Kulturalne myślenie bez błędów językowych

Nie ego jest na piedestale, wręcz przeciwnie. My, dziennikarze, jesteśmy od tego, żeby słuchać ludzi. Od tego, żeby zrozumieć świat, starać się być pomiędzy – mówi redaktor Grzegorz Chojnowski, anglista i polonista. Z szefem tematycznego cyfrowego Radia Wrocław Kultura rozmawia Karolina Augustyn.

Karolina Augustyn: Pracował Pan w telewizji, gazecie, wciąż współtworzy Pan magazyn EMOCJE, ale najdłużej działa Pan w radiu. Co ono w sobie ma takiego, że zatrzymało na wiele lat?

Redaktor Grzegorz Chojnowski: Będę mówił w tym wywiadzie szczerze. Od początku widziałem siebie w telewizji, to medium było właśnie moim „pierwszym strzałem”. Kiedy byłem na pierwszym roku studiów, wygrałem konkurs na prezentera rzeszowskiego oddziału TVP, prowadziłem tamtejsze Aktualności. Z biegiem czasu zrezygnowałem z programu informacyjnego, chciałem spróbować czegoś więcej. Cały czas widząc siebie zdecydowanie bardziej w telewizji, niż w radiu. Mało słuchałem radia. Jestem zatem w telewizji szósty, siódmy rok, prowadzę teleturniej, ale taki z zacięciem felietonowym, emitowany co tydzień w TVP3, we wszystkich regionalnych oddziałach. Wygłaszałem w nim jakieś młodzieńcze komentarze, które dotyczyły spraw społecznych, kulturalnych i politycznych. W tym, co powiedziałem, było coś, co się nie spodobało wyżej. Zostałem więc zwolniony. Z dnia na dzień. Doszedłem do wniosku, że czas coś w życiu zmienić. Wróciłem z Rzeszowa do Wrocławia, w którym wcześniej studiowałem anglistykę. I właśnie tutaj zapukałem do radia. Okazało się, że zostałem na już ponad 15 lat…

Pana praca pokazuje, że można skutecznie łączyć pasję do radia i teatru, co na pozór wydaje się być trudne, to zupełnie dwa różne kanały komunikacji, które mają odmienne drogi przekazywania emocji. Jakie widzi Pan punkty wspólne między tymi dwiema dziedzinami?

Użyła Pani tego kluczowego słowa: „emocje”. One są najważniejsze w pracy dziennikarskiej, ale też w artystycznej. Dawanie ludziom emocji i przeżywanie ich. W radiu raczej komentujemy, zapowiadamy, informujemy, więc one nie są na tym samym poziomie, co w teatrze, ale zawsze powinny być. Nasze treści muszą je nieść, nie mogą być letnie. Sama rozmowa z drugim człowiekiem jest tym, na czym opiera się dobry dramat, czyli na dialogu. Sporo jest takich punktów styku.

Dziś w radiu mamy również obraz, w Radiu Wrocław Kultura cztery kamery robią automatyczne zbliżenia, na mówiących. Teraz rozmawiamy w czasie pandemii, teatr przeniósł się do Internetu, i uważam, że to wcale nie jest takie złe. Niektórzy twierdzą, że to „lizanie cukierka przez papierek”. Ja myślę, że jest w tym coś więcej, jest smak. Edward Stachura śpiewał o tym, że życie to nie teatr, Shakespeare przeciwnie, umieszczał nas na scenie teatru życia. Właśnie do niego możemy porównać świat. Dziś robimy go w nawet domu, łączymy się przez komunikatory. Również dla siebie jesteśmy aktorami, często nie przyznając się do swoich wad, odrobinę naginając rzeczywistość do swojego punktu widzenia.

Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach
To jest gra!

Edward Stachura, Życie to nie Teatr

Świetny profesor od performatyki i teatru, profesor Dariusz Kosiński z Uniwersytetu Jagiellońskiego, komentuje nie tylko teatr, ale też ulicę, uliczne wydarzenia. Po katastrofie smoleńskiej wyszła książka, w której opisał ten cały teatr posmoleński. Wszystko jest teatrem, radio również.

Pański blog niezaprzeczalnie pokazuje, że kocha Pan kulturę, myślał Pan kiedyś, by współtworzyć ją od środka? Występować na deskach teatru, tworzyć muzykę?

 Były takie marzenia. Nawet przez jakiś czas myślałem, żeby spróbować swoich sił i zdawać do szkoły aktorskiej. To były dosyć enigmatyczne plany. Właściwie dobrze się stało, że tego nie zrobiłem. Teraz, kiedy mam kontakt z artystami i aktorami, wiem, że to jest taki kawałek chleba, w którym chyba bym się nie odnalazł. Czekanie na rolę, nie wiadomo jaką rolę, niepewność, raczej się w tym nie widzę.

Później miałem marzenia, żeby być wziętym dramatopisarzem, trochę pisałem jako młody człowiek. Koniec końców wydaje mi się, że życie nas dobrze kieruje. Zostałem dziennikarzem i dzisiaj, po latach, myślę, że to najlepszy zawód, jaki mógłbym wykonywać. Również w związku z moim charakterem, osobowością i, już dzisiaj, z doświadczeniem.

To jakie cechy osobowości najlepiej „grają” w zawodzie dziennikarza?

Umiejętność słuchania, a nie ekspresja. Nie ego jest na piedestale, wręcz przeciwnie. My, dziennikarze, jesteśmy od tego, żeby słuchać ludzi. Od tego, żeby zrozumieć świat, starać się być pomiędzy. Pomiędzy odbiorcą a artystą. I żeby spojrzeć na różne aspekty problemów z dystansu. Nie chłodnego, lecz zaangażowanego, ale jednak ten dystans jest wartością konieczną w zawodzie.

Dziś z bólem oglądam niektóre stacje telewizyjne, na przykład Telewizję Polską, która była kiedyś moją telewizją. A teraz? To nie jest dziennikarstwo, w większości, to jednostronne przedstawianie świata. Ale ten proceder zaczął się w XIX wieku w Stanach Zjednoczonych. Dziennikarstwo polegało na popieraniu różnych opcji politycznych, swoistym lobbingu, dopiero po czasie zauważono, że ludzie nie chcą propagandy, potrzebują obiektywnego oglądu świata.

Na zajęciach pokazuję studentom film Outfoxed, który – na przykładzie Fox News – opowiada o tym, jak łatwo można manipulować opinią publiczną. Poprzez dźwięk, efekty, treść, dobór gości. Mamy do dyspozycji cały wachlarz metod manipulacji, których można używać. Nie chciałbym powiedzieć, że wszyscy dziennikarze to robią, ale media tak. Chciałbym, żebyśmy doczekali się polskiego BBC. Zresztą przez jakiś czas mieliśmy już w polskich mediach, w telewizji, pewną normalność.

Co daje Panu pisanie bloga? Czy to bardziej potrzeba podzielenia się opinią, wpływania na gusta odbiorców, czy właśnie potrzeba literackiego spełnienia się?

Literackie spełnianie się w tym przypadku nie jest przyczyną. Niestety, nie mam teraz czasu na bloga, nad czym ubolewam. I ja, i niektórzy ludzie, którzy na moich ocenach polegali.

Kiedyś pisałem o książkach, zarzuciłem to. Za dużo czytam, żeby komentować każdą pozycję. Poza tym wydaje mi się, że recenzji książkowych jest na rynku bardzo dużo, teatralnych mniej. Przeniosłem się więc do teatru. W momencie, kiedy nie było już zamówień na felietony i recenzje na antenę radiową, zacząłem pisać tylko o teatrze. Staram się komentować życie teatralne na Dolnym Śląsku. Teraz robię to jako hobby, więc muszę znaleźć na to czas.

Zdarza się, że czuję powinność, że muszę coś napisać, jeżeli spektakl był świetny, a nikt tego nie zauważył, lub odwrotnie, kiedy widzę pochwalne opinie, a mam odmienne zdanie. Przedstawiam swój punkt widzenia. Niektórzy to kupują, inni nie. Ale zwykle mam dobre reakcje.

Zdarzyło się Panu mocno namieszać na teatralnym podwórku?

Na szczęście nie jestem jedyny, ta odpowiedzialność nie jest wielka, są też inne recenzje. Każdy może sobie wyrobić własne zdanie, do czego zawsze zachęcam. Właśnie do tego, żeby zobaczyć i odebrać sztukę po swojemu. Nie zaprzeczam, zdarza się, że coś mnie wkurzy. Coś, co nie jest zauważane przez innych. Ale i ja mogę się mylić.

Doświadczenie teatralne ma to do siebie, że jest jednorazowe, chwilowe. Raz wchodzimy w spektakl w całości, innym razem nie. Z różnych powodów, także z własnej winy, mając gorszy dzień, będąc zmęczonym. Wtedy jakiś sceniczny słowotok może nas nie zabrać w ten świat, w jaki twórcy chcieliby nas zabrać. A czasami, paradoksalnie, spektakl mało atrakcyjny wizualnie, jest tak wciągający, że nas pochłonie w całości, ogarnie.

Był w Teatrze Polskim we Wrocławiu spektakl Kronos, Krzysztofa Garbaczewskiego. Kompletnie zjechany przez krytyków i publiczność. Ja zobaczyłem w tej sztuce coś wartościowego. Oczywiście napisałem o tym. Za jakiś czas dostałem maila od pewnego widza, który zaufał mojej opinii i poszedł na spektakl. Jego zdaniem był okropny, twierdził, że już nigdy mi nie uwierzy. Ja będę jednak tego spektaklu bronił.

Podobnie było też z Kotliną, przedstawieniem we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, według powieści Olgi Tokarczuk. Ten spektakl jest, generalnie, odbierany źle albo przeciętnie. Wiem, że autorka również za nim nie przepada. A ja uważam, że w aurę tego przedstawienia da się wejść, nawet z korzyścią dla siebie.

Raz też napisał do mnie producent kręconego we Wrocławiu serialu, który skrytykowałem. Powiedział, że nie mam racji, że to jest przecież świetne dzieło. Różnimy się w opiniach, na szczęście. Krzysztof Zanussi powiedział, że o gustach się nie dyskutuje, owszem, ale pod warunkiem, że się ma gust.

Jakie sztuki teatralne najchętniej Pan ogląda? Teatr współczesny, klasyczny, spektakle taneczne?

Nie mam ulubionego nurtu w teatrze. Z ciekawością przychodzę na każdy spektakl, absolutnie bez żadnych uprzedzeń. Niektórzy moi koledzy uprzedzili się do Teatru Polskiego po niesławnej zmianie dyrekcji. Ja przychodziłem na spektakle, z pewną rezerwą, sytuacja była trudna, również ludzka. Bo to, co zdarzyło się w Teatrze Polskim we Wrocławiu było dramatem nie tylko kultury, ale też ludzi. Natomiast przychodziłem z ciekawością, uważam, że zawsze trzeba dawać szansę.

Na każdy spektakl jadę z otwartą głową i z zainteresowaniem. Na kolejnego Shakespeare’a, kolejnego Mistrza i Małgorzatę, jadę z wielką chęcią. Teatr to właśnie interpretacja, nawet klasycznego tekstu. Czy to jest awangarda, pantomima, teatr muzyczny, tradycyjny, nie ma dla mnie znaczenia. Mam ogromną radość, zawsze, w doświadczaniu teatru.

Sztuka teatralna, która pozostawiła u Pana najwięcej przemyśleń to…?

Dużo tego było. Wydaje mi się, że sztuka, która zostawia refleksje na całe życie, wpływa na osobowość, to ta, której doświadczamy jako młodzi ludzie. Dziś trudno mnie zaskoczyć jakąś olśniewającą, nowatorską myślą. Na przykład, mniej mnie dzisiaj zajmuje literatura piękna, nie znajduję pisarza, wśród żyjących, który powaliłby mnie czymś nowym. Właściwie wszystko już było. A w teatrze czy w sztukach audiowizualnych znajduję nowe pomysły, inne podejścia do świata.

Nie podam tytułów sztuk z tamtych czasów. Teatr powstaje w kontekście czasu i przestrzeni, dziś jest zupełnie inny język. Bardzo zdolny dramaturg i reżyser, Michał Kmiecik, po śmierci Jerzego Jarockiego, napisał słynny felieton Nie płakałem po Jarockim, wiem, że dziś by go nie napisał. Młodzi ludzie, oglądając stare spektakle wielkich mistrzów, Jerzego Jarockiego, Adama Hanuszkiewicza, mawiają, że to jakieś dziwadło. Można tak też odbierać aktorstwo, choćby Humphreya Bogarta, Zbigniewa Cybulskiego, nawet Bogusława Lindy z lat dziewięćdziesiątych. Ono się zestarzało, dziś – grając taką techniką – pewnie nie znaleźliby miejsca w teatrze czy filmie. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że wtedy to było nowoczesne granie.

Sztuka i teatr, z którymi stykamy się jako młodzi ludzie, bardzo mocno nas kształtuje. Od tego wiele zależy, to spora odpowiedzialność artystów, żeby odpowiedzieć na zew pokolenia. Zwykle tak się dzieje, każde pokolenie ma swój teatr, swoich artystów, autorów. Tak samo było ze mną. Pierwsze doświadczenie teatralne, które odnajduję w pamięci to baśń, Krzesiwo, w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie. Przypuszczam, że to było zwykłe przedstawienie. Jego aura zadziałała jednak już na dziecko.

Później była jakaś zwyczajna pastorałka Leona Schillera, też w teatrze w Rzeszowie. Pamiętam te obrazy do dziś. Z pewnością to nie było wybitne przedstawienie. Jednak odczułem coś w tym teatrze, co wciągnęło mnie na dłużej. Właściwie na zawsze…

W czasach pandemii media, zwłaszcza te stricte związane z kulturą, mają misję przypominania o jej istnieniu. Jak my, odbiorcy, możemy pomóc wrocławskiemu światu artystycznemu, żeby w całej okazałości dotrwał do „normalnych czasów”?

Faktycznie, to nie jest łatwa sytuacja dla mediów kulturalnych. Niewiele się dzieje, niewiele nowych rzeczy powstaje. Ale powoli i one zaczynają się pojawiać, w Legnicy odbyła się internetowo premiera Nowego Dekameronu, czyli spektaklu, zrealizowanego w formie filmowej przez artystów Teatru Modrzejewskiej. Z kolei Krzysztof Garbaczewski robi teatr VR-owy, aktorzy są w mieszkaniach, ich awatary grają w pewnej przestrzeni. Teatr, który powstaje teraz, odpowiada na wyzwania obecnego świata. Świata, w którym nie można pójść do normalnego teatru, czy próbować w tradycyjny sposób.

Czas pandemii i zamknięcie instytucji to trudny okres dla mediów, musimy mówić o czymś bardziej uniwersalnie, nie o konkretnych tytułach. Radzimy sobie, są przecież ludzie kultury, którzy różnie przeżywają ten czas. Ostatnio rozmawiałem z Marcinem Januszkiewiczem, zwycięzcą Przeglądu Piosenki Aktorskiej sprzed 3 lat. Marcin kontynuuje swoje plany artystyczne, premiera nowego koncertu miała się odbyć w marcu, z wiadomych przyczyn do tego nie doszło. Dla chleba zatrudnił się jako kurier, od rana do wieczora pracuje, roznosząc i zbierając przesyłki. Mamy o czym rozmawiać, mamy z kim. To właśnie rozmowy są solą zawodu dziennikarza. Na szczęście nam ich nie brakuje.

Czy jako odbiorcy możemy pomóc? Oczywiście! Po prostu bądźmy z artystami w kontakcie, utrzymujmy więź. W ten sposób możemy sprawić, że poczują, że są potrzebni, że tęsknimy za bezpośrednim spotkaniem. Za pójściem do teatru, kina, za wieczorem literackim, wizytą w muzeum, w galerii.

Na szczęście galerie sztuki się otwierają, chociaż jest to pewna niesprawiedliwość i niekonsekwencja. Dlaczego galerie, a nie teatry, oczywiście w jakimś reżimie sanitarnym, chociażby po to, by aktorzy próbowali nowe sztuki. To jest dla nich ważne, żeby być cały czas w akcji, nie zasiedzieć się. W tej chwili to ogromne wyzwanie dla artystów. My, dziennikarze, jesteśmy aktywni, oni nie grają, mają martwy okres.

Redaktor Grzegorz Chojnowski z Urszulą Dudziak na Wrocławskich Targach Dobrych Książek

Tworzy Pan wraz z Panią Magdą Piekarską, niesamowity duet, który o kulturze Dolnego Śląska (i nie tylko) wie chyba wszystko. Wspominał Pan wcześniej, że ciężko Pana zaskoczyć. Więc jak to jest, coś Państwa jeszcze zaskakuje?

Jak się ma prawie 50 lat, to rzeczywiście trudno dać się zaskoczyć. Motywy się powtarzają, ale podejście do tematu bywa czasem innowacyjne. Można nas zaskoczyć formą, nie tym, co się mówi, a w jaki sposób.

Jeśli mamy w Teatrze Muzycznym Capitol Mistrza i Małgorzatę, to jest to dość tradycyjne przedstawienie, które myślowo nie zaskakuje, ale wprowadza we wspaniały świat, zostawiając bardzo dobre wrażenia. A jeśli oglądamy Mistrza i Małgorzatę, w reżyserii Janusza Opryńskiego, w teatrze w Opolu, mamy zupełnie inną wizję tej samej historii. Odartą z humoru, mroczną. To zupełnie odmienne podejście do tekstu. Nie mówię, że znakomite, jednak Bułhakow chciał, by ta historia skrzyła się od dowcipu. Trudno wyrugować humor z takiej opowieści, robiąc to, traci się pewien smak. Ale z drugiej strony, wydobywa się inny.

Podsumowując, tak, absolutnie można nas zaskoczyć. Właśnie tym „jak”, mniej tym „co”. Chociaż, może jeszcze się zdarzy jakieś cudowne olśnienie.

Jaki jest klucz do rozpoczęcia drogi do ukształtowania swojego gustu artystycznego/ wrażliwości na piękno? Czy Pan urodził się z darem współodczuwania, krytycznego patrzenia na dzieła sztuki? Czy jakieś procesy pozwoliły wykształcić się takim umiejętnościom?

Oczywiście, to był proces. Zaczyna się od prostych rzeczy, jak w rozwoju człowieka. Dzieci zachwycają się czymś, co później wydaje się być prostą rzeczą. Z czasem szukamy bardziej skomplikowanych przedmiotów, tematów i doświadczeń. Coś, co wprawia nas w zachwyt, okazuje się przeciętnością. W ten sposób kształtujemy swój gust. Weryfikując, dekonstruując, jak sofiści, jak ich krytyk Platon. Pytając o rację, prawdę, drążąc.

Musimy mieć gotowość i chęć, żeby to robić. Są ludzie, którzy czytają jedną książkę rocznie, nie mają szansy na zbudowanie gustu, skoro nie mają porównania. Potrzebna jest otwartość, właśnie po to, żeby poznać coś dobrego. Zatrzymując się na gładkim Johannie Straussie będziemy mieli przyjemność, ze słuchania walców i polek. Ale też ograniczymy sobie dostęp do ogromnego świata, który może dać wiele więcej. Poza Straussem są również Mozart, Beethoven, Mahler, muzyka współczesna, na przykład Krzysztof Penderecki.

Gust należy budować z otwartością, odsiewać to, co nas nie „chwyta”. Mamy w świecie ogromną różnorodność, to wielka wartość. Jest nas na świecie wielu, jesteśmy różni, to dobrze. Możemy się odmiennymi rzeczami interesować. Fajnie znaleźć też jakąś wspólnotę, choćby małą.

Pozostając w temacie muzyki klasycznej, prowadzi Pan audycję Variacje, klasyka jest tym ulubionym gatunkiem?

Słucham różnej muzyki. Nie było w radiu nikogo, kto chciał się zabrać za Variacje. Świat muzyki klasycznej lubię od nastoletnich czasów, byłem laureatem olimpiady artystycznej, właśnie w tej dziedzinie. Doszedłem do wniosku, że taka audycja w naszym radiu musi się pojawić. W takim mieście jak Wrocław, w takim radiu, jak Radio Wrocław Kultura.

Mamy Narodowe Forum Muzyki, wspaniały świat muzyki klasycznej. I ten przyjeżdżający, i ten tutejszy. Absolutnie jesteśmy w muzycznej ekstraklasie. Mamy znakomitych twórców, którzy znaleźliby sobie miejsce w każdej, światowej klasy, orkiestrze. To jest ogromna wartość tego środowiska. Ono zasługuje na to, by mieć swoją audycję, miejsce, w którym się o nich mówi.

Oczywiście nie ograniczam się tylko do tematów lokalnych, ale staram się, przede wszystkim, na nie zwracać uwagę. Przed chwilą skończyłem montaż audycji o Benjaminie Bilse, niemieckim twórcy, z XIX wieku. Urodził się i zmarł w Legnicy. Niewiele się o nim mówi, nie był może wielkim kompozytorem, raczej specjalizował się w polkach i walcach, ale był świetnym szefem orkiestry i dyrygentem. Jego orkiestra była bardzo znana, popularyzowała muzykę, niekoniecznie tę lekką. Wiele razy bywała w Warszawie, gdzie miała wierną rzeszę fanów. Właśnie orkiestra Bilsego grała Marsz Żałobny Chopina na pogrzebie Stanisława Moniuszki. Ten fakt dużo mówi o pozycji orkiestry w Polsce.

Niewiele osób wie o Benjaminie Bilse, a to jest człowiek, bez którego nie byłoby Berliner Philharmoniker. Poziom swojej orkiestry tak wyśrubował, że artyści ogłosili secesję. Buntowali się, pewnie chcieli grać coś innego, po swojemu. Założyli swoją orkiestrę, która przekształciła się z czasem w najlepszą na świecie, czyli Berliner Philharmoniker. A sam Bilse wrócił do Legnicy, w której dokonał swojego, mimo wszystko, fajnego i ciekawego żywota.

A na koncercie noworocznym w Wiedniu już Pan był?

Prowadzę w NFM koncerty noworoczne i sylwestrowe. To zaspokaja moje chęci na witanie Nowego Roku z muzyką. Umówmy się, Koncert Noworoczny w Wiedniu nie jest jakąś wielką, muzyczną literaturą i przeżyciem artystycznym. Raczej chodzi o event. Może i miło byłoby zobaczyć, ale tam zawsze brzmi Strauss, polki i walce, ileż można…

Oprócz muzyki klasycznej, jaki gatunek muzyczny Pana kręci?

Chyba tak jak w teatrze, ciężko wybrać jeden. Klasyki słucham częściej niż muzyki rozrywkowej. W klasyce widzę więcej, jest bogatsza.

Nie przepadam za symfoniczną muzyką rozrywkową, progresywnym rockiem, instrumentarium jest jednak ograniczone, to trochę robienie czegoś skomplikowanego z dość nieskomplikowanej muzyki, na siłę. Nie zmienia to faktu, że i w niej znajduję czasem coś ciekawego. Ale jak sama nazwa podpowiada, jest to bardziej dla rozrywki, nie dla przeżycia.

Oczywiście, w klasyce też mamy rozrywkę, walca i polkę, lecz mamy też symfonię. Odrobinę generalizuję, ale coś w tej generalizacji jest. Słynny, nieżyjący już, profesor, Janusz Tazbir powiedział, że stereotyp to prawda w pigułce. Gdybym miał wybierać się na bezludną wyspę i mógłbym zabrać tylko jeden rodzaj muzyki, wybieram klasykę. Jest wypełniona bogactwem. Zarówno rozrywki, jak i muzyki do przeżywania.

Gdyby zapytała Pani jakiego gatunku nie lubię, powiedziałbym, że hip-hopu, zwłaszcza polskiego. Nie kupuję tej muzyki, chociaż zdarzają się utwory amerykańskie, które podziwiam, zwłaszcza brzmieniowo. W polskiej muzyce tego nie słyszę, może zbyt mało się znam. Natomiast uważam, że w radiu, także w Radiu Wrocław Kultura, przydałaby się solidna audycja o hip-hopie.

Niestety, trudno było mi znaleźć kogoś, kto by tę audycję dobrze poprowadził. Problem jest też w tekstach, publiczne media mają przeciwdziałać wulgaryzacji języka, a jak tu grać hip-hop bez realnego tekstu, bez wycinania przekleństw? Jest pewien problem z tym gatunkiem, przynajmniej w radiu publicznym. Przypuszczam, że artyści, którzy tworzą w tym nurcie, mają tego świadomość. Muszą innymi kanałami dotrzeć do odbiorcy. Ale oczywiście, to bardzo popularna muzyka, której należy się miejsce w radiu. Trzeba tylko znaleźć na nią dobry sposób.

Jest Pan artystycznym, lokalnym patriotą. Chciałby Pan zwrócić naszą uwagę na jakieś szczególne wydarzenie? Festiwal/ przedsięwzięcie/ spektakl?

W każdym, większym mieście Dolnego Śląska mamy coś interesującego. Coś, co buduje lokalną społeczność. Właśnie w sposób wartościowy i ambitny.

W Legnicy jest to Teatr Modrzejewskiej, w Wałbrzychu Teatr Dramatyczny, dzieci mają Teatr Lalki i Aktora, jest też Stara Kopalnia. To bardzo dobre miejsca, dbające o wysoki poziom.

Każde miasto ma takie instytucje, na które warto zwrócić uwagę. We Wrocławiu jest ich mnóstwo. Podam tylko jeden przykład: Centrum Sztuki WRO, światowe miejsce, zajmujące się sztuką mediów. Są orkiestry, niemal każda na europejskim poziomie. Dość, nie będę wymieniać wszystkich wartościowych zjawisk, musiałbym mówić godzinami. Chcę powiedzieć, że musimy mieć świadomość tego, gdzie żyjemy. A mieszkamy w mieście, które jest w światowej lidze, nie jesteśmy żadną prowincją. Powinniśmy to docenić. Wrocław jest stolicą kultury, oczywiście, z problemami, ale przede wszystkim mnóstwem miejsc i ludzi, którzy z wielkim sercem tę kulturę tworzą.

Dlaczego kryminały?

Czysty eskapizm. Przy kryminałach wchodzi się w książkę, którą po kilku dniach, zazwyczaj, się zapomina. Jest wiele doskonałej literatury kryminalnej, która reprezentuje dobry poziom. Skupiłem się na polskich autorach. Dlatego, że mamy we Wrocławiu Międzynarodowy Festiwal Kryminału. Co roku spotykam się z autorami, chcę wiedzieć, co się dzieje.

Gdybyśmy mieli we Wrocławiu festiwal tzw. literatury kobiecej, romansów, nie wiem, czy bym podołał… Natomiast w kryminale znajduję sporo wątków społecznych, które windują ten gatunek w odrobinę inne rejony. Spotykam się z pisarzami, pisarkami, niektórych znam, chcę obserwować to środowisko.

Z innej strony, po prostu lubię się oderwać od rzeczywistości, wejść w świat kryminału. Katarzyna Bonda ładnie o tym mówi, twierdzi, że nie pisze romansów dlatego, że romans powinno się przeżywać w życiu, a kryminał w książce. I ma to sens.

Remigiusza Mroza Pan czytuje?

Tak, nie wszystko, ale czytam. Czasem bywam zirytowany, innym razem podziwiam pomysł na fabułę i bezpretensjonalne jej rozgrywanie. Kryminał ma wciągnąć. I właściwie nic więcej. Na tym polega seria o Chyłce. Ale serialu nie oglądam. Mimo że gra tam moja aktorka numer jeden. Jednak serial kompletnie mnie nie zajmuje, nawet Cielecka w nim, nie wiem dlaczego, nie przenosi mi się ta literatura na serial.

Po ten gatunek sięgamy żeby przeczytać coś, czego nie ma w literaturze ambitnej. Bywa taki moment w życiu, tygodniu, dniu, że się tego, zwyczajnie, potrzebuje.

Prowadzi Pan zajęcia w Instytucie Dziennikarstwa. Ma Pan jakieś spostrzeżenia dotyczące studentów? Ambitni? Nieambitni? Zorientowani w temacie kultury? Czego nam brakuje, nad czym powinniśmy pracować?

Różnie to bywa. Nie widzę wielkich różnic między studentami z 2004 roku, kiedy zacząłem pracę, a tymi dzisiaj. Czego bym chciał? Tego, żeby studenci przykładali się do zadań, które dostają. Jeśli mają nagrać reportaż, audycję, napisać tekst, to dobrze by było, gdyby robili to z sercem. Nie tylko po to, by zaliczyć przedmiot. Chciałbym, żeby porozmawiali z ludźmi, wydobyli z tematu różne aspekty, okrasili to stylem i elementami nowoczesnego dziennikarstwa. Dzisiaj Nagrodę Pulitzera dostaje się za artykuł, który jest jednocześnie tekstem, audio i video.

Chciałbym, żeby mieli w głowie myśl, że te audycje, teksty, powinny być elementami portfolio. Wychodząc z uczelni warto mieć zbiór prac, którymi można się pochwalić. Najlepiej założyć jakąś działalność internetową, bloga, kanał na Youtube. Próbować swoich sił, dać się poznać światu i szlifować swój warsztat. To jest ważne.

Nie od razu te nagrania i teksty są dobre. Kiedy ja czytam swoje teksty, które pisałem mając 20 lat myślę, że dziś napisałbym to inaczej. Używając innych słów, mniej oczywistego języka, ale należy wziąć pod uwagę fakt, że to był mój inny etap.

Moim studentom stawiam dość wysoko poprzeczkę, jeśli chodzi o jakość i treściwość tych dzieł, które „zamawiam” u nich na zaliczenie. Ale pamiętam też o tym, że to jest pierwsza audycja, teksty pisane przez młodego człowieka. Staram się dojrzeć potencjał. Dziennikarstwo jest prostym rzemiosłem. Wiadomo, jakie elementy powinien mieć dobry wywiad, recenzja, tekst publicystyczny. Trzeba tylko ich rzetelnie, z chęcią i polotem dopilnować.

Jeśli widzę, że ktoś pracuje, wymyślił dźwiękowe elementy, umówił się do reportażu z ludźmi, to nawet jeśli coś technicznie, merytorycznie poszło nie tak – przymykam oko. Ważne, że idziemy w dobrym kierunku. Jeśli jest progres, mamy pełen sukces.

Jednej rzeczy nie mogę znieść, walczę z nią, a ona ciągle się powtarza. Kopiuj-wklej. To bardzo łatwo wysłyszeć w audycji, to, że ktoś nie mówi swoim językiem. Łatwo odszukać tekst w Internecie. No i zostaję z ogromnym rozczarowaniem… To jest etyczna podstawa zawodu dziennikarza. Za plagiatowanie wylatuje się z pracy, dostaje sankcje.

Zdarzyło się Panu wyłowić wśród studentów jakiś talent radiowy?

Zdarzyło się, aczkolwiek mam poczucie niedosytu. Z czego to wynika? Być może z tego, że ludzie mało pracują nad sobą. Tych talentów nie ma zbyt wiele, takich, które od razu można wziąć do radia. Ja to rozumiem, to pewien proces. Wina leży też trochę po mojej stronie, a raczej w naszym budżecie. Nawet jeśli ten talent się pojawia, ja nie jestem w stanie długo go szlifować.

W radiu publicznym, takim jak nasze, uważam, że za pracę powinno się płacić. Jest Radio Luz, UniRadio, w których można ćwiczyć, ale to wciąż są substytuty. Praca za darmo, nawet z wielką pasją i determinacją, nie jest tym samym, czym regularna praca za wynagrodzenie. Nie lubię zjawiska wolontariatu w odniesieniu do mediów. Za wyemitowane, wydrukowane dzieło, powinno się zapłacić.

Niestety, w mediach dziś jest mało pieniędzy, również się z tym faktem borykam. Ale myślę o okienku studenckim w Radiu Wrocław Kultura, mam nadzieję, że to intensywne rozmyślanie przyniesie niebawem konkretne owoce. Na zajęciach powstało kilka ciekawych dzieł, mam nadzieję, że znajdę sposób, żeby je cyklicznie emitować.

Czy we wrocławskim radiu jest miejsce dla początkujących dziennikarzy? Czy należy porzucić mrzonki o karierze w lokalnym radiu?

Sporo osób dostaje od nas szansę. Niestety, często wygląda to tak, że młodzi ludzie oczekują tego, że pojawią się w radiu i będą od razu mieli swoją audycję. Tak się nie dzieje. Skłaniam się ku temu, że na początek potrzebna jest praca reporterska. Taka, która wymaga realnego, regularnego kontaktu z ludźmi. Tego młodym często brakuje, chcieliby zrobić swój program z domu, korzystając z cytatów, kontaktów internetowych.

Solą tego zawodu jest kontakt z człowiekiem. Są różne jego formy, dziś pandemia nas tego uczy, ale nic nie zastąpi rozmowy. Tylko wtedy jesteśmy w stanie znaleźć kolejny oryginalny temat. Człowiek rodzi człowieka, temat rodzi temat, inspiruje. Tego mi brakuje w młodych ludziach, może to Internet trochę zamieszał w naszej otwartości. Chociaż, nie przesadzajmy, nie jest z nią tak najgorzej.

Drzwi w radiu są otwarte. Czekamy na kogoś, kto będzie na tyle zdeterminowany, że zapuka nie raz, nie dwa, zapuka z jakąś propozycją. Proszę się nigdy nie zrażać. Czasem rzeczywiście nie mamy możliwości na zatrudnienie, jest taki moment, że nie szukamy nikogo. Ale za chwilę się to zmienia, tego dowodzi skład dzisiejszego Radia Wrocław. Młodzi ludzie mają szansę zaistnieć w tym zawodzie. Mamy wśród nas byłych studentów dziennikarstwa, zaledwie sprzed kilku lat, również takich, których uczyłem.

Jest też tak, że ktoś odchodzi, szuka czegoś innego, zostaje rzecznikiem, i pojawia się to krzesło, na którym można usiąść. Stoi w radiowym patio pomnik, wymyślony przeze mnie i kolegę. Cokół i krzesło. To pomnik dziennikarza. Każdy może sobie na tym krześle usiąść. Ale żeby na nim zostać potrzeba determinacji.

Sporo przeżyłem w swoim dziennikarskim życiu. Wyrzucili mnie z telewizji, znalazłem radio. Nie wyobrażam sobie, że miałbym dziś robić coś innego. Ale musiałem mieć w sobie ten upór. Gdybym po wyrzuceniu z telewizji stwierdził, że nie chcę dalej próbować, pewnie nie byłbym dziennikarzem. I zapewne nie byłbym zawodowo szczęśliwy i spełniony.

Ewentualnie mógłbym zostać naukowcem. Chociaż biurokracja naukowa chyba nie byłaby przyjemna. I nie spotykałbym tylu ludzi…

Radio, teatr, kultura – to już wiemy. Co zaprząta Pana myśli i wolny czas, oprócz tych pasji?

Tego wolnego czasu nie mam zbyt wiele, żałuję. Gdybym dysponował wolnym czasem, więcej bym się ruszał. Lubię sport, od zawsze był moją pasją. Dzisiaj moją dyscypliną są głównie spacery, a chciałoby się więcej…

Ostatki Jana Stanisława Witkiewicza, dlaczego nie mówi Pan głośno o tej książce? Szykuje Pan kolejną?

Chciałbym napisać więcej. Jest mnóstwo ludzi, historii, które chciałoby się opisać. Wywiad, biografia są dla mnie najlepszym gatunkiem, tu chciałbym się w przyszłości wyżyć. Póki co nie ma na to czasu. Te książki dużo mnie kosztują.

Właściwie trudno powiedzieć, że ja napisałem tę książkę. Połowa to wywiad-rzeka z Janem Stanisławem Witkiewiczem, krytykiem muzycznym i baletowym. Druga część to jego zapiski, które chciał ocalić od zapomnienia. Bez tego wywiadu nie byłoby sensu ich publikować. Pan Jan poprosił mnie o wywiad, stwierdził, że nie chce pisać sam o sobie, potrzebował rozmówcy. Znamy się, nie mogłem mu odmówić, w efekcie wyszła z tego ciekawa książka.

Czasem o niej mówię, ciężko wypowiadać się w radiu o swojej książce. Pan Jan jest teraz na emigracji, z powodu pandemii utknął w Indiach. Z pewnością niedługo wróci do Europy, mieszka w Berlinie. Kiedy już będzie można, pewnie zorganizujemy spotkania.

10 lat temu napisałem też książkę o Alainie Bernanrdzie, choreografie i tancerzu. Książkę wydało to samo Wydawnictwo Iskry, ono stara się pielęgnować taneczne tematy. Alain Bernard pochodził ze Szwajcarii, w Stanach Zjednoczonych uczył się u Marthy Graham. Porzucił świetnie prosperującą szkołę baletową w Bernie, przyjechał do Polski. Miał misję, chciał zrobić coś pożytecznego, przywiózł do Polski taniec jazzowy. I tak już tu został. Miałem okazję porozmawiać z nim niedługo przed jego śmiercią. Książka opowiada o polskim rozdziale życia Alaina.

Magdalena Grzebałkowska twierdzi, że najłatwiej pisze się biografię osoby, której już z nami nie ma. Jak było w przypadku książki o Janie Stanisławie Witkiewiczu?

To zależy od podejścia, od umowy. W moim przypadku było łatwo, pomogłem w zredagowaniu, wyszlifowaniu formy i faktów. Znamy się, Pan Jan wybrał mnie na rozmówcę, wiedząc jak to poprowadzę.

Gdyby to było zamówienie i osoba, której nie znam, pewnie chciałbym ją najpierw poznać. Może łatwiej byłoby napisać biografię Władysława Broniewskiego. Może inaczej, wygodniej byłoby pisać o kimś, kogo już nie ma. Z drugiej strony, gdyby Broniewski żył, podpowiedziałby nam jakieś nowe wątki. Może byłoby ciekawiej…?


Karolina Augustyn

zdjęcia: archiwa prywatne

Karolina Augustyn

Jak zostać omnibusem? Kompulsywnie kupuj książki, buduj z nich stosy wstydu, które następnie stworzą literacką fortecę. Zuchwale nazywaj rzeczy po imieniu, analizuj, goń za faktami i bryluj wśród fascynującego uniwersum fikcji. A jak już uświadomisz sobie, że świat jest niemożliwy do ogarnięcia, zachwycaj się nim, ludźmi i prozą życia. I zostań ze mną, przeczytaj o kulturze. Dobrze jest być kulturalnym, prawda? PS W moim sercu mieszka Podkarpacie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi