Reportaż uczy empatii

To, czym się zajmuję w tej chwili, oprócz epizodycznych rzeczy, jak publikacja w periodykach, to są książki. W tej chwili na pewno jest mi bliżej do Unii Literackiej, niż do Stowarzyszenia Dziennikarzy. Myślę teraz bardziej książkami – mówi dr hab. Jędrzej Morawiecki. Rozmowę przeprowadził Damian Frątczak. 

Damian Frątczak: Dlaczego spośród wszystkich gatunków wybrał Pan akurat reportaż? 

Dr hab. Jędrzej Morawiecki: Najczęstsze pytanie, ale chyba jeszcze nikt mi go nie zadał. Na pewno nie będę opowiadał o wyższości reportażu nad innymi gatunkami ani nie będę się starał utrzymywać, że literatura niefikcjonalna jest w jakimś sensie lepsza od beletrystyki. Takie współzawodnictwo nie ma za bardzo sensu.  

Nie wiem nawet… wiedziałem od bardzo dawna, że chcę pisać. Już w podstawówce zajmowałem się gazetką szkolną. Łatwiej by było odpowiedzieć, gdyby tu zapytać, dlaczego w dziennikarstwie reportaż – dlatego, że wyrasta on ponad dziennikarstwo. Jest w nim to, co kocham w dziennikarstwie, i to, co jest, według mnie, prawdziwym dziennikarstwem. Reportaż jest, choćby po części, wolny od linii redakcyjnej, od nacisków politycznych, ekonomicznych. Zawsze był trochę z boku. Jest po prostu wolny. 

Przez to, że jest on gatunkiem pogranicznym, pozwala mi na więcej swobody. Funkcja artystyczna pozostaje dla mnie również bardzo istotna. Moje reportaże są często liryczne. Bliższe poezji, co nie jest typowe dla gatunku.  Przyciąga mnie do niego także pretensja do zmieniania rzeczywistości. Postawienie komuś czegoś przed nos i powiedzenie “to nie jest tylko kreacja artystyczna, te rzeczy naprawdę istnieją”. 

Czy jest coś, co wyróżnia reportaż na tle pozostałych gatunków? 

Reportaż uczy empatii. Pozwala, by wejść w czyjąś skórę. Uczy tego praca terenowa w reportażu i późniejsze negocjowanie treści z bohaterami. Sztuka też może jej oczywiście uczyć, ale w tym przypadku nie chcesz, ale zaczynasz rozumieć. Nawet jeśli ten świat, który jest w środku, zaczyna cię przerażać, to i tak żeby te rzeczy opisać, musisz się przez chwilę poczuć, jak ktoś z kim rozmawiasz. Musisz się mierzyć z tym, na ile filtrujesz informacje i na ile odrzucasz te rzeczy, które się nie podobają. Reportaż jest wyzwaniem. 

Jak wyglądały Pańskie pierwsze podejścia do tego gatunku? 

Poszedłem do redakcji radiowych, prasowych, najpierw regionalnych. Od początku wiedziałem, że chcę robić reportaże. Jak poszedłem do Radia Wrocław i im tam o tym powiedziałem, to wszystkich to bardzo rozbawiło. Potem gadano, że to jest ten, który przyszedł i powiedział, że chce robić reportaże. Zostałem wtedy poddany fali, jaka była dla tego radia charakterystyczna. Tak zwanej ‘twardej szkole” i najpierw robiłem sondy, ale dalej wiedziałem, że chciałem robić reportaże. 

Czy czuje się Pan bardziej pisarzem czy dziennikarzem? 

Chyba w tej chwili pisarzem. Przez bardzo długi czas twierdziłem, że dziennikarzem, z tego powodu, że uważałem, że to, co teraz nazywa się non-fiction, jest po prostu prawdziwym dziennikarstwem. Dziennikarstwo newsowe jest niezwykle ważne, ale bywa w pewnym momencie nużące. Może się czasem nawet wydawać głupkowate, chociaż takie nie jest. Sam się nim codziennie karmię, starając się to robić w sposób krytyczny i pomijając to, co już dziennikarstwem  w ogóle być przestaje, jak w Polskim Radiu, czy przestało, jak w Telewizji Polskiej.  

W pewnym sensie nawet staraliśmy się, zakładając grupę Dziennikarzy Wędrownych, zrehabilitować nazwę “dziennikarz”, zaufanie do dziennikarzy. Robiąc to, co absolutnie nie jest newsowe, a pracując w redakcjach newsowych, tworzyliśmy teksty eksperymentalne, liryczne. Ja na przykład tłumaczyłem teksty Wysockiego i nazywałem to “prawdziwym przekazem dziennikarskim”.  

Patrząc na to wszystko teraz, to czym się zajmuję w tej chwili, oprócz epizodycznych rzeczy, jak publikacja w periodykach, to są książki. W tej chwili na pewno jest mi bliżej do Unii Literackiej niż do Stowarzyszenia Dziennikarzy. Myślę teraz bardziej książkami. Chociaż z drugiej strony, to co robię teraz, jest podobne do mojej pracy jako dziennikarz, tylko treści jest trochę więcej. Ta praca jest w sumie taka sama. Docierasz do bohaterów, musi być początek, rozwinięcie, jakieś przełamanie akcji i zakończenie. Różnica polega na tym, że musisz mieć nie 10-15 tysięcy znaków, jak w reportażu gazetowym, a 400 tysięcy. 

Wspominał Pan, że celem Dziennikarzy Wędrownych było poprawienie wizerunku polskiego dziennikarstwa. Czy Pana zdaniem został on osiągnięty? 

To był tylko jeden z naszych celów, kiedy pisaliśmy nasz manifest na początku istnienia grupy. Po pierwsze, chcieliśmy poruszać tematy, które media po prostu pomijały. Na tym miała polegać zmiana wizerunku dziennikarstwa, by pokazać wszystko, a nie tylko część informacji. Pod tym względem odnieśliśmy chyba sukces. Pisaliśmy o grupach wykluczonych, wykluczonych z mediów. Bez żadnych spiskowych podtekstów. Nie było o nich wcześniej głośno, bo wydawały się za mało atrakcyjne albo nie łączyły się z programem światopoglądowym danej gazety.  

Po drugie, chcieliśmy się otworzyć gatunkowo. Inaczej, niż na przykład zdarzyło mi się w jednej z redakcji, gdzie kazano mi mechanicznie opisać, co każdy bohater miał na sobie i ile miał lat. W literaturze niefikcjonalnej można robić wszystko to, co w beletrystyce, tylko że nie możesz wymyślać. Tyle. Nie tylko otwieraliśmy się na tekst, ale także na zdjęcia. Pamiętam, jak Maciej Skawiński tworzył materiał do Fototapety. On dawał im zdjęcia, ja przygotowywałem do nich krótkie opisy. Były tam portrety i pejzaże. Nie robiło się tak wtedy fotoreportaży. Teraz jest to już o wiele częstsze. Dlatego właśnie, myślę, że w pewnym sensie i to nam się udało.  

Jak wyglądało promowanie Pańskiej grupy? 

Z założenia, na początku byliśmy antysystemowi. W ogóle gardziliśmy każdą promocją. Odrzucaliśmy każdą ofertę. Skontaktowało się z nami nawet Allegro z propozycją promowania naszej grupy, ale uznaliśmy, że nie. Chyba szkoda. W końcu i tak znaleźliśmy się w prasie, kilka artykułów o nas powstało. Może tak po prostu musiało być, żebyśmy się sami nie zepsuli. Pomimo, że nie chcieliśmy być promowani w mediach, jakieś plusy to przyniosło. 

 Przez Dziennikarzy Wędrownych poznałem wiele osób, np. Ziemowita Szczerka, którego zaciekawił nasz projekt i nawet zaczął nam dawać do niego teksty. Zaczęliśmy w końcu jakoś środowiskowo również funkcjonować, wychodząc z niszy. To pewnie też jakoś wpłynęło na myślenie o dziennikarstwie.  

W trakcie przeglądania Pańskich książek natknąłem się na reportaż o wissarionowcach. Napisał Pan, że do spotkania z nimi doszło podczas Pańskiego pobytu na Syberii. Co było w nich na tyle ciekawego na pierwszy rzut oka, że postanowił Pan skupić swoją uwagę akurat na tej sekcie? 

Jeździłem wtedy z Filipem Łepkowiczem po Syberii. Był to wyjazd bardzo przygodowy i bardzo kosztowny. Mieliśmy wtedy mało pieniędzy, a Rosja była wówczas droga dla obcokrajowców. Jeździliśmy pociągami od miasta do miasta, po różnych redakcjach, ale także odwiedzaliśmy regionalną władzę. Mieliśmy szczęście, bardzo chętnie spotykano się wtedy z obcokrajowcami, bo było ich po prostu mało. W Rosji pierwszy raz w życiu dawałem autografy. Gdy ludzie usłyszeli, że przyjadą do nich dziennikarze z Polski, wszyscy chcieli nas zobaczyć. 

W czasie pobytu w jednym z miast usłyszałem o wissarionowcach i o tym, że Jezus chodzi po Ziemi i że jest na Syberii. O razu pomyślałem, że to może być temat życia i tak się rzeczywiście stało. W pewnym momencie nawet próbowałem uciec od tego tematu. Szczególnie po tym, jak się dowiedziałem, że w Instytucie mam ksywę Wissarion. 

No ale wcześniej, w 1998 roku, uznałem, że muszę tam wrócić i zacząć badać tę grupę. Było to przecież zbiorowisko ludzi, którzy uwierzyli, że były milicjant to Chrystus. Dodatkowo można było się również nasłuchać wielu niepokojących informacji o działaniach wissarionowców, jak to o sektach. W czasie rozmów z mieszkańcami Zony, czyli miejsca w tajdze, gdzie właśnie „sekciarze” mieszkali, zorientowałem się, że oni są o wiele ciekawsi niż sam Wissarion. Wolałem rozmawiać z ludźmi, którzy dla nowego Chrystusa rzucili wszystko i zamieszkali w tajdze. Po powrocie do Polski zaczęliśmy zbierać środki na kolejne wyjazdy i odwiedzałem tamto miejsce przez pięć lat.  

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że wissarionowcy w pewnym momencie stali się tym, od czego uciekali. Dlaczego do tego doszło? 

Taki jest świat. Jesteśmy po prostu ludźmi. Nie da się stworzyć raju na Ziemi, nie da się uciec od problemów. Musimy się z tym wszystkim w końcu zmierzyć. Spotkania z wissarionowcami były dla mnie gorzką lekcją. Nie dlatego, że wierzyłem, że Wissarion był Chrystusem, a okazał się nim nie być. W to nie wierzyłem, niemniej bardzo im kibicowałem. Tak samo jak wszelkim kontrkulturom. Tą lekcją było to, że zauważyłem, że największą cenę za wszystko płacą pionierzy, którzy włożyli w swoje idee całe serce. 

Dopiero po czasie zdałem sobie sprawę, że wiąże się z tym również to, że moi rodzice byli związani z Instytutem Grotowskiego. Było u nas w domu dużo barwnych ludzi zza granicy, niecodziennych dla peerelowskiej rzeczywistości; szczególnie artystów, którzy właśnie myśleli, że tworzą zupełnie nowy świat. Potem często płacili za to ogromną cenę.   

Pewne reguły chyba są bezwzględne. Czasem się zastanawiam, ale nie mam na to odpowiedzi, czy fatalna jest po prostu nasza natura stadna. Zawsze będziemy wytwarzać mechanizmy władzy. Władza będzie zapośredniczać komunikację i kumulować kapitał. Apetyt na władzę jest nienasycony.  

Pana praca doktorska dotyczyła właśnie wissarionowców. Czy miała być ona od początku o sekcie, czy wcześniej miał Pan inne plany? 

Myślę, że chyba z takimi pracami mam podobnie, jak z książkami. Tak jak do wydawnictw przychodzę z gotową książką, tak z pracą doktorską przyszedłem z gotową partią materiałów na kasetach cyfrowych. Oczywiście nie była to całość. 

Po pierwszym wyjeździe wróciłem do Polski z plecakiem pełnym kaset, ważącym pięćdziesiąt kilo. W redakcjach newsowych nie za bardzo chciano mnie w tym projekcie wspierać. A może raczej: nie było w newsach na to miejsca.  Doszedłem do wniosku, że jeśli chciałem dalej rozmawiać z ludźmi, długo pracować przy materiale i przyglądać się ludziom, to zostanie na uczelni było jedyną realną opcją. 

Wystartowałem w dwa miejsca. Na filologię słowiańską, którą kończyłem z pracą o dziennikarstwie rosyjskim, na przykładzie tygodnika Ogoniok (pod opieką prof. Krystyny Galon-Kurek) oraz na socjologię. Na Koszarową trafiłem z moimi wszystkimi kasetami do, świętej pamięci, profesora Wojciecha Sitka.   

Czy historia z wissarionowcami była dla Pana inspiracją do napisania kolejnych książek o religiach i szamanizmie tj. Krasnorajsk Zero czy Cztery zachodnie staruchy? 

Oczywiście. Tak jak wspominałem, w pewnym momencie chciałem się już odkleić od wissarionowców. Wiedziałem, że nie mogę ciągle opowiadać o tym świecie i stać się człowiekiem od jednego tematu. Dlatego pojawił się potem pomysł, by sprawdzić, czy rzeczy, które odnajdywałem u wissarionowców, i to, o czym mówią, da się znaleźć na blokowiskach. Tak było w przypadku książki Krasnorajsk Zero. Konsekwencją tego było potem znowu szukanie tematu, który z naszej perspektywy, będzie bardziej egzotyczny. Natrafiliśmy na szamanów. Bałem się, że temat jest zbyt odległy, rzeczywistość niezrozumiała. Potem się okazało, że poprzez rozmowy z ludźmi możesz wejść w obcy świat. 

Czy wszystkie te historie, opowiedziane we wspomnianych wcześniej książkach, miały jakiś wpływ na Pana duchowość, życie? 

Na pewno miały. Zaczynając od wissarionowców; w czasie pracy z takimi ludźmi, widzisz, jak próbują być lepsi, jak, w swoim przekonaniu, walczą z egoizmem, wyzbywając się po części siebie. Potem oglądasz, jak są łamani. Wiesz, że wierzą, i w pewnym momencie zaczynasz sam się zastanawiać, dlaczego uwierzyli akurat w to.  

Nigdy nie byłem bardzo kościelny. Moje związki z kościołem katolickim były realizowane poprzez jeden z bardziej przyjaznych ośrodków polskiego katolicyzmu, przez Tygodnik Powszechny. Później była to więź przez tak zwany katolicyzm „otwarty”. Teraz trudno mi się identyfikować z tą instytucją. Nawet w tej otwartej formie. Jest tak z różnych powodów. Z tego, jak wygląda sytuacja w kraju oraz w jakiej kondycji znajduje się kościół w Polsce, z powodu ksenofobii, podsycania niechęci do uchodźców, nienawiści do osób nieheteronormatywnych, ale także z powodu mojej drogi naukowej. Zaczynasz rozkładać wszystko na czynniki pierwsze. Nagle zauważasz, że pewne rzeczy są powtarzalne. Szukasz w tym systemu i odnajdujesz systemowe zależności w narracjach dotyczących wiary. 

Myślę, że moje kolejne książki były dla mnie trochę azylem. Bohaterowie, z którymi się spotykałem, pozwalali mi na znalezienie duchowości w jaśniejszej formie. Chyba inaczej stało się dopiero teraz, w czasie pracy nad Szugą. Była to forma po części pozainstytucjonalna. Szukałem freaków, takich indywidualistów. Jak trafiałem na katolicyzm na Syberii, to odnajdywałem jego wersję w lepszej formie, bo tam wierzący sami są mniejszością, a duchowni wyjeżdżają tam nie z powodów konformistycznych, ale dlatego, że naprawdę uwierzyli. Starali się po prostu robić coś dobrego.   

Co mnie zmieniło najbardziej? Pamiętam, jak jeden z szamanów powiedział mi, że ciągle się czegoś boję, ale i tak idę w kierunku tego, czego się boję i jest to bardzo dobra cecha. Myślę, że miał rację, tzn. że idę w kierunku swojego lęku. Niemniej, już wcześniej, jadąc do wissarionowców, zrozumiałem, że właściwie nie mam czego się obawiać. Jeżeli ta grupa mnie zmieni albo miałbym nawet uwierzyć w to, co oni, jeżeli stracę to, co miałem i kim byłem do tej pory, to znak, że nie było to za wiele warte, jeśli można to stracić tak łatwo. Starałem się potem robić podobnie. Chciałem wchodzić w temat głęboko i z empatią. Chciałem rozmawiać z ludźmi, nie bojąc się, że zmienią mój sposób myślenia. Jest to chyba typowy dla nas lęk: przed innością, różnorodnością. 

Aktualnie jest Pan w trakcie pracy nad Szugą, której fragmenty publikowane są na Facebooku? Skąd ten pomysł?

Od dawna miałem plan na nią. Jest to książka, która bardzo długo dojrzewała we mnie. Mam nadzieję, że to dobrze i nie będzie to rzecz przeleżana. O tym projekcie opowiadam od bardzo dawna. 

Pierwszy raz chyba, w tak krótkim czasie, udało mi się zbudować strukturę książki, jej linie dramaturgiczne. Poza tym, Szuga składa się z bardzo wielu wyjazdów. Krasnorajsk zero to był jeden wyjazd, codziennie robiliśmy po dwa, trzy wywiady. Podobnie było w przypadku Czterech zachodnich staruch, mieliśmy tam tylko jeden dodatkowy wyjazd uzupełniający. Teraz wróciłem do tego, co robiłem w czasie pisania o wissarionowcach, czyli zbieram materiał o wiele dłużej. Tylko, że o ile wtedy była to jednak rzecz, która koncentrowała się wokół jednego miejsca – Zony,  to w przypadku Szugi to całkowicie inna opowieść. 

Chciałem, by to była dekonstrukcja, która jest realizowana z pomocą paru linii dramaturgicznych. Mówiąc krótko, ma to być moje pożegnanie z Rosją, jaką kochałem. Z wizją inności, takiej nieeuropejskości, która wydawała mi się bardzo inspirująca, a która okazała swoją straszną twarz.  

Ma to być opowieść o tym, że to, co wyrasta spod spodu, nie musi być dobre. Szuga to taka breja. Moment, kiedy nie ma jeszcze deszczu, a topnieje już śnieg. Od początku wiedziałem, że ma to być książka o tym. 

Jak wyglądały poszukiwania nowych bohaterów Pańskiej książki? 

Szukając osób, które prowadziłyby nas przez tę historię, trafiłem na profesora Mikołaja Mikołajewicza Karpickiego. Najpierw słyszałem o nim jako o takim freaku-prodziekanie, który mieszkał w akademiku razem ze swoimi studentami. Później natrafiłem na niego jako wykładowcę w Tomsku, który bronił grup religijnych przed Rosyjską Cerkwią Prawosławną i FSB. Kiedy rząd zaczął szukać jakiegoś kozła do bicia, okazało się, że trzeba uciekać. Dlatego Karpicki wyjechał wtedy na Donbas, a ja za nim. Wtedy zdałem sobie sprawę, że konstrukcja książki sprawia, że tekst będzie coraz ciemniejszy.  

Oprócz fragmentów Szugi na Pańskim Facebooku można znaleźć wiele komicznych zdjęć najróżniejszych ogłoszeń internetowych. I tu nasuwa się pytanie, które nurtuje nie tylko mnie, ale i moich znajomych z roku – czy na te ogłoszenia natrafia Pan w czasie zakupów czy specjalnie Pan ich szuka na różnych stronach? 

Szukam tych ogłoszeń. Mam miejsca do tego. Nie zdradzę swoich akwenów. Chociaż łatwo można je wyszperać, wystarczy przepisać ogłoszenie w Google i powinny wyskoczyć. Ja uważam tę moją działalność za artystyczną. Jest ona także dla mnie odreagowaniem mojej pracy. Na Donbas wyjechałem w zeszłym roku, a po powrocie nie spisywałem materiału przez kilka miesięcy. A przez pierwsze dwa tygodnie miałem wojenne sny, dzień po dniu. I właśnie to Allegro pozwalało mi trochę to odreagować.  

No, ale te ogłoszenia to była również próba mierzenia się z tym, czego zawsze się bałem – starałem się być anty-konsumpcjonistą. Chciałem się zmierzyć z tym demonem i czerpać przyjemność z konsumpcji. Tylko, że ta moja konsumpcja jest w jakimś sensie ułomna, zdegradowana. To są ogłoszenia przez nikogo niechciane, wzgardzone. Pomimo tego i tak znajdują się osoby, które na te ogłoszenia odpowiadają. Sam spotkałem takiego pana, który czerpie przyjemność z kupowania takich zniszczonych rzeczy, bez nóg, różka, tępych, nieświecących itp. Pytałem go, czy chociaż na tym zarabia. Powiedział, że nie, ale za to ma za darmo hobby.

Jest to fascynujący świat, który mnie bardzo interesuje. Jest to także świat, który do nas gada. Jest to pewnego rodzaju poezja, którą można też komunikować na bieżąco. Bardzo to lubię. Dzisiaj pewnie też będę je przeglądał.


Autor: Damian Frątczak

Zdjęcia: archiwum prywatne 

Damian Frątczak

Zajmuję się głównie działem kultury. Kocham filmy, szczególnie horrory (nawet te kiczowate i tanie z 2003), ale także interesuję się muzyką i ogólnie popkulturą. Od dziecka jestem fanem simsów, filmów Guillermo del Toro i twarzy Nicholasa Cage'a.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi