są w strefie spadkowej tylko dlatego, że inni są jeszcze słabsi. Następny sezon będzie dla nich sezonem prawdy, bowiem z klubu odchodzi Dominik Furman, środkowy pomocnik, który od lat był absolutnym liderem i ostoją zespołu. To on dawał kreatywność, świetne stałe fragmenty gry oraz liczby (w minionym sezonie 7 goli i 6 asyst). Dużo zależy od tego, kto przyjdzie latem do klubu. Jednak teraz tym bardziej nie zanosi się, by płocczanie mieli walczyć o coś więcej, niż miejsce w środku tabeli lub utrzymanie.

  1. Zagłębie Lubin – oręż ostry jak brzytwa, lecz pancerz mięciutki jak wełna

53 punkty, bilans bramkowy – 61:53

Trzeba przyznać, że na mecze Zagłębia w minionym sezonie patrzyło się często z przyjemnością. Ani jeden nie zakończył się wynikiem 0:0. Padały takie rezultaty jak 4:4 (dwa razy!) ze Śląskiem Wrocław i Lechią Gdańsk, 3:3 z Lechem Poznań, 5:0 z Wisłą Płock, czy 2:4 z Wisłą Kraków. Ofensywa działała tam z iście ułańską fantazją (16 goli Damjana Bohara, 10 Sasy Zivca, czy po 9 Bartosza Białka i Filipa Starzyńskiego). Jednak jeśli grasz taki rock n’roll (jak mawia Juergen Klopp) w ofensywie, upewnij się że twoja defensywa jest na tyle dobra, by cię odpowiednio ubezpieczać. Obrona Zagłębia nie była na to gotowa. Lubinianie często tracili punkty przez błędy z tyłu, o które przy takim stylu gry nie było trudno. Dawali mnóstwo emocji, ale sami przez to tracili, co kosztowało ich awans do górnej ósemki, który miał być przecież planem minimum. Sezon zatem mimo wszystko na minus, a Zagłębie przed następną kampanią będzie musiało solidnie zadbać o wzmocnienie defensywy, przy jednoczesnym utrzymaniu poziomu w ataku.

  1. Raków Częstochowa – jak być beniaminkiem

53 punkty, bilans bramkowy – 51:56

Częstochowianie udowodnili, że beniaminek Ekstraklasy nie musi po jednym sezonie spaść albo ledwo się uratować. Raków nie miał łatwo, bowiem oni tak naprawdę wszystkie mecze grali na wyjeździe. Stadion w Częstochowie nie spełniał  wymogów Ekstraklasy i na czas remontu piłkarze musieli „domowe” mecze rozgrywać w Bełchatowie. Mimo to podopieczni Marka Papszuna często pokazywali Ekstraklasie ciekawy futbol, który nie był defensywnym morderstwem na emocjach. Byli bezkompromisowi, bo na 37 meczów zremisowali tylko 5. Czy taka zasada – „wszystko albo nic” – jest opłacalna? Zależy, o co się walczy, ale w Rakowie doskonale wiedzieli, że celem jest utrzymanie, choć i tak do końca walczyli o awans do górnej ósemki. Awans, który by im się należał, bo mimo bycia beniaminkiem, potrafili prezentować się bardzo solidnie i faktycznie wnieść nieco kolorytu do ligi. Raków był tym, czym ŁKS być nie potrafił. Solidnym ligowcem, który największym potrafi ukraść cenne punkty. Na więcej raczej nie starczyło potencjału kadrowego, ale to był bardzo udany sezon dla Rakowa, który przy odrobinie szczęścia mógł się skończyć miejscem wyższym, niż 10.

  1. Górnik Zabrze – spokojny żywot zabrzańskiej ekipy

53 punkty, bilans bramkowy – 51:47

Górnik w tym sezonie spokojnie egzystował sobie w Ekstraklasie. Widmo spadku ani razu im w oczy nie zajrzało. Wizja walki o coś więcej niż środek tabeli też nie. Po raz kolejny polegali na golach duetu Jesus Jimenez – Igor Angulo. Ogólnie Górnik był sobie po prostu w tej lidze, nie wyróżniając się niczym szczególnym. Może tylko tym, że pierwszy mecz wyjazdowy wygrali dopiero w 27(!) kolejce. Faktem jest, że ich stadion był istnym piekłem dla rywali, a wywieźć z Zabrza punkty było niesamowicie trudno. Natomiast na wyjeździe przypominali nieco Artura Szpilkę z jego ostatnich walk. Przyjmowali wszystkie ciosy na głowę, nie bardzo potrafili oddać i kończyli znokautowani lub mocno poturbowani. Przy tak słabej grze wyjazdowej nie da się wejść do ligowej czołówki. Prawdziwy problem jednak dopiero przed nimi. Z klubu już na pewno odejdzie czołowy strzelec Igor Angulo, który od lat był dla zabrzan gwarantem goli. Zastąpienie go będzie prawdopodobnie największym dla Górnika wyzwaniem od lat.

  1. Jagiellonia Białystok – miała być wielka rocznica, a jest wielki zawód

52 pkt, bilans bramkowy – 48:51

W tym roku białostoczanie obchodzą 100-lecie klubu i na pewno mieli spore ambicje, aby ten piękny jubileusz uczcić sukcesem w lidze. Może nie od razu mistrzostwem, ale miejscem na podium jak najbardziej. Niestety dla kibiców Jagi ten sezon to rozczarowanie. Jagiellonia niby cały czas kręciła się wokół czołówki, ale gdy przychodziły mecze z najsilniejszymi rywalami, to z reguły przegrywali. Co było tego przyczyną? Niestabilność formy, problemy w defensywie, sprzedaż zimą najlepszego napastnika Patryka Klimali. Ogólnie to nie był dobry rok jeśli chodzi o transfery dla białostoczan. Najdroższy transfer w historii klubu, napastnik Ognjen Mudrinski okazał się niewypałem stulecia. Jakov Puljić nie dał zespołowi tyle, ile potrafił Klimala. Bramkarz Krsevan Santini okazał się nieśmiesznym żartem. Zasadniczo tylko obrońca Bogdan Tiru oraz skrzydłowy z Czech Tomas Prikryl prezentowali przyzwoity poziom wśród nowych. To wszystko w ostatecznym rozrachunku wystarczyło tylko na ósme miejsce.

  1. Cracovia – to się powinno było skończyć lepiej

53 pkt, bilans bramkowy – 49:40

Przez długi czas zapowiadało się, że to może być ich sezon. Jesienią Cracovia prezentowała się bardzo dobrze, niejednokrotnie będąc na podium, pokazując ciekawy futbol. Można było mieć zastrzeżenia do ich sposobu budowania zespołu, wszakże zdarzały się mecze, gdy w wyjściowej jedenastce był tylko jeden Polak, wymagany młodzieżowiec. Ale byli skuteczni. Wiosną natomiast wszystko się popsuło. Przyszła seria sześciu porażek z rzędu, a po niej krakowianie nie potrafili ustabilizować formy na wysokim poziomie. Udało im się uratować ten sezon dzięki pierwszemu w historii triumfowi w Pucharze Polski. Jednak ich ostateczna pozycja w lidze to spore rozczarowanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę świetną wiosnę.

  1. Pogoń Szczecin – brak transferów = brak wyników = ogromne rozczarowanie

54 pkt, bilans bramkowy – 37:39

Runda jesienna w wykonaniu Pogoni była wspaniała. Portowcy wielokrotnie kończyli kolejkę jako liderzy. Nie strzelali wielu goli, ale znakomicie bronili, dzięki czemu całą rundę ukończyli na trzecim miejscu z niewielką stratą do lidera. Przy odrobinie szczęścia mogli zimować na szczycie tabeli. Jednak wiosna zmieniła ten piękny sen w koszmar. Zimą Pogoń sprzedała do USA swojego absolutnie kluczowego zawodnika, napastnika Adama Buksę. Co więcej, włodarze Pogoni nie sprowadzili odpowiedniego następcy. Szczecinianie już z nim mieli problemy ze zdobywaniem goli, a bez niego wszystko się posypało. Wiosną indolencja Pogoni w ofensywie wręcz porażała. Wiele meczów kończyli na 0 z przodu. Nawet gdy byli lepsi od rywali, nie potrafili wykończyć akcji. Od lutego wygrali tylko 4 mecze, zaprzepaszczając cały dorobek wypracowany jesienią. Pogoń na awans do europejskich pucharów czeka już nieco, jak Liverpool czekał na mistrzostwo kraju. Co prawda Portowcy oczekują 19 lat, a LFC czekało 30. Jednak apetyty są ogromne, tyle że zarząd Pogoni w kluczowych momentach sprzedaje najważniejszych zawodników i zawsze potem czegoś brakuje. „The Reds” doczekali się TEGO sezonu. Pogoń jeszcze nie, choć była blisko jak nigdy. Może w następnym sezonie, choć łatwiej im na pewno nie będzie.

  1. Śląsk Wrocław – powrót ze świata martwych

54 punkty, bilans bramkowy – 51:46

W sezonie 2018/19 Śląsk był o krok od kompletniej katastrofy, jaką byłby spadek do 1. Ligi. Wrocławianom ledwo udało się utrzymać i przed kampanią 2019/20 mało kto miał powody do jakiegokolwiek optymizmu. Okazało się jednak, że trener Vitezslav Lavicka potrafi wyciągać z piłkarzy więcej niż teoretycznie powinien. Udane transfery (Przemysław Płacheta, Matus Putnocky, Israel Puerto, Dino Stiglec) tylko pomogły w odbudowie. Śląsk nie grał pięknie, ale świetnie punktował, głównie dzięki bardzo solidnej defensywie. Po przerwie spowodowanej koronawirusem Śląsk prezentował się znacznie mniej pewnie niż przed nią. WKS wygrał tylko 2 spotkania, z ŁKS-em i Cracovią, przez co zabrakło im punktów, by skończyć sezon na podium. Jednak w klubie nikt nie ma złudzeń. Szklanka jest w połowie pełna. Głównym celem była awans do górnej ósemki, tymczasem Śląsk prawie do końca walczył o europejskie puchary. Trener Lavicka zrobił jak wybitny chirurg. Przynieśli mu pacjenta na skraju śmierci, a on postawił go na nogi i uczynił silniejszym, niż wcześniej. Ze Śląska zdążył już po sezonie odejść kluczowy zawodnik ofensywy Przemysław Płacheta, co uszczupliło i tak nieco wąską kadrę WKS-u. Dlatego właśnie letnie okienko transferowe będzie niezwykle istotne dla Śląska, jeśli chcą oni powtórzyć tak udany sezon.

  1. Lechia Gdańsk – dobrze, ale nie dość dobrze

56 punktów, bilans bramkowy 48:50

Czwarte miejsce to nie jest zły wynik. Nawet więcej, to jest bardzo dobry wynik, który akurat w tym roku nie dał europejskich pucharów z uwagi na to, że Cracovia wygrała Puchar Polski. W finale pokonali zresztą właśnie Lechię. Ale gdańszczanie po trzecim miejscu w sezonie 2018/19 chcieli zrobić kolejny krok do przodu, a tymczasem zatrzymali się w miejscu, zaliczając bardziej regres niż progres. Ich gra była ciekawsza wizualnie, niż rok wcześniej, ale zaczęli tracić przez to punkty. Sam trener Piotr Stokowiec przyznał w wywiadzie, że bardziej ofensywny styl kosztował ich niejeden punkt. Czwarte miejsce zawdzięczają głównie dobrym występom w grupie mistrzowskiej, ale w trakcie całego sezonu za wiele punktów potracili ze słabszymi zespołami, aby odnieść sukces końcowy. Mogli uratować sezon Pucharem Polski, lecz polegli w finale. To nie był dla nich zły rok, ani dobry. Był po prostu rozczarowujący.

  1. Piast Gliwice – znów to zrobili

61 punktów, bilans bramkowy 41:32

Piastowi nie udało się obronić tytułu mistrzowskiego, ale w Gliwicach doskonale wiedzieli, że to będzie misja trudniejsza nawet od jego zdobycia. Mimo to jednak Piast znów zajął miejsce na podium i, szczerze mówiąc, nie traktowałbym tego jak niespodziankę. Zespół Waldemara Fornalika rozgościł się na dobre w topie ligi i niech ich wysokie miejsce nikogo już nie dziwi. Piastowi w tym sezonie zdecydowanie zabrakło mocy w ofensywie, aby powtórzyć ubiegłoroczny sukces. Ledwie 41 bramek to jeden z najgorszych wyników w całej lidze i nawet najlepsza defensywa w kraju nie zdołała tego w pełni zrekompensować. Jednak biorąc pod uwagę różnicę w wielkości składu, budżecie czy ilości kibiców, między Piastem, a choćby Legią czy Lechem, kolejny sezon w absolutnej czołówce budzi olbrzymi respekt i w Gliwicach zapewne nikt nie zamierza wybrzydzać.

  1. Lech Poznań – młodości ty nad poziomy wylatuj

66 punktów, bilans bramkowy – 70:35

W Poznaniu przed sezonem mało kto robił sobie większe nadzieje. To miał być sezon przejściowy dla Lecha. Skład został odmłodzony i wielu spodziewało się, że może się skończyć to 7-8 miejscem w lidze. Tymczasem ta młodzież w połączeniu z kilkoma doświadczonymi zawodnikami wykonała kapitalną robotę. Kamil Jóźwiak, Jakub Moder, Tymoteusz Puchacz, Jakub Kamiński. Oni wszyscy zaprezentowali znakomitą formę, przede wszystkim w ofensywie. Połączenie ich z absolutnym superstrzelcem, Duńczykiem Christianem Gytkjaerem (24 gole i korona króla strzelców) dało Lechowi najlepszą ofensywę w lidze (ex aequo z Legią Warszawa) i wicemistrzostwo. Lech zaliczał więcej wpadek od Legii, dlatego nie walczył do samego końca o tytuł. Ale oni zyskali coś więcej. Zyskali zawodników, na których mogą budować przyszłość, albo chociaż zarobić ogromne pieniądze, za które zbudują przyszłość. Co prawda staną teraz przed wyzwaniem zastąpienia Christiana Gytkjaera, który odszedł już do Włoch, ale jeśli im się to uda, w nadchodzącym sezonie będą bardzo poważnym kandydatem do mistrzostwa.

  1. Legia Warszawa – obowiązek wreszcie spełniony

Po ubiegłosezonowej utracie mistrzowskiego tytułu, wokół Legii narosło wiele obaw. Aleksandar Vuković znalazł się pod ostrzałem pytań, czy aby na pewno jest właściwym człowiekiem na stanowisku trenera. Jednak tym razem właściciel Legii Dariusz Mioduski trzymał się swojego planu, ufał Serbowi i wierzył w niego, a ten spłacił ten kredyt zaufania w świetnym stylu. Jesienią Legia miała różne momenty. Trzymali się w czołówce, ale pozycję lidera objęli dopiero na sam koniec rundy. Zimą sprzedali do USA Jarosława Niezgodę, ale potrafili zminimalizować negatywne skutki jego odejścia. Legia miała zdecydowanie największy potencjał kadrowy, przede wszystkim w ofensywie, a trener Vuković potrafił to wykorzystać. Warszawianie zapewnili sobie ten tytuł na kilka kolejek przed końcem, dzięki czemu w końcówce mogli dać szansę młodym zawodnikom. Oni na ten tytuł po prostu zasłużyli.

Oni awansowali do Ekstraklasy z I Ligi:

Stal Mielec – Podkarpacie czekało 24 lata na powrót Ekstraklasy do tego województwa i wreszcie się dokonało. Mielczanie długo walczyli o ten awans, zdarzały im się głupie wpadki, ale ostatecznie misja została wykonana. Zasłużony dla polskiej piłki klub (mistrz Polski 1973 i 1976) powraca do elity, a nasza redakcyjna koleżanka Karolina Augustyn, może być dumna ze swojego ekstraklasowego Podkarpacia.

Podbeskidzie Bielsko Biała – kolejny wielki powrót do Ekstraklasy, tym razem po czterech latach. W sezonie 2015/16 padli oni ofiarą systemu ESA 37, gdy prawie awansowali do górnej ósemki, a potem przez obowiązujące wówczas odjęcie połowy punktów po podziale na grupy z hukiem spadli z ligi. Od tamtego czasu bezskutecznie próbowali wrócić do elity i w tym sezonie, pod wodzą utalentowanego trenera Krzysztofa Brede nareszcie im się udało.

Miedź Legnica/Radomiak Radom/Termalika Nieciecza/Warta Poznań – baraże rozstrzygną, która z tych drużyn będzie trzecim beniaminkiem Ekstraklasy

Piłkarz sezonu:

Christian Gytkjaer – klasa sama w sobie. Tylko w Ekstraklasie strzelił 24 gole, dystansując resztę stawki w walce o koronę króla strzelców. Bez niego Lech Poznań nie miałby szans na wicemistrzostwo. Duńczyk zawsze wiedział, gdzie znaleźć się w polu karnym, pokazując smykałkę do strzelania goli. Aż szkoda, że taki zawodnik odchodzi do Włoch, ale tak czy inaczej, oglądanie tak skutecznych napastników zawsze sprawia przyjemność.

Trener Sezonu:

Aleksandar Vuković – serbski szkoleniowiec dał swoim krytykom najlepszą odpowiedź z możliwych. Vuković uczynił Legię zespołem, który faktycznie zasłużył na tytuł, a nie wziął dlatego, że inni byli zbyt słabi. Potrafił wykorzystać potencjał ofensywny zespołu, czyniąc atak Legii najlepszym w lidze (ex aequo z Lechem Poznań). Do tego pod jego skrzydłami rozwinęły się talenty Jarosława Niezgody, Radosława Majeckiego, czy przede wszystkim Michała Karbownika. Chapeau bas, Panie Vuković.

Jedenastka sezonu:

Stipica (Pogoń) – Vesović (Legia), Jędrzejczyk (Legia), Czerwiński (Piast), Karbownik (Legia) – Kamil Jóźwiak (Lech), Tiba (Lech), Gwilia (Legia), Felix (Piast), Bohar (Zagłębie) – Gytkjaer (Lech)

Rezerwowi:

Kuciak (Lechia), Alan Czerwiński (Zagłębie), Zech (Pogoń), Wszołek (Legia), Moder (Lech), Jimenez (Górnik), Płacheta (Śląsk), Białek (Zagłębie)


Autor: Bartosz Królikowski

Zdjęcie: Instagram

 

Bartosz Królikowski

Jestem człowiekiem wspaniałego miasta Szczecin, studiującym we włościach wrocławskich. Dawno temu uzależniłem się od sportu, przede wszystkim od piłki nożnej, sportów walki oraz sportów zimowych. I nie, nie mam zamiaru iść na żaden odwyk. Zdecydowanie wolę zarażać innych swoją pasją, a rola dziennikarza sportowego idealnie się do tego nadaje

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *