#cancelcultureisoverparty — a przynajmniej powinna być

Pamiętacie zajęcia z historii w gimnazjum lub liceum?  Uczyliśmy się wtedy o ostracyzmie. Wiecie, głosowaniu praktykowanym w starożytnej Grecji? Podczas niego wolni obywatele wyskrobywali na glinianych naczyniach imię osoby, która ich zdaniem zasługiwała za wygnanie z miasta. Ach, ci starożytni. Jak dobrze, że te czasy bezpowrotnie minęły… Choć właściwie, niezupełnie minęły. Pewne praktyki pozostały. Noszą dziś, co prawda, inną nazwę, bardziej angielską. Ale cancel culture, czyli dzisiejsza forma internetowego ostracyzmu, wciąż nie jest okej. Oto dlaczego.

Czym dokładniej jest cancel culture? To trudno przetłumaczalne na język polski zjawisko oznacza praktykę publicznego bojkotowania określonych osób lub grup. Reakcja ta stanowi odpowiedź na jakieś społecznie nieakceptowalne zachowanie bądź kontrowersyjny pogląd; z reguły odnosi się do osób publicznych i celebrytów. Opiera się na wspólnych, przyjętych w danej grupie społecznej normach i wartościach, których złamanie grozi wykluczeniem z danych kręgów społecznych i zawodowych — głównie w internecie, ale nie tylko. W języku polskim nie istnieje konkretny odpowiednik cancel culture; można jednak mówić o „kulturze anulowania/unieważniania” tudzież „kulturze wywoływania” (od ang. call out —konfrontowania kogoś z jego problematycznymi zachowaniami). Tego rodzaju akcja może nieść ze sobą ogromne konsekwencje i zbudować wokół strony „unieważnianej” konkretną narrację opartą na pojedynczym zdarzeniu, nakręcając tym samym spiralę hejtu.

***

Zacznijmy jednak od początku — i tym razem nie mam na myśli starożytnej Grecji. Gdzie sięgają początki cancel culture? Według niektórych, wymyślona ona została przez Boga wyganiającego z raju Adama i Ewę. Jednak  w większości uważa się, że — jak wiele nieprzyjemnych zjawisk na tym łez padole — cancel culture wzięła się od misoginistycznego, seksistowskiego żartu. Jest to jednak o tyle ciekawe, że obecnie „anulowanie kogoś” bardzo często związane jest właśnie z zachowaniem seksistowskim czy misoginistycznym. Pierwsza znana wzmianka o „odwoływaniu” ludzi pojawiła się w kultowym filmie Mario van Peeblesa, „New Jack City”, z 1991 roku. W jednej scenie szef gangu, Nino Brown, grany przez Wesley’a Snipesa, rzuca swoją dziewczynę, protestującą przeciwko jego sposobowi na życie, ze słowami „cancel that b*tch, I’ll buy another”. Być może fraza ta nie zrobiłaby tak zawrotnej kariery, gdyby nie to, że przechwycili ją raperzy. W 2005 r. słowa filmowego gangstera wykorzystał w swoim utworze „Hustler’s Ambition” 50 Cent, a pięć lat później nawiązał do nich także Lil Wayne w utworze „I’m Single”. Wówczas fraza ta na stale zagościła w slangowych słownikach. Znany dziś hashtag nawołujący do bojkotu i „anulowania” pojawił się w 2014 roku na Twitterze. To właśnie tam program „The Colbert Report” podzielił się „żartem”, uznanym w niektórych kręgach za rasistowski względem Azjatów. Aktywistka Suey Park odpowiedziała na niego wpisem opatrzonym hashtagiem #CancelColbert — ostatecznie jednak to ona została „anulowana”. Jak to bywa z internetem — co się w nim pojawia, już nie znika. Zjawisko cancel culture nie jest wyjątkiem — wręcz, niczym śnieżna kula, z roku na rok zyskiwało na popularności. Zainteresowanie tym hasłem w internecie, według danych Google Trends, w 2018 i 2019 roku były coraz wyższe — a szczyt osiągnęło w wakacje zeszłego roku. Chyba wszyscy chcieliśmy coś wtedy anulować — najlepiej cały ten rok. Albo nas.

Czemu „kultura anulowania” jest zła?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy oddzielić od siebie dwie kwestie. Jedna, to pociąganie do odpowiedzialności tych, którzy na to bezapelacyjnie zasługują. Nie twierdzę więc, że zjawiskiem złym jest bojkotowanie przestępców, porzucanie marek, które przyczyniają się permanentnie do szerzenia nienawiści i zła. W tym kontekście mowa jest o absolutnym przekreśleniu kogoś ze względu na jakiś jeden nieprzemyślany krok czy odmienną opinię. O gwałtownym i nieprzemyślanym rzuceniu się w wir nagonki na daną osobę z uwagi na post na Facebooku napisany w 2003 roku. O szale tweetów i hashtagów; absolutnym wykluczeniu kogoś bez dania mu szansy na wyjaśnienie motywacji swoich zachowań. I bez szans na zmianę.

Droga bez powrotu

Zmiana. To ona powinna być najważniejsza. W założeniu chodzi bowiem o wypunktowanie czyichś problematycznych zachowań tak, by osoba poczuła się do odpowiedzialności za nie. By zrozumiała swój błąd. W rzeczywistości jednak, obecna forma „kultury anulowania” nie daje szansy na przemianę. Zakłada niemalże nieodwołalne wykluczenie ze skutkiem natychmiastowym i brakiem gwarancji możliwości powrotu. Nie oferuje paliwa napędowego do poprawy ani możliwości „odpokutowania” swoich przewinień. Anulujący nie zadają pytań, nie tłumaczą, nie słuchają. Jak walczyć z wykluczeniem, samemu wykluczając? Nie zakładając, że ktoś może być lepszym człowiekiem, żałującym za błąd przeszłości? Co gorsza, osoba na takim „wygnaniu”, może nie chcieć nawet próbować wracać. Może czuć, że nie ma już czego szukać z miejsca, które odrzuciło ją za jeden zły krok. I pójdzie w inne miejsca — gdzie będzie zaakceptowana i przyjęta. A to mogą być złe, ciemne miejsca, pełne przyzwolenia na obraźliwe, nienawistne przekonania i poglądy. A przecież nie to jest celem.

To co jest celem?

W teorii — wywarcie presji, która zmusi kogoś do poniesienia konsekwencji problematycznych akcji. W praktyce pobudki często są znacznie niższe. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie lubi czuć się lepszy i mądrzejszy niż inni. Komu samopoczucia nie poprawia fakt, że okazał się bardziej oczytany, uświadomiony, poprawny i obyty w świecie. Problem ze zjawiskiem cancel culture jest taki, że zaczynają dominować tego rodzaju przesłanki. Wytykamy więc palcem czyjeś potknięcia z nadzieją, że przyćmi to nasze własne. Często rodzi się to z pragnienia kontroli i poczucia sprawczości — to my zdecydujemy o czyimś losie i reputacji. Tworzymy ze zjawiska broń, która może być przez nas wykorzystana dla własnych, osobistych celów i korzyści. Okazać się więc może, że nasze „anulowanie” kogoś za jakieś jego działania wcale nie jest desperacką próbą zwrócenia mu uwagi na problem i poszukiwania pomocy a, na przykład, zemstą. W którą wciąga się innych.

W kupie siła

To jeden z podstawowych problemów tego masowego zjawiska — zakłada ono bezmyślne podążanie za grupą. Oczywiście, nie chodzi tu o sytuację, w której bardzo jasne jest, że pewna norma społeczna została rażąco i trwale naruszona, wobec czego podążanie za „resztą” jest słuszne i uzasadnione. Cancel culture promuje bezkrytyczne poddanie się fali internetowego hejtu skierowanego wobec celebryty, który wyraził kontrowersyjną opinię czy stanowisko. Pragnienie poczucia przynależności do grupy potrafi być tak silne, że nawet nie zgadzając się z powodem „anulowania”, często dajemy się wciągnąć w taką akcję. Brakuje tu miejsca na krytyczne myślenie, na podjęcie samodzielnej decyzji — cancel culture opiera się na gwałtownych, silnych emocjach, wyrażanych ramię w ramię z równie rozgniewaną społecznością. Nie ma tu przestrzeni na wyciągnięcie własnych wniosków, na zbalansowanie narracji tłumu argumentem drugiej strony. Lub też, w ogóle — na zapoznanie się z takim argumentem.

Przykładem może być sytuacja z 2017 roku. Wówczas Rebecca Tuvel, profesor filozofii Rhodes College w Memphis  została „anulowana” za artykuł poświęcony zjawisku zwanym transracialism. Występuje ono wtedy, gdy osoba identyfikuje się z tożsamością rasową inną niż ta, w ramach której się urodziła. Cztery lata temu głośno stało się o nim za sprawą Rachel Dolezal, białą kobietą, która deklarowała identyfikację rasową osoby czarnoskórej. Tuvel, niczym adwokat diabła, tłumacząc zjawisko przywołała argumenty używane w kontekście transpłciowości. To praktyka częsta u filozofów — prowokacyjne zestawienie sposobu rozumowania typowego dla jednej sytuacji z sytuacją inną i sprawdzenie, czy występują pewne logiczne niespójności. Tuvel w artykule nie opowiedziała się przeciwko transpłciowości; nie pochwaliła też tranracializmu. Chciała jedynie ukazać, że podobne argumenty, którymi jest podparta kwestia transpłciowości, mogą znaleźć swoje uzasadnienie dla transracializmu, który odbieramy jednak zgoła inaczej. Artykuł spotkał się z falą krytyki. W otwartym liście, podpisanym przez setki ludzi, pojawił się apel o wycofanie artykułu z czasopisma, w którym się ukazało. Tak też się stało. Jednak treść listu nie odzwierciedlała zawartości artykułu Tuvel — zamiast tego stosowała mylące skróty myślowe i przeinaczenia. Zdaje się, że jego sygnatariusze nie zapoznali się z całością publikacji, którą krytykowali — a jedynie z prowokacyjnym wycinkiem wyrwanym z kontekstu. (więcej o tej sprawie można przeczytać tu)

Bo kontekst jest ważny

Zbyt często o nim zapominamy. Nie chodzi, oczywiście, o to, by wybaczać nienawistne poglądy, mówiąc, że to „dawno i nieprawda”, że na pewno w kontekście brzmi lepiej. Zazwyczaj nie brzmi. Chodzi — tylko i aż — o pewną wrażliwość na drugą osobę. Na otoczenie, w którym wzrastała, wzorce, które miała. Na to, co ją ukształtowało i sprawiło, że postrzega świat tak, jak postrzega — bo skąd miałaby wziąć inną percepcję? Postarajmy się usłyszeć, zrozumieć, zamiast „anulować”. Może dany komentarz czy zachowanie nie jest wyrazem uprzedzeń czy fobii, a jedynie niezrozumienia dla zjawisk, których ktoś nie rozumie. Bo nic o nich nie wie. A nie dowie się, jeśli zostanie wytknięty palcem i skazany na wygnanie. Najwięcej, ile może z tej sytuacji wyciągnąć, to, że lepiej jest trzymać buzię na kłódkę. I, prawda, czasem już to zapewnia nam wewnętrzny spokój. Ale niczego nie naprawia.

Zamykanie ust

Wykluczanie kogoś z uwagi na różnicę zdań i poglądów nie sprawi, że ta osoba faktycznie zmieni zdanie. Po prostu nauczy się go nie wypowiadać — albo wypowiadać w środowiskach, które je podzielają. To zamyka nas w bańkach, w zamkniętych słoikach, w których prędzej czy później brakuje powietrza. Cancel culture marginalizuje wszelkie opinie inne niż nasze własne; zamiast stworzyć przestrzeń do ich

skonfrontowania i przedyskutowania, daje pole do krzyku i trzaskania drzwiami. Zwycięzcą debaty, sporu o „prawdę” czyni tego, kto zdobył więcej lajków i retweetów. Albo wymyślił fajniejszy hashtag. Nasze wypowiedzi stają się podszyte niepewnością i strachem przed „anulowaniem”. Podporządkowujemy się, płyniemy z nurtem — lub boimy się odezwać zupełnie. Cancel culture stało się narzędziem do karania i zawstydzania, a nie przedstawiania krytyki —mówił o tym i Barack Obama, i Donald Trump. A skoro oni się zgadzają, to znaczy, że sprawa jest poważna.

A jest.

Bardziej niż nam się wydaje. Bo cancel culture funkcjonuje nie tylko w odniesieniu do celebrytów w odmętach internetu, a także w naszej codziennej przestrzeni. Tak naprawdę, „anulujemy” na porządku dziennym. Naszego sąsiada, który — jak podejrzewamy — głosował na inną opcję polityczną. Kolegę, który źle sformułował myśl na delikatny temat. Ciotkę, który kilka lat temu powiedziała coś głupiego przy kolacji. Koleżankę, która nie miała nigdy styczności ze społecznością LGBT+ i nie wie jeszcze, jak się zachować. Znajomego, który pierwszy raz widzi osobę w hijabie. Osobę o innym kolorze skóry. Niebinarną. Kogoś, czyje uwarunkowania rozwoju w świecie były inne i nasze — stąd inne zdolności odnalezienia się w przestrzeni. Wprowadziliśmy „kulturę unieważniania” do naszego życia, tłumacząc tym samym skreślanie ludzi za jakiś błąd czy pogubienie. Robimy to, bo zależy nam na ich wewnętrznej przemianie? Czy może po prostu łatwiej jest nam poczuć się lepiej i odsunąć kogoś, zrzucając winę na „problematyczne zachowanie”?


Więc mamy nie anulować?

Powinniśmy szukać lepszych rozwiązań pociągania kogoś do konsekwencji, opartych na konstruktywnej krytyce. Takiej, które będzie wskazywać to, co niewłaściwe, dając ścieżkę „odkupienia”. Uczmy odpowiedzialności — ale budującej, ludzkiej. Przy pełnym zrozumieniu, że popełniamy błędy, że wymaganie poprawności w każdym momencie jest niemożliwe. To jak wiecznie oddalająca się linia mety, do której nigdy nie dobiegniemy. Nie da się zawsze i w każdej sytuacji wydobyć z siebie tylko najwłaściwszych, najmądrzejszych słów. Nie oznacza to, że mamy się nie starać i nie wymagać tego od innych — ale zastanówmy się, jakie są nasze motywacje. I co jest celem.

Gdy w zeszłym roku ukazał się trailer filmu „Sonic. Szybki jak błyskawica” (ang. „Sonic the Hedgehog”), internet zapłonął. Nie żartuję. Masa ludzi zaczęła krytykować wygląd tytułowego bohatera, bojkotując powstającą produkcję jeszcze przed premierą. I, co prawda to prawda, pierwotny Sonic wyglądał nieco dziwacznie — ale fala sprzeciwu była nieproporcjonalnie wręcz wielka. Studio Paramount Pictures zdecydowało się przesunąć datę wejścia filmu na ekrany, a ekipa od efektów wizualnych zaprojektowała jeża na nowo. Okazało się to być fantastycznym krokiem — premierowy weekend był rekordowy zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Kanadzie, a twórcy zarobili setki milionów. Ale zdarzenie ukazało coraz większy wpływ internetowych mas na decyzje wielkich marek, a także — co może być już niebezpieczne — łatwość, z jaką przychodzi nam skreślenie czegoś na podstawie kilku sekund trailera. Lub innej drobnej sprawy.

Media społecznościowe — co nie powinno być szokujące— raczej nie służą efektywnej komunikacji. Zamiast tego, zdają się dawać pełne przyzwolenie na wykluczenie kogoś z powodu różnicy poglądów lub opinii. Polaryzują, pogłębiają podziały i tworzą mury nie do zburzenia w 280 znakach tweeta. Każą nam kierować się podstawowym instynktem, potrzebą przynależności do określonej, hermetycznej i zamkniętej społeczności osób podzielających nasz obraz świata. Na pozór nie ma w tym nic złego — przynależność do grupy daje nam poczucie bezpieczeństwa, współuczestnictwa i wspólnoty. Jednocześnie jednak sprawia, że z łatwością przychodzi nam wykluczenie drugiej osoby, która nie pasuje do wzorca i norm naszej zbiorowości. Wystarczy jeden „niewłaściwy” komentarz, niepopularna opinia na jakiś temat, kontrowersyjne stanowisko, aby ktoś został przekreślony i skazany na wygnanie. Jeśli przenosimy ten sposób funkcjonowania do świata rzeczywistego, tworzymy przestrzeń, która zakłada brak możliwości poprawy. A także w której nieposiadanie opinii i milczenie jest najbezpieczniejszym sposobem na przeżycie.

Więc może następnym razem, zanim kogoś „anulujemy” zastanówmy się, czy robimy to, by poniósł on odpowiedzialność, czy dla własnej satysfakcji. Czy dajemy mu możliwość i zasoby skonfrontowania się z problematycznym zachowaniem i naprawieniem go, czy jedynie chcemy go wykreślić i wykluczyć. Nie chodzi o przyzwalanie na krzywdzące, niesprawiedliwe i nieuzasadnione poglądy ani obronę przemocy czy hejtu. Nie chodzi o tę — tak przez niektórych znienawidzoną — poprawność polityczną. Chodzi o człowieka. O to, czy akceptujemy występujące między nami różnice i popełniane przez niego błędy. Czy chcemy uczestniczyć w kulturze masowego ataku w obronie „prawdy”. Która zawsze zdaje się być bardziej „nasza” niż „ich”. A może wcale nie jest. Może my też nie jesteśmy aż tak fantastyczni, jak zdaje nam się w momentach wytykania kogoś innego palcami.

Jest takie powiedzenie, pochodzące od Nawahów, rdzennego plemienia Ameryki Północnej — kiedy wskazujesz na kogoś palcem, trzy pozostałe pokazują na Ciebie.

Może więc to, co powinno być „cancelled” to właśnie ta nieszczęsna kultura. 

 

Polecam świetną książkę poświeconą temu zjawisk pt. #WstydźSię! (So You’ve Been Publicly Shamed) Jona Ronsona a także dwa ciekawe artykuły: The Long and Tortured History of Cancel Culture i Is cancel culture effective


Autor: Barbara Balicka

Zdjęcia: istockphoto.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi