Love, Death + Robots – recenzja drugiego sezonu serialu

Antologia animacji Love, Death + Robots miała swoją premierę dwa lata temu na platformie streamingowej Netflix. Serial ukazywał 18 różnych historii, każda była wykonana w inny sposób, w innym studiu na całym świecie. Inspirowana filmem Heavy Metal z 1981 roku produkcja, wniosła prawdziwy powiew świeżości na Netflixie. Była odważna, niebanalna, estetyczna, krwawa i wciągająca. W maju tego roku ukazał się drugi, znacznie krótszy (o aż 10 odcinków), sezon antologii. Czy powiedzenie „liczy się jakość, a nie ilość” sprawdziło się w tym przypadku? 

Pierwszy sezon Love, Death + Robots nie był idealny. Pośród licznych odcinków, które jakościowo dorównują o wiele większym produkcjom (np. odcinek The Witness lub Beyond the Aquilla Rift) pojawiały się także słabsze historie, które nie dorównywały innym fabułą lub animacją. Tu właśnie można wskazać duży plus antologii, składających się z wielu opowieści – jeśli tych dobrych historii jest więcej, widz nie zwróci tak dużej uwagi na te gorsze. Niestety drugi sezon omawianej produkcji nie może skorzystać z tej zalety. Składa się on z jedynie 8 odcinków, więc trudniej twórcom było zakamuflować słabsze odcinki.

 

 

Problem nie leży w animacji

 

Animacja drugiego Love, Death + Robots dalej utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. Do niej nie można się przyczepić. Każdy odcinek wygląda inaczej (nawet te, utrzymane w realistycznym stylu), jak na prawdziwą antologię przystało. Właśnie jednym z moich ulubionych aspektów tej produkcji jest jej różnorodność. W jednym odcinku widzimy kosmiczne podróże, w innym zamrożony ocean odległej planety, a w jeszcze innym steampunkowy świat, utrzymany w stylistyce anime.

Drugi sezon wyróżnia się od pierwszego na pewno stosunkiem pomiędzy odcinkami w animacji realistycznej, a tymi bardziej abstrakcyjnymi – 50/50. Pojawia się w nim odcinek, kreowany na animację stop motion, co szczególnie do niego pasuje, ponieważ opowiada historię o prezentach i Świętym Mikołaju. Mamy także dwie animacje, bardzo przypominające kreskę komiksową (w przypadku Love, Death + Robots to właśnie takie odcinki są moimi ulubionymi) i oczywiście nie mogło zabraknąć odcinka, wyglądającego jak bajka dla dzieci, który jest bardzo nie dla dzieci.

Twórcom Loce, Death + Robots idealnie udaje się wykorzystać animację do wzmocnienia historii, które próbują ukazać. Już sam wygląd odcinka, to jak wyglądają bohaterowie i świat, który ich otacza, przekazuje bardzo dużo i buduje niezwykły klimat. Chyba najlepszym tego przykładem jest drugi odcinek – Ice. Widzimy w nim mroczny, brudny świat przyszłości, kiedy większość ludzi posiada zmodyfikowane elektronicznie ciała. Odcinek jest bardzo mroczny i utrzymany w zimnych barwach. Kiedy jednak pojawią się inne, jaskrawe kolory, zaczyna się prawdziwe show. Finał tego odcinka jest według mnie po prostu wizualnym arcydziełem i mogę go oglądać w nieskończoność. Bardzo dobre wykorzystanie animacji realistycznej można także zauważyć w odcinku Pop Squad, opowiadający o przyszłości, w której ludzie dla nieśmiertelności, porzucili empatię i szacunek dla drugiej osoby. Część odcinka ma miejsce w pięknych apartamentach i na balkonach zadbanych wieżowców. Druga połowa jest pod chmurami, kiedy widzimy dolne części wieżowców i ludzi, którzy tam żyją. Samo wykorzystanie pięter budynku, jako kontrastu pomiędzy zamożnymi a ubogimi jest czymś godnym uwagi.

 

Zmiana tonu

 

Pierwszy sezon była bardzo mocny. Było w nim dużo akcji, komedii i horroru. W drugim sezonie twórcy zdecydowali się pójść w drugą stronę i stworzyć odcinki o nieco mniejszym napięciu. Nie wpłynęło to niestety najlepiej na nowe historie. Wiele z nich po prostu się dłuży. Brakuje w nich emocji, które odczuwało się dwa lata temu podczas oglądania Love, Death + Robots. Drugi sezon jest o wiele bardziej melancholijny. Nawet odcinki, które wydawałyby się na mocniejsze, takie jak Snow in the Desert czy Life Hutch niczym nie przypominały tego, do czego byliśmy już przyzwyczajeni. Akcja rozwijała się bardzo powoli i gdy dochodziło do jej kulminacji, widz może być już za bardzo znudzony, by jakkolwiek się nią przejąć.

Jedyne odcinki, do których pasuje taka zmiana tonu to Pop Squad, który skupia się bardziej na emocjach bohaterów i ich przeżyciach, a nie na zawodzie, który wykonują oraz The Drowned Giant – na pewno najspokojniejsza historia, ale za to jedna z najlepszych, o sensie życia, człowieczeństwie i przemijaniu. Niestety poza nimi, reszta serii znacznie straciła na tej zmianie. Z przesyconego emocjami serialu, Loce, Death + Robots stał się melancholijną i nudniejszą wersją samego siebie.

Domyślam się, że gdy gdyby drugi sezon nie był aż tak krótki, byłby o wiele lepszy. Tak, jak w pierwszym sezonie, te gorsze odcinki byłby po prostu przyćmione przez pozostałe i w pamięci zapadłyby nam tylko historie typu IcePop Squad The Drowned Giant. Netflix ogłosił już, że trzeci sezon antologii powstanie, więc zostaje nam tylko liczyć, że twórcy powrócą do tępa pierwszego sezonu lub wymyślą zmianę, która przyniesie więcej plusów swojej produkcji.


Autor: Damian Frątczak

Damian Frątczak

Zajmuję się głównie działem kultury. Kocham filmy, szczególnie horrory (nawet te kiczowate i tanie z 2003), ale także interesuję się muzyką i ogólnie popkulturą. Od dziecka jestem fanem simsów, filmów Guillermo del Toro i twarzy Nicholasa Cage'a.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi