Ja „tylko” oglądałem filmy. Niezauważenie owo „tylko oglądanie” stało się moim stylem życia

Nie przepadam za dokonywaniem autoanalizy, ale odnoszę wrażenie, że mam osobowość zbieracza, osoby, która najlepiej czuje się, kiedy jest „na tropie”, analizuje fragmenty i na ich podstawie stara się odsłonić jakiś profil rzeczywistości – mówi doktor Wojciech Sitek. Rozmowę przeprowadziła Aleksandra Stefanowicz.

Aleksandra Stefanowicz: Chciałabym zacząć, być może trochę standardowo, pytaniem od czego to wszystko, a mówiąc wszystko mam na myśli zamiłowanie do filmu, się zaczęło? Jaki kończył pan kierunek?

Dr Sitek: Ukończyłem kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach – właśnie na tej uczelni rozpoczęła się moja „poważna” przygoda z filmem. W zasadzie od licencjatu aż po doktorat byłem związany z tym samym miejscem. Samą możliwość uprawiania naukowej refleksji nad kinem uświadomiłem sobie dopiero na trzecim roku studiów. Nieformalne zainteresowania filmowe zrodziły się dużo wcześniej, ale wizja realizowania profesjonalnego namysłu zaistniała dopiero wraz z wyborem seminarium licencjackiego. Zdecydowałem się na pracę pod okiem Profesor Magdaleny Kempnej-Pieniążek. Promotorka nie miała problemu z tym, że chciałem przyjrzeć się filmom Stevena Seagala, jednego z moich ulubionych aktorów okresu dziecięco-młodzieżowego. Podczas tego seminarium poczułem, że Akademia może dostarczać radości i satysfakcji – zwłaszcza gdy w jej murach szukamy źródeł prywatnych zainteresowań.

Jak rozumiem, praca doktorska była kontynuacją badań nad kinem?

Studia doktoranckie rozpoczęły się od nieporozumienia. Profesor Piotr Zawojski, mój późniejszy promotor, prowadził przedmiot typowo nowomedialny. Na potrzeby pracy zaliczeniowej napisałem obszerne rozpoznanie poświęcone wybranym przejawom sztuki biologicznej. Wykładowca uznał, że praca zasługuje na uwagę – głównie ze względu na profesjonalnie sporządzone przypisy (śmiech). Nawiązaliśmy kontakt i chyba obaj założyliśmy, że dalej będę badał wspomniany obszar. Ostatecznie uznałem, że zbyt trudno „porzucić” mi kino. Znów zdałem się na intuicję. Skoro wcześniej analizowałem twórczość ulubionego aktora z dzieciństwa, to dlaczego nie wziąć na warsztat kogoś, kto intrygował mnie w czasie dorastania? W ten sposób przyszedł czas na mojego ulubionego reżysera – Michaela Manna.

A kiedy zdecydował się Pan podjąć pracę wykładowcy?

Może kiedy oglądałem anime „Great Teacher Onizuka” (śmiech)? W mojej historii niełatwo odnaleźć procesualność. Praca na uczelni nie jest zwieńczeniem starannie zaprojektowanej „kariery”. Przez długi czas nie wierzyłem nawet w możliwość uzyskania etatu na Akademii. Byłem niemal pewny, że po ukończeniu rozprawy doktorskiej po prostu wejdę na rynek pracy z bardzo ubogim, z oczywistych względów, CV (co właściwie się wydarzyło). Głównie dlatego, że niesamowicie trudno jest znaleźć zatrudnienie na uczelni – dla większości doktorantów z kierunków humanistycznych etatowa praca naukowa jest nieziszczalną fantazją. W trakcie edukacji poznałem wielu młodych naukowców; były wśród nich osoby perspektywiczne, oczytane, bardzo zaangażowane w prowadzenie badań, którym nie udało się znaleźć pracy w tym obszarze. Dlatego – nawiązując do Pani pytania o powody podjęcia decyzji o pracy na uczelni – muszę zaprotestować: to właściwie nie była decyzja. Wykładanie przynależało do innego porządku – było częścią wizji, w której realizację długo nie wierzyłem; przywilejem, który jawił mi się jako nieosiągalny.

Jest Pan ze Śląska, skąd zatem decyzja, by wykładać na Uniwersytecie Wrocławskim? Czy pracuje Pan również na Uniwersytecie Śląskim?

Tak, mam przyjemność współpracować z Uniwersytetem Śląskim, jednak podejmując pracę na Uniwersytecie Wrocławskim, nie dokonywałem wyboru między uczelniami. Choć mieszkam na Górnym Śląsku, to nie byłem zatrudniony na Uniwersytecie Śląskim w charakterze etatowego pracownika naukowego. Już w trakcie studiów doktoranckich zacząłem brać udział w konkursach na stanowiska badawcze i dydaktyczne w całym kraju. Po kilku latach i kilkudziesięciu próbach udało się właśnie na Uniwersytecie Wrocławskim.

Zajmuje się Pan kinematografią od strony teoretycznej, ale czy kiedyś przeszła Panu przez głowę myśl, żeby zajmować się tym od strony praktycznej?

Przechodziło mi to przez myśl niejednokrotnie! Zdrowy rozsądek kazał mi się jednak opamiętać i zastanowić: czy rzeczywiście jest to aktywność dla mnie? Myślę, że bardziej interesuje mnie to, co mają do powiedzenia twórcy. Lubię poznawać ich historie, zagłębiać się w wykreowane rzeczywistości, odkrywać odmienne światy. Dobrze odnajduję się w analizie fikcjonalnych realiów, w rozpatrywaniu poszczególnych ich elementów, wreszcie – w krytycznym łączeniu ich w całość. Taki proces sprawia mi większą satysfakcję, niż kreślenie własnych opowieści. Nie przepadam za dokonywaniem autoanalizy, ale odnoszę wrażenie, że mam osobowość zbieracza, osoby, która najlepiej czuje się, kiedy jest „na tropie”, analizuje fragmenty i na ich podstawie stara się odsłonić jakiś profil rzeczywistości.

Zajmuje się Pan teorią, ale zastanawia mnie, jakie tytuły wskazałby Pan, gdybym zapytała o filmy, które każdy powinien obejrzeć, aby poczuć magię kina? 

Szczerze powiedziawszy, nie jestem fanem tworzenia rankingów (nawet w tak zsubiektywizowanej formie). Zwykle wpędzają one widzów w poczucie winy, wywołują wrażenie, że nie można zabrać głosu w dyskusji, dopóki nie „odbębni” się kursu historycznego i nie odhaczy pozycji z listy 1001 filmów, które trzeba obejrzeć przed śmiercią. Z „magią kina” także mam pewien problem. Moje przekonanie o tym, co jest magiczne, kształtowało się w realiach, które innym odbiorcom mogą wydać się absolutnie niemagiczne, nieciekawe i nieromantyczne. W przeciwieństwie do wielu moich koleżanek i kolegów z branży nie mam nawet do opowiedzenia mitycznej historii o filmowej inicjacji, pierwszym momencie rozpoznania niesamowitości kina. Właściwie przez wiele lat rzadko chodziłem do kina, a moja fascynacja filmem rozpoczęła się mało spektakularnie, trochę przypadkowo.

Jak rozpoczęła się Pańska przygoda z filmem? Jakie były pierwsze tytuły, które obejrzał Pan świadomie?

Zainteresowanie filmem nie zrodziłoby się, gdyby nie moja mama, która kino traktowała dość poważnie (śmiech). Od czasu swojego dzieciństwa prowadziła zeszyt, do którego wpisywała tytuły obejrzanych filmów. Wprowadziła do naszego domu pewien rytuał oglądania – to dzięki niej seanse stały się wyjątkowymi wydarzeniami. Lata 90. upływały mi pod znakiem produkcji telewizyjnych (głównie japońskich animacji pokroju „Tygrysiej maski” i amerykańskich seriali sensacyjnych typu „Drużyna A”), ale tym, co ukonstytuowało mnie jako widza, był przede wszystkim fenomen kultury wideokasetowej. Nie chodzi jedynie o nośnik, ale o cały ceremoniał oglądania. Wszystko zaczynało się już w momencie kartkowania katalogów i prasy branżowej, a kończyło dopiero wraz ze zwrotem kasety. Oczywiście mitologizuję czasy dzieciństwa, ale mam wrażenie, że równie istotne, co film, było dla mnie to, co działo się wokół. Sycenie oczu widokiem setek okładek kaset VHS w wypożyczalni nierzadko było przyjemniejsze, niż właściwy seans filmowy. Zamiłowanie do nośnika pozostało mi zresztą do dzisiaj, a manifestuje się i w kolekcjonowaniu kaset, i w zainteresowaniach naukowych.

Mówi Pan, że fascynacja kulturą i całą aranżacją filmową wokół VHS pojawiła się u Pana w bardzo młodym wieku. Ma Pan jakiś film, właśnie na tej kasecie VHS, który szczególnie zapadł Panu w pamięć i, jeżeli tak, to co się zmieniło po jego obejrzeniu?

W połowie lat 90. miałem kontakt z dwoma filmami, które mocno na mnie wpłynęły. Były to „Szatańskie zabawki” i „Oko za oko”. Pierwszy opowiada o szatanie, który pragnie przyjąć ludzką powłokę i urządzić się na ziemi. Fabuła jest przewidywalna – demon nie ma wystarczająco dużo siły, więc potrzebną energię mają mu zapewnić poplecznicy – nawiedzone zabawki. Pluszaki, roboty, żołnierzyki i lalki stają się sługusami diabła. Drugi jest akcyjniakiem z Chuckiem Norrisem, produkcją w stylu mrocznych kryminałów lat 70. Duże wrażenie wywarły na mnie brutalne sceny, ale najważniejsze były karateckie umiejętności Norrisa i – oczywiście – ostateczny pojedynek bohatera z wrestlerem Toru Tanaką, noszącym przydomek „Profesor”. Miłości do filmu nie uczył mnie zatem profesor David Bordwell, tylko Profesor Tanaka z filmu z Chuckiem Norrisem (śmiech). Widać tu także pewną prawidłowość – wiele moich prac naukowych jest poświęconych przywołanym powyżej obszarom gatunkowym: horrorom i filmom sensacyjnym.

Mówi Pan o całej  długiej drodze do zamiłowania do kinematografii, ale czy był jakiś punkt zwrotny w rozwoju tej miłości do kina? 

Znowu zacznę od wątpliwości słownikowej. Mam wrażenie, że określenie „miłość” nieszczególnie dobrze odpowiada mojej relacji z filmem i kinem. Znam ludzi, którzy faktycznie kochają kinematografię, którzy nie wyobrażają sobie życia bez kina (wybrzmiało to szczególnie donośnie podczas pandemicznych lockdownów). Obserwując ich, mam poczucie, że nie potrafię zdobyć się na podobne wzniosłe deklaracje. Zapewne z tego względu trudno mi odnotować szczególne przełomy i momenty zwrotne. Przez lata moją potrzebę kontaktu z kinematografią zaspokajały seanse filmów w telewizji i z kaset VHS. Nie uznawałem nawet tych praktyk za konkretne hobby – ja „tylko” oglądałem filmy. Niezauważenie owo „tylko oglądanie” stało się moim stylem życia. Myślę zatem, że kilkuletni Wojtek oglądający film na VHS nie różni się szczególnie od współczesnego mnie, odtwarzającego film z lektorem na CDA. Z pewnością nie stanę się bohaterem romantycznej opowieści o kinofilii, jestem raczej osobą, która po prostu lubi oglądać filmy.

Bardzo dużo Pan mówi o zainteresowaniu kinem, ale czy interesuje się Pan czymś poza filmami?

Zabrzmię jak totalny nudziarz – wszystkie inne zainteresowania zawsze są jakoś związane z filmem. Oczywiście bez obaw można ze mną porozmawiać o najróżniejszych kwestiach – na co dzień jestem „normalnym” uczestnikiem życia społecznego (śmiech). Nie ma jednak co ukrywać – skoro na co dzień oglądam filmy, kolekcjonuję je, piszę o nich i rozmawiam (czy to podczas zajęć, czy ze znajomymi), to trudno mi sobie wyobrazić rozbudowane życie pozafilmowe. Być może to pytanie sprawia mi też pewien problem z innych powodów. W pandemicznych realiach częściowo zapomniałem o tym, co lubię robić i jak można miło spędzać czas w oderwaniu od monitorów (bardziej aktywnie, poza domem i wśród ludzi).

Na zajęciach dość mocno wybrzmiało, że według Pana najciekawszym państwem, które produkuje filmy, są Stany Zjednoczone. Dlaczego tak Pan uważa?

Interesują mnie różne kinematografie narodowe, ale mówimy o tym kręgu kulturowym, który jest mi z wielu względów najbliższy. Znowu decydujący jest tu czas po przemianie ustrojowej, kiedy zachłysnęliśmy się – jako społeczeństwo – kinem amerykańskim. To ono na przełomie wieków sformatowało moją wyobraźnię i przyczyniło się do zaistnienia pewnej pętli – im więcej filmów oglądałem, tym bardziej chciałem poznać historię, kształt życia społecznego i kulturę Stanów Zjednoczonych. Pozyskaną wiedzę zamierzałem z kolei konfrontować z kolejnymi filmami. Tak już pozostało.

 Dlaczego nie lubi pan kinematografii polskiej?

Odpowiedź jest prozaiczna. Moja fascynacja kinem rodziła się na gruncie kina gatunkowego. Kiedy bywały momenty znużenia twórczością hollywoodzką, to szukałem dla siebie filmów gdzie indziej. Polska kinematografia nie wychodziła naprzeciw moim potrzebom – wolałem kino brytyjskie, japońskie i włoskie. Doceniam filmy polskich autorów, ale brakuje mi w naszym kręgu sprawnie realizowanego kina gatunkowego.

 W jednej ze swoich publikacji twierdzi Pan, że we współczesnym wieloznacznym świecie nie ma jednak rozwiązania zapewniającego powodzenie. Bohaterowie pierwszego typu obawiają się, że stagnacja oznacza śmierć, wiążą więc życie z krążeniem pomiędzy nie miejscami. Co miał Pan na myśli, pisząc, że stagnacja oznacza śmierć.

Podczas lektury książki Paula Virilio, od którego zaczerpnąłem ten zwrot, uderzyła mnie zbieżność jego diagnoz społecznych z tym, co pokazuje Michael Mann w swoich filmach. Mann jest twórcą, który rozpoznaje polityczno-społeczne deformacje rzeczywistości i sygnalizuje bolączki mieszkańców współczesnych amerykańskich metropolii. Zdaje relację ze świata, w którym jesteśmy zachęcani do ciągłej pracy, realizowania kolejnych inicjatyw, zachowywania wysokiego poziomu mobilności geograficznej i społecznej. Portretowane przez Manna postacie ciągle się spieszą, ani przez moment nie mogą odsapnąć – są bowiem przekonane, że jeśli przystaną, to popadną w stagnację, albo inaczej – wypadną z obiegu, utracą wszystko, na czym im zależy. Oczywiście to absurdalne założenie. Bohaterowie w końcu przestają sobie radzić z morderczym tempem życia. Gdyby wyhamowali choć na chwilę, mogliby przewidzieć nadchodzący upadek. Zamiast tego, intensyfikują mobilność, bo pragną na zawsze być na szczycie. Mann często proponuje podobną diagnozę współczesności: żyjemy w kulturze, która przymusza nas do ciągłej pracy i zachowania wysokiego tempa życia. W końcu sami zaczynamy wierzyć, że każdy moment spowolnienia, uspokojenia i wycofania przybliża nas do nieokreślonej porażki.

Napisał Pan wiele tekstów o różnym charakterze, który z nich pisało się najłatwiej?

Dr Sitek: Pisanie nigdy nie jest łatwe! Proces ten często przypomina mozolną dłubaninę. Oczywiście zdarzają mi się teksty, które piszę swobodnie, jakby podejmowany temat mnie… nawiedzał. Tak było z artykułem o duchach, który za jakiś czas ukaże się w czasopiśmie „Literatura i kultura popularna”, wydawanym przez Uniwersytet Wrocławski. To rzecz o anglosaskich filmach o nawiedzonych domach, którą pisało mi się zaskakująco lekko – prawdopodobnie dlatego, że omawiane fabuły korespondują z doświadczeniami mojego pokolenia. Filmy o nawiedzonych domach opowiadają o bohaterach, którzy podczas szukania dla siebie miejsca do życia, popadają w finansowe tarapaty. Remont w wynajętym domu przedłuża się, do tego przytrafia się utrata pracy, a mocno eksploatowany samochód zalicza kolejną awarię – mówiąc inaczej: wymarzone miejsce do życia okazuje się studnią bez dna. W rodzinie coraz częściej dochodzi do kłótni, pojawiają się problemy psychiczne. Skoro trzeba odroczyć wymianę rur i przewodów, to domy zaczynają być nawiedzane przez „demony” uszkodzonych instalacji. Znamy ten obrazek: schody trzeszczą, drzwi skrzypią, obrazy spadają ze ścian, a w rurach coś stuka. Bohaterów nie stać na remont, a ich sytuacja finansowa przez jakiś czas się nie zmieni – szukają więc innego wyjaśnienia problemów. Najczęściej pada na duchy. Postacie pozostawione same sobie ponoszą porażkę na gruncie ekonomicznym – nie są w stanie zrealizować wymogów współczesności, nie potrafią sprostać amerykańskiemu marzeniu. Zauważyłem, że filmy o nawiedzonych domach są bardzo zachowawcze. Nie krytykuje się w nich szkodliwej ideologii i wad systemu, tylko bohaterów, którzy rzekomo są nieudacznikami. Uzmysłowienie sobie uniwersalności pewnych mechanizmów sprawiło, że pisanie stało się w pewnym stopniu doświadczeniem oczyszczającym.

Będzie to tekst o charakterze popularnonaukowym?

I tak, i nie. Z jednej strony staram się zrekonstruować kontekst ideologiczny, a z drugiej prowadzę narrację niemal popularyzatorską. Myślę, że przy odrobinie dobrej woli można byłoby potraktować ten tekst jako mini leksykon filmów o nawiedzonych domach.

Na zajęciach zwykle unika Pan pytań o recenzje. Mimo to zapytam, jak to jest z tymi recenzjami, nie czuje się Pan dobrze w tym gatunku?

Bardzo rzadko podejmuję aktywność na polu krytycznym. Mimo że pierwsze próby pisania o filmie dokonywały się właśnie na tym gruncie, to szybko okazało się, że wolę inną formę. W trakcie studiów opublikowałem kilka tekstów w dwutygodniku „artPAPIER”, później dołączyłem do grona autorów czasopisma „Opcje”, ale krytykę uznałem z czasem za aktywność dodatkową, dopełniającą optykę naukową. Ta druga jest chyba bliższa mojemu podejściu do rzeczywistości. Krytyka wydaje mi się ufundowana na dynamiczności i ryzyku, wymaga działania „tu i teraz”. Jej istotą jest także szybkie i częste porzucanie obiektów zainteresowania. Krytyka uprawiana przeze mnie jest spóźniona i – pod pewnymi względami – asekuracyjna. Jak mówiłem wcześniej, bardziej angażuje mnie mozolne tropienie śladów, poszukiwanie zjawisk zapomnianych lub niezauważanych. Wybieram komfort, na który krytyk rzadko kiedy może sobie pozwolić.

To jest bardzo ciekawe i zaskakujące, bo my, jako Pana studenci, mamy całkiem inne wrażenie. Słuchając Pana, czujemy, jakby czytał nam Pan coś będącego częścią niesamowitej działalności artystycznej i coś naprawdę bardzo intrygującego. Jakie znaczenie ma dla Pana miejsce, w którym Pan ogląda filmy?

Tryb odbioru często uzależniam od towarzyszącego mi nastroju. Kiedy odzywa się we mnie nostalgia, lekarstwem okazują się filmy VHSowe. Symboliczny powrót do modelu oglądania sprzed dwóch dekad jest doświadczeniem kojącym i satysfakcjonującym. Nie jest to jednak częsta potrzeba. Wracając do frazy, która chyba stała się myślą przewodnią naszej rozmowy – po prostu lubię oglądać filmy! Seans telewizyjny z reklamami, irytujący głos lektora, słaba jakość obrazu… nie są to kwestie, które przeszkadzają mi w pokazach (czasem wręcz mi je uatrakcyjniają). Oczywiście przestrzeń kinowa jest dla mnie bardzo ważna – niezależnie od tego, czy chodzi o multipleksy, czy o kina studyjne, w których organizuje się spotkania DKFów. Różne miejsca i tryby odbioru wzbogacają moje doświadczenie filmowe.

Nawiązując do kin w postpandemicznej rzeczywistości – są one już od jakiegoś czasu otwarte. Czy jest jakiś tytuł, na który szczególnie Pan czeka?

Postaram się zachować konsekwencję względem tego, co już mówiłem. W 1995 roku na moją wyobraźnię mocno wpływała marka Mortal Kombat. Niestety nie było mi dane obejrzeć filmu w kinie czy nawet tuż po premierze – wypożyczona kaseta wideo została „zajechana” przez innych fanów. Tym razem nie popełnię tego samego błędu (śmiech). Okazji do wejrzenia w przeszłość będzie zresztą w najbliższym czasie znacznie więcej. Z chęcią obejrzę „Kosmiczny mecz”, zwłaszcza że premiera odbędzie się w trakcie finałów NBA; nie mogę doczekać się „Candymana” i „Diuny”, później nadejdą premiery „Top Gun” i „Matriksa”. Po wskazanych tytułach może nie spodziewam się wiele, ale dziecięca część mnie cieszy się na każdy seans.


Autorka: Aleksandra Stefanowicz

Zdjęcia: archiwum prywatne 

Aleksandra Stefanowicz

Kinomanka i melomanka w jednym. Zapalona globtroterka oraz koncertoholiczka. Zdecydowanie fanka polskiej kultury. Marzycielka, która chce zwiedzić każdy kraj świata z flagą Polski na plecach. Ponadto nie poruszam się w sposób normalny, tylko zawsze taneczny. Optymizm górą!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi