To nie jest kampania przedwyborcza

No dobrze, już trochę się przyzwyczaiłem… Do własnego gabinetu. Indywidualnego, w którym można rozłożyć swoje książki. Jeden z nielicznych przywilejów dyrektora. Goście przyjdą, nie trzeba nikogo przepraszać, wypraszać. Tego by mi najbardziej brakowało. No cóż… Ale… mieć więcej czasu na pisanie kolejnych artykułów… Może wreszcie jakieś porządniejsze książki, to  też nie byłoby najgorsze.mówi profesor Arkadiusz Lewicki. Z Dyrektorem Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej rozmawia Karolina Augustyn.

Karolina Augustyn: Czy będąc studentem, podejrzewał Pan, że obejmie funkcję Dyrektora Instytutu? Gdyby teraz, w którejś z grup pojawił się Arkadiusz Lewicki sprzed lat, jakie cechy by Pan w nim pielęgnował?

Profesor Arkadiusz Lewicki: Oczywiście nie myślałem, że będę dyrektorem Instytutu. Szczerze mówiąc, kiedy studiowałem, myślałem, że będę sportowcem. Uprawiałem sport wyczynowo. Grałem w koszykówkę. Jeszcze na pierwszym roku byłem w pierwszej lidze, z Wójcikiem i Tomczykiem w jednej drużynie. Był taki czas, że w pierwszej czwórce były same dolnośląskie drużyny. No, ale ten czas już nie wróci… To był dość ciekawy okres, z różnych powodów się skończył. Taki był plan, że może to będzie właśnie ta droga, sportowa. Na pewno nie myślałem, że będę dyrektorem Instytutu, o tym się nie myśli. To jest rzecz, która, w pewnym sensie, dzieje się przypadkowo.

Pielęgnowałbym w sobie cechy, które dalej są dla mnie istotne, czyli samodzielność w myśleniu i niepodleganie temu, co można nazwać owczym pędem. Nie lubię tego. Wolę, kiedy studenci się ze mną kłócą, nie zgadzają, uważają, że nie mam racji. Jasne, bywa to irytujące, ale to są najczęściej ci studenci, którzy potrafią sami myśleć. Samodzielność w myśleniu, szeroko pojęta, jest chyba tą cechą, którą lubiłem wtedy u siebie i myślę, że teraz też warto ją pielęgnować. U siebie i u was.

Co Pana najbardziej denerwuje w studentach?

Szczerze? To samo, co najbardziej mnie denerwuje w ludziach. Ogólnie głupota. To jest cecha, której nie lubię. Trudno ją zdefiniować. Zdarzają się ludzie inteligentni, którzy są jednocześnie głupi. Ale, na szczęście, brak mądrości często przechodzi z wiekiem.

Możemy sobie narzekać, że studenci nie czytają, że się nie uczą. Mam teorię, którą nawet kiedyś opisałem w artykule, że to kwestia tego, że z wiekiem, my, wykładowcy, musimy mieć coraz głupszych studentów. I to nie dlatego, że oni są naprawdę głupsi. Dlatego, że na przykład ja zaczynałem pracę 20 lat temu, byłem 5 lat starszy od studentów. Miałem te 5 lat przewagi. 5 lat, pomnożone przez 50 przeczytanych rocznie książek, daje 250 książek przewagi nad studentem. Ja mam lat 45, czyli przewaga to już kilka tysięcy lektur. Więc to nie jest tak, że student jest głupszy, tylko każdy z nas, prowadzących, czyta, zdobywa wiedzę. Ta przepaść musi, siłą rzeczy, w jakiś sposób rosnąć. Nie uważam, żeby dzisiejsi studenci, w jakiś wyjątkowy sposób, różnili się od tych sprzed 20 lat. Zawsze byli dobrzy, gorsi, tacy, którym się chciało i ci, którzy przyszli, bo nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Trudno traktować studentów jako jedną grupę, która jest homogeniczna.

Jakie cechy najbardziej ceni Pan u swoich słuchaczy?

Inteligencję. W moim odczuciu ta cecha jest najciekawsza. Inteligentny człowiek zawsze potrafi wybrnąć z sytuacji, to jest fajne.

Gdyby mógł Pan poprosić studentów o jedną rzecz, co by to było?

Przychodzą mi do głowy różne, głupie odpowiedzi. Nie odmówiłbym, gdyby chcieli mi sprezentować ładne Porsche. Może zdrowie, ale tego mi nie dadzą, byleby nie pogorszyli psychicznego.

Co będzie pierwszą rzeczą, którą zrobi Pan po ustaniu pandemii?

Myślę o dość trywialnych rzeczach. Chętnie pójdę do knajpy na piwo. To chyba jest coś, czego nam wszystkim teraz brakuje. Możemy się próbować spotykać przez komunikatory, ale to jednak nie to samo. To mi się rzeczywiście marzy. Po prostu usiąść w jakimś ogródku, ze znajomymi, pożartować, napić się zimnego piwa i poczuć ludzi obok siebie.

Czas na rozmowę o filmach. Gdyby miał Pan porównać obecną sytuację w naszym kraju do jednego filmu, jaki byłby to obraz?

Mój ulubiony film pandemiczny swego czasu nie był zbyt popularny. Jest mniej więcej sprzed 10 lat. To Ostatnia miłość na ziemi, w którym grają Ewan McGregor i Eva Green. Pokazuje  problem, ale bez zombie i potworów. Trochę w tym klimacie, w którym teraz żyjemy. Pandemia, którą ukazuje, jest podstępna i niewidoczna. Dotyka po kolei różnych zmysłów. Zaczyna się od zapachu, później tracimy smak, pojawiają się problemy ze słuchem, wzrokiem i dotykiem. Świat, który nagle musi się przestawić na inne tory. Co ciekawe, główny bohater jest kucharzem. I tu pojawia się pytanie, jak działać w gastronomii w momencie, gdy ludzie nie mają smaku? Okazuje się, że można, działając fakturą potraw, kolorem, konsystencją.

Tak, to rzeczywiście świetny film, pokazujący chyba właśnie to, co teraz nas spotyka. To, że tracimy rzeczy, wydawałoby się, oczywiste, nieistotne, małe. Drobne przyjemności, właśnie tę możliwość wyjścia na piwo, która była kiedyś oczywista. Teraz uświadamiamy sobie, jak bardzo nam tych rzeczy brakuje.

To bardzo ciekawa propozycja. Szczerze mówiąc, w Redakcji strzelaliśmy, że wskaże Pan Dzień Świra.

To też jakoś by się wpasowało. Jeśli mówimy o sytuacji politycznej, to tak, ten film się świetnie nadaje.

Pamiętam naszą rozmowę o tym, dlaczego w Polsce nie robi się horrorów. No i mamy horror, przynajmniej tak skatalogował go Filmweb. W lesie dziś nie zaśnie nikt – oglądał Pan?

Nie widziałem, niestety. Od kiedy wybuchła pandemia, siedzę przed komputerem i przygotowuję zajęcia dla studentów :). Przyznaję się bez bicia, nie jestem wielkim fanem horrorów. Lubię tylko kilka, Lśnienie Kubricka na czele. Ten gatunek nie jest mi specjalnie bliski. Jeśli mam wybierać wieczorem coś, co sprawi mi przyjemność, to raczej nie będzie to horror…

Gdyby mógł Pan zostać bohaterem jednego filmu, kogo by Pan wybrał?

Niech będzie, Indiana Jones. Nie grał w kosza, ale po pierwsze, na jego wykładach studentki miały namalowane na oczach pewne napisy… To zawsze jest marzeniem, każdego, profesora. No i te przygody… Umówmy się, to kino mojego dzieciństwa, więc jak szukać bohaterów to tych, których znamy dobrze, od dziecka.

Pana ulubiony superbohater to?

Nie jestem wielkim fanem, oczywiście oglądałem, ale nie lubuję się. Ulubiony… Czarna Wdowa. Bo nie padło pytanie, z którym chciałbym się utożsamiać :). Jeżeli już, to właśnie Scarlett Johansson w roli Czarnej Wdowy. Tak, ma to swój potencjał. Ewentualnie Kobieta Kot, ale w wersji z Michelle Pfeiffer u Tima Burtona.

Najgorszy film jaki widział Pan w życiu?

Filmowy, polski Wiedźmin. Jedno z największych rozczarowań. Jako fan Sapkowskiego i fan sagi, byłem bardzo zniesmaczony tym „trailerem do serialu”. Sam serial był jeszcze znośny, ale film to koszmar, zlepek niepołączonych ze sobą scen. Myślałem, że nie da się tego zepsuć, a jednak autorom filmu się udało. Wycięto fragmenty, poskładano ze sobą bez ładu i składu i to największy grzech Wiedźmina.

W temacie Pańskiej książki Seks i dziesiąta muza. Erotyzm, relacje intymne i wzorce genderowe w kinie przedkodeksowym (1894-1934) – jak widzi Pan tę kwestię na przykładach filmów z XXI wieku? Czy motyw erotyzmu to jeszcze sztuka czy już chleb powszedni?

Pierwotny zamysł był taki, że spróbuję prześledzić historię erotyki w całym kinie, od początku do końca. W pewnym momencie zorientowałem się, że jestem na latach dwudziestych, a mam już 400 stron. Okazało się, że ten początek kina, pierwsze lata, były bardzo interesujące, może bardziej interesujące niż to, co mamy dzisiaj.

Używałem w książce takich stwierdzeń, że dzisiaj myślimy, że jesteśmy bardzo wyzwoleni erotycznie i erotyzmu w kinie mamy bardzo dużo. Jednak porównując filmy, oczywiście mówię o głównym nurcie i kasowych przebojach, to, paradoksalnie, te nowe są bardziej purytańskie niż te, które ukazały się, chociażby w początkach lat trzydziestych. Wtedy już pojawił się dźwięk, a nie było jeszcze powszechnie obowiązującego kodeksu produkcyjnego. Dzisiaj mniejszym problemem jest pokazywanie nagości, ona jest obecna, ale w dość specyficzny sposób zawoalowana.

Pytanie też, co rozumiemy przez pojęcie „erotyzmu w filmie”. Jeśli będziemy myśleć o prężnie rozwijającej się, i tak zawsze było, branży pornograficznej, to ta dziś jest dostępna na dwa kliknięcia. Wcześniej było to bardziej skomplikowane. Jednak porównując dzisiejsze czasy z czasami sprzed 100-150 lat, my jesteśmy bardziej purytańscy.

Mam takie badanie, jedno z ulubionych, które było przeprowadzone w 1902 roku, wśród studentów Uniwersytetu Lwowskiego. Zapytano ponad 1000 osób o to, ilu z nich regularnie chodzi do domów publicznych. 86% z nich odpowiedziało, że jest to systematyczny sposób spędzania przez nich wolnego czasu.

Jeśli spojrzymy na kino z ostatnich 20 lat, badając te najpopularniejsze filmy, to, w zasadzie, seksu nie mamy. W Avengers – dwa pocałunki i nic więcej. Patrząc na zestawienia, które lubię, bo dużo mówią o kulturze, najbardziej kasowych filmów, to, oprócz Greya, i kilku wyjątków, nasze kino jest bardzo purytańskie. I na dodatek, jest przeznaczone dla dwunastolatków.

Ma to swoje uzasadnienie komercyjne. Są to filmy, jednocześnie dla dzieci i rodziców. Teraz dominuje kino familijne. Poza momentem lat siedemdziesiątych, kiedy kino głównego nurtu było dość odważne w podejmowaniu różnorakich tematów, to później już tego nie znajdziemy. Prędzej w serialach, one są dzisiaj bardziej progresywne.

Aktywnie ogląda Pan seriale?

Tak, choć znowu, dość paradoksalnie, odkąd zaczął się koronawirus, nie mam na nie czasu. Ale próbuję. Najbardziej lubię moment, kiedy mogę wygodnie usiąść, zrobić sobie binge-watching, obejrzeć od razu cały serial, za jednym zamachem.

Westworld, trzeci sezon, ciekawie się zaczyna rozkręcać. Pewnie za moment, będziemy trochę płakać, że nie ma nowych seriali. Wszystko jest teraz zawieszone. Myślę, że na dobre przyjdzie nam trochę poczekać.

Dzisiaj seriale są dużo ciekawsze niż filmy. Również z powodów obyczajowych. Przełamywanie różnego typu tabu  jest w nich, chyba, łatwiejsze. To, znowu, jest związane z całym systemem produkcyjnym. Z tym, chociażby, że telewizje płatne nie podlegają w USA pod przepisy związane z ograniczeniami wiekowymi i cenzurą.

365 dni Blanki Lipińskiej, widział Pan?

Oglądam wszystko, jak leci, więc pewnie kiedyś i ten film obejrzę. Natomiast nie spodziewam się za wiele. To czasami też jest dobre, bo jeżeli mamy przekonanie, że film jest beznadziejny, to jeżeli tylko pojawi się w nim coś odrobinę bardziej interesującego, on już w naszych oczach zyskuje.

Paradoksalnie, filmy, które wszyscy uważają za ostatnią chałę i dno, kiedy już się nasłuchamy, że one są tak złe, okazują się mieć kilka całkiem fajnych scen, które cokolwiek ze sobą niosą.

…Sycylia jest ładnie pokazana.

Pewnie ładne miejsce, nie wiem, nie zobaczę. Chociaż mam bilety na czerwiec, na Sycylię

Przewija się temat kina i kobiet. Czy to właśnie ten kobiecy pierwiastek najbardziej lubi Pan obserwować na ekranie?

Filmy oglądam z bardzo różnych powodów. Często z obowiązku. Niewątpliwie kino było tym medium, które w jakiś sposób wykreowało pewne wzorce, które się pojawiają i utrwalają.

Pozycja kobiet bywała w filmach różna. No, ale niewątpliwie kobiety w ogóle są istotnym elementem rzeczywistości, więc dlaczego nie miałyby być istotnym elementem kina? 🙂

Rozumiem, że kino jest Pana wielką pasją, a co oprócz niego?

Mimo wszystko, z pierwszego wykształcenia jestem polonistą, do czytania też powracam. Muszę się, niestety, przyznać, że dla przyjemności czytam głównie rzeczy, których jakość nie zawsze jest najwybitniejsza. Wieczorami lubię sięgnąć po kryminały albo wielotomowe powieści fantasy. Co nie zawsze jest dobre, ale to te grzeszki, które na wieczór, po czytaniu prac magisterskich, licencjackich, wypracowań studentów, tudzież poważnych książek o produkcji filmowej, otwieram dla przyjemności.

Teraz czytam kilka naraz, jak zawsze. Wróciłem, po latach, do książki, którą czytałem w młodości. Roger Żelazny i jego wielotomowe opowieści o książętach z Amberu. Niestety teraz widzę, jak ona jest źle napisana. Co nie przeszkodziło mi połknąć dwóch tomów, liczących po tysiąc stron. Zgrzytałem zębami, czułem, jakie to jest niedorobione. No, ale w młodości mnie to fascynowało.

Nad czym Pan teraz pracuje? Oprócz zarządzania Instytutem w kryzysie…

No i to jest właśnie ten problem…

Dobrze, pochwalę się, dwa dni temu udało mi się, wreszcie, skończyć artykuł do księgi jubileuszowej mojej ulubionej, krakowskiej pani profesor Grażyny Stachówny. Odchodzi na emeryturę i zgodnie z uniwersyteckim zwyczajem przyszykowany jest dla niej tom, taki „ku czci”. A że miał on być o melodramatach, wymyśliłem, że porównam Titanica z Przeminęło z wiatrem. Stworzyłem 8 punktów, których trzeba przestrzegać, by nakręcić kasowy przebój melodramatyczny. Tak, mam na to przepis.

Kolejny artykuł czeka „w zamówieniach”. Jest seria, którą tworzy mój kolega, poświęcona polskim krytykom filmowym. Ten nowy będzie o Jerzym Płażewskim, który jest bardzo ciekawą postacią.

Cały czas w rozkładzie jest książka, która miała być napisana dla zachodniego czytelnika. Okazuje się to być dosyć skomplikowane. Z powodów, jakby to ładnie ująć, innych procedur w wydawnictwach amerykańskich i anglosaskich. Są one dosyć skomplikowane, nie zawsze przejrzyste. Pracujemy nad książką, dotyczącą polskiego kina popularnego lat osiemdziesiątych. Taka idea fix, która się kiedyś pojawiła, żeby o tym kinie napisać w trochę innym kontekście. Nie tylko w świetle samego PRL-u, ale też jak ten późny PRL wpisuje się w coś, co obecnie jest przywoływane w kulturze. Czyli tak nostalgia za 80s, ona się pojawia, na przykład, w Stranger Things. Były już popularne lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, teraz przyszła chyba moda na osiemdziesiąte. Można to ładnie opisać. Chociaż kino polskie z tego okresu bywa kiczowate i straszne, jak Klątwa Doliny Węży. Dość koszmarny film, jeżeli chodzi o efekty specjalne.

Myślał Pan o nagraniu własnego filmu? A może już taki powstał?

Nie, nie myślałem. Na szczęście wiem jakie to jest skomplikowane. Porywanie się na taki projekt chyba nie leży w moim charakterze. Za bardzo doceniam profesjonalizm. Nie jest to jakimś moim marzeniem. No, może gdybym wygrał 300 milionów złotych, w jakiś film mógłbym zainwestować. Ale realizację powierzyłbym komuś innemu. Wiem, że nie mam odpowiednich narzędzi, żeby zapanować nad tak złożonym mechanizmem. Bez wielu lat doświadczenia, edukacji, raczej nie ma co się porywać z motyką na słońce.

Gdybym się mocno zastanowił i przyłożył, może byłbym w stanie napisać scenariusz, który miałby jakieś plot pointy, w odpowiednich momentach. Ale, z pewnością, nie chciałbym tego reżyserować.

Skoro jesteśmy przy reżyserii. Ulubiony reżyser?

Pytanie z tych podchwytliwych. Mógłbym wymienić kilka nazwisk i to byłaby pewna kreacja. To też jest fascynujące, kiedyś się nad tym zastanawiałem. Muzeum Kinematografii w Łodzi rozsyłało do naukowców, krytyków ankietę. 12 filmów na 120 lat kina. I zastanawiałem się  nad metodami, którymi wybiera się takich reżyserów i filmy. Oczywiście trzeba zaznaczyć klasyki, żeby pokazać, że się je zna. Trzeba dorzucić ze dwie rzeczy, które są niby na pograniczu arcydzieła, ale nie wszyscy się zgadzają. No i najlepiej jeszcze dwie rzeczy, które będą kompletnie odjechane, żeby uznano, że ma się własny gust.

Mogę wymienić kilku reżyserów. Z klasyków uwielbiam Buñuela, zawsze mnie bawił swoimi pomysłami. Z późniejszych czasów Kubrick, który zachowywał bardzo równy poziom. Jego wszystkie filmy są równie interesujące. Z półgrzesznych przyjemności – Tarantino, również jest zabawny. Lubię reżyserów, którzy potrafią powiedzieć coś mądrego, a jednocześnie bawić. Myślę, że to jest istotne. Gdybym miał do tego dorzucić kogoś odjechanego, to Chan-wook Park, koreański reżyser. Jego filmy mnie bardzo śmieszą, a jednocześnie są interesujące wizualnie, co też jest dla mnie ważne.

W temacie koreańskich filmów, widział Pan Parasite?

Tak. Myślę, że to bardzo ciekawy film. Ogólnie, kino koreańskie jest u nas mało znane, a bardzo interesujące. I Parasite rzeczywiście był przewrotny, nieoczywisty. Bardzo mnie zaskoczyło, że dostał Oscara, to się jeszcze do tej pory nie zdarzyło, żeby Amerykanie przyznali Oscara filmowi z napisami. To jeden z tych obrazów, które, z jednej strony, są atrakcyjne dla widza, nie nudzą, opowiadają jakąś historię, jest tam dynamizm. Z drugiej strony jest w nim całe mnóstwo, różnych smaczków, które można sobie odnaleźć, one wręcz domagają się jakiejś interpretacji.

Dlaczego taras w naszym Instytucie jest takim ważnym miejscem dla wykładowców? Czy może to, co się dzieje na tarasie, zostaje na tarasie?

Z jednej strony tak – to co dzieje się na tarasie, zostaje na tarasie. On jest ważnym miejscem z różnych powodów. Nie mamy swojej wspólnej przestrzeni, jesteśmy kątem u informatyków. Trochę taką funkcję miejsca spotkań pełni ten taras. Można wyjść, pogadać w przerwie, trochę o sprawach zawodowych, trochę o sprawach prywatnych. Rzeczywiście trudno chyba znaleźć inne takie miejsce.

To może zaapelujemy do studentów, żeby tam nie przychodzili, nie przeszkadzali :)?

Nieee, możecie przychodzić. Tam się nic strasznego nie dzieje.

Jak to jest być Dyrektorem IDiKS? Gasić pożary i brać na siebie wszystkie studenckie pretensje z profilu facebookowego Instytutu?

Zupełnie poważnie mówiąc, to nie jest coś, co specjalnie chciałem robić. W pewnym momencie tak wyszło, poukładało się, trochę przypadkowo. I tak już jest. Różnie to bywa, są lepsze i gorsze momenty. Jest całe mnóstwo pracy biurokratycznej, tego na pierwszy rzut oka nie widzicie. Daje to poczucie marnowania czasu, na biurokrację trzeba poświęcić całe mnóstwo godzin, czasem dni. To często dojmujące, męczące.

Jeżeli mówimy o tym specyficznym momencie to, jasne, pojawiają się różnego typu głosy, zarzuty. Tłumaczę sobie to tak, że zawsze będą ci niezadowoleni, gdyby nie było koronawirusa, to znaleźliby się studenci, którym nie pasuje coś innego. Poza tymi, nielicznymi, głosami mam wrażenie, że reszta jest dosyć budująca. Zarówno w kontekście zespołu pracowników, jak i w kontekście studentów.

Z współpracownikami mieliśmy kilka spotkań w sieci, mamy codzienny kontakt przez zapośredniczone sposoby komunikacji. To pokazuje, że chyba, mimo wszystko, nam się udało. Nie my wymyśliliśmy koronawirusa, musieliśmy się w ciągu chwili przestawić na zupełnie inny sposób funkcjonowania. Nikt wcześniej nie miał szansy go przećwiczyć. Zaangażowanie, wzajemne wspieranie się wśród współpracowników jest bardzo ważne. Dobrze, trochę zdradzę, my też się pogrupowaliśmy, łączyliśmy się przez Teams, żeby sprawdzić, co kliknąć, żeby was było widać, nas słychać. Powstawały spontaniczne grupy wsparcia, gdzie podpowiadaliśmy sobie jak działać, to było budujące. Taki fajny moment, w którym okazuje się, że możemy i chcemy sobie pomóc i się wspierać.

To jest też odczuwalne od znakomitej większości studentów. Mam wrażenie, że potraficie zrozumieć sytuację, w której się znaleźliśmy. Nauczanie zdalne jest, i będzie, inne niż nauczanie w salach. No tak, inne, ale to nie zawsze oznacza, że będzie gorsze.

Te rzeczy dają mi satysfakcję, że udało się stworzyć społeczność, mówię zarówno o współpracownikach, jak i o studentach. Mam wrażenie, że nasz Instytut jest, pod tym względem dość wyjątkowy na tle innych. Mamy jakieś poczucie wspólnotowości, które bardzo mnie cieszy. I jeśli mówić o sukcesach tej kończącej się kadencji Dyrektora, to głównie o tym, że udało się stworzyć to poczucie wspólnoty.

Uprzedził Pan moje o pytanie o wyjątkowość naszego Instytutu.

Tych wyjątkowych rzeczy jest, oczywiście, całe mnóstwo. Porównując się z innymi jednostkami, rzeczywiście, funkcjonujemy w zupełnie odmienny sposób. Instytut cieszy się ogromną popularnością wśród kandydatów, mamy po 14-15 osób na jedno miejsce. Unikatem jest fakt, że zatrudniamy ludzi z rynku. Co też jest komplikacją i powodem do wielu frustracji. Reszta Uniwersytetu nie rozumie, że można tak działać. Ale to jest powód, dla którego studenci chętniej do nas przychodzą. Dajemy Wam nie tylko część teoretyczną, która, w moim odczuciu, jest ważna i istotna, ale zachowujemy balans z praktyką. A praktykę dają kontakty z ludźmi, którzy pracują w mediach, agencjach PR, marketingowych.

Często żartuję, że z jednej strony fajnie jest, gdy wiecie, jak trzymać mikrofon, żeby dźwięk się nagrał. Ale jeszcze lepiej jest, gdy wiecie, co do tego mikrofonu powiedzieć. Po polsku, poprawnie i z jakimś backgroundem związanym z wiedzą. Bez tej wiedzy niewiele da się zrobić. Ładnie stanąć przed kamerą i wiedzieć, który guzik nacisnąć to jedno, ale druga rzecz, to mieć coś przed tą kamerą do powiedzenia. Tak, jesteśmy wyjątkowym Instytutem.

Dużo Pan podróżuje w związku z konferencjami naukowymi? Z jakimi ośrodkami współpracuje Instytut w kraju i na świecie?

Indywidualnie, bardziej prywatnie, ja uwielbiam podróże. To jest dla mnie najgorsze zmartwienie, że może w związku z koronawirusem, podróże po świecie się skończą. Nie będą proste, łatwe, a może nie będzie ich wcale. Jeden z większych bóli, który mnie obecnie prześladuje. Lubię jeździć, poznawać nowe miejsca, nowe miasta. Jestem jednak miejski… Chociaż w zeszłym roku udało mi się zobaczyć Wielki Kanion i Dolinę Śmierci. Rzeczywiście te miejsca zrobiły na mnie ogromne wrażenie, oprócz miast właśnie takie widoki mnie fascynują.

Zawodowo, jednym z przywilejów naukowca, jest też możliwość podróżowania w celach badawczych. Konferencje, które odbywają się w różnych miejscach na świecie, są istotne. Z jednej strony, można się czegoś dowiedzieć. Chociaż gdybym chciał się tylko czegoś dowiedzieć, pewnie przeczytałbym książkę, w której ta wiedza byłaby jasno i wyraźnie napisana. Wyjazdy dają coś, czego nie da się stworzyć za pomocą książek i webinarów. Są możliwością budowania i zacieśniania sieci kontaktów, które później procentują. Znacznie łatwiej porozumieć się z naukowcem z innego kraju, kiedy mieliśmy wcześniej czas, by w kuluarach czy na bankiecie pożartować, porównać doświadczenia, ponarzekać na system edukacji. To buduje zupełnie inne relacje.

Czysto prywatnie uwielbiam podróżować. Wyjazdy naukowe, w moim odczuciu, są bardzo istotne, w naszym Instytucie jest ich sporo. Mamy też studentów anglojęzycznych. Jeszcze tylko nikogo z Australii u nas nie było, poza tym już każdy kontynent u nas gościł. Żartuję sobie, że mamy wśród studentów wszystkich od Jezusa, do Lenina. Studiował u nas Jesus z Meksyku, a chłopak, który na drugie imię ma Lenin, był z Ekwadoru. To podobno bardzo popularne imię w jego kraju, ale on nie był z niego dumny.

Na seminarium mam studentów z Turcji, Azerbejdżanu, Maroka, Serbii, Czech, Niemiec, Kirgistanu, Chin, Algierii. W tym momencie założenie „multi-kulti” jest realizowane w stu procentach. Program Erasmus też powoduje, że zagraniczni badacze i studenci często nas odwiedzają, być może studenci polskojęzyczni, na pierwszy rzut oka, tego nie widzą, ale tak jest.

Kto i jak dobiera zespół? Nasi wykładowcy są inspirującą mieszanką wybuchową, jest jakaś cecha, która jest powtarzalna, na którą zwraca Pan uwagę dobierając współpracowników?

To trochę skomplikowane. Mamy trzy kategorie osób, które u nas pracują. Pracownicy etatowi, którzy są zatrudnieni na etacie przez Uniwersytet. Na ten moment w naszym Instytucie to około 50 osób. Druga kategoria to doktoranci, którzy nie są pracownikami, ale są związani z Uniwersytetem. I trzecia, czyli współpracownicy – najczęściej ludzie z branży. Chociaż nie tylko. Zatrudniamy też wykładowców z innych uczelni, na przykład, z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Takich, którzy są specjalistami w dziedzinach, które są dla nas ważne. Jeśli mamy możliwość zatrudnienia, na przykład, profesora Kazimierza Wolnego-Zmorzyńskiego, który w gatunkach dziennikarskich się specjalizuje, dlaczego nie.

Każdy student Dziennikarstwa wie, że gatunki dziennikarskie są najważniejsze w całym programie.

No tak, w tym momencie żal nie sięgnąć po jego doświadczenie.

Idąc dalej, zespół nie jest jednorodny. Trochę inaczej dobierani są ci ludzie, którzy tworzą trzon, pracownicy etatowi. Z reguły jest też tak, że pierwsze zatrudnienia są na czas zamknięty. Patrzymy, czy ta osoba się sprawdza, czy potrafi w zespole funkcjonować.

W moim odczuciu, przy pracownikach zewnętrznych to jest proces. Wiemy, że ktoś jest dobrym specjalistą w swojej dziedzinie, ale nie mamy pewności, czy jest dobrym dydaktykiem, to nie zawsze jest ze sobą powiązane. Maradona był genialnym piłkarzem, fatalnym trenerem, czasami tak bywa. A zdarza się, że przeciętny piłkarz jest świetnym trenerem. Mieliśmy doświadczenia z paroma gwiazdami dziennikarstwa, które przyjeżdżały na zajęcia z Warszawy. Okazywało się, że świetny dziennikarz jest kiepskim pedagogiem. To jest proces, który jest ciągle ewaluowany, sprawdzamy opinie studentów, dopytujemy, na ile te osoby spełniają oczekiwania studentów.

Instytut obchodził dopiero dziesięciolecie, więc patrząc z perspektywy ponad 300 lat Uniwersytetu, te 10 lat jest dopiero chwilą. Budowanie zespołu jest procesem, który jest rozłożony w czasie. Z jednej strony regulowanym trochę naturą, jakby to nie zabrzmiało, ale część profesorów odchodzi na emerytury, pojawiają się nowe pokolenia, nowi doktoranci, osoby, które czymś się wykazują, dydaktycznie i naukowo.

Jeśli mówimy o pracownikach etatowych, musicie państwo pamiętać, że zwłaszcza dzisiaj, przy tych kolejnych zmianach, parametryzacjach, dydaktyka musi być łączona z działalnością naukową. To też nie zawsze jest oczywiste, że świetny naukowiec będzie dobrym dydaktykiem. Więc próbujemy to wypośrodkować i znaleźć jakiś złoty środek i mam nadzieję, że się to udaje.

Odnoszę wrażenie, i nie tylko ja, że tworzą Państwo, jakkolwiek to nie zabrzmi „fajną ekipę”.

No tak, to rzeczywiście, to są fajni ludzie. To się jakoś sprawdza. Zdradzę może pewną tajemnicę, ale my się też lubimy prywatnie, w sporej części. To jest rzeczywiście taka ekipa, która w znakomitej większości, od czasu do czasu, może nie wszyscy i nie naraz, spotyka się zupełnie prywatnie. My się chyba, po prostu lubimy.

Wracając do kończącej się kadencji, kiedy wybory?

Wybory? 10 maja podobno.. 🙂

Na Dyrektora Instytutu?

Uniwersytet jest w dosyć specyficznej sytuacji. 20 marca miały odbyć się wybory rektorów, bez nich nie będzie wyborów dziekanów i dyrektorów instytutów. To wszystko jest teraz zawieszone. Trudno przewidzieć, do końca sierpnia nowy rektor powinien być wybrany, według Statutu Uczelni.

Komisja Uczelniana czeka na poluzowanie reżimów sanitarnych, żeby udało się przeprowadzić te wybory w sposób fizyczny. Jest to jeden z większych problemów w funkcjonowaniu uczelni. Czyli to, jak przeprowadzić, w miarę sensownie, głosowania tajne. Nie da się tego zrobić przez Zoom, przez podniesienie ręki do kamerki. Na Uniwersytecie nadal próbujemy się przejmować tajnością wyborów. Musi być jakiś system, który by pozwalał na pracę zdalną i na głosowanie, które umożliwiłoby zachować tę przymiotnikowość wyborów.

Odbyła się mailowa dyskusja 200 elektorów, w bardzo newralgicznym momencie, w którym decydowaliśmy, czy wybory się w ogóle odbędą. Doszliśmy do wniosku, ze zdalne głosownie niczego nam nie ułatwia, wręcz utrudnia. I tajność, i wolność tych wyborów. Formalnie kadencja trwa do końca sierpnia, moja również .

To świetny przykład dla innych, że Uniwersytet zwraca uwagę na takie wartości jak tajność i wolność wyborów. Będziemy trzymać kciuki za Pańską kolejną kadencję.

Tak, ktoś musi. A co do kolejnej kadencji… szczerze? No dobrze, już trochę się przyzwyczaiłem… Do własnego gabinetu. Indywidualnego, w którym można rozłożyć swoje książki. Jeden z nielicznych przywilejów Dyrektora. Goście przyjdą, nie trzeba nikogo przepraszać, wypraszać. Tego by mi najbardziej brakowało. No cóż… Ale… mieć więcej czasu na pisanie kolejnych artykułów… Może wreszcie jakieś książki porządniejsze, to też nie byłoby najgorsze.

To wszystko teraz w rękach ludu…

Lud pracujący miast i wsi…

Panie Profesorze, nam wszystkim już smutno, tęsknimy. I za wykładowcami, i za Instytutem…

Rozumiem… Ja raz w tygodniu jeżdżę do Instytutu, żeby podpisać dokumenty, które się piętrzą. Wedy robię zdjęcie na tym naszym balkonie, wstawiam na pracowniczą grupę facebookową, żeby wszystkim przypomnieć, że balkon dalej działa i istnieje.

To, o czym mówiłem wcześniej, teraz zdajemy sobie sprawę, jak bardzo nam brakuje rzeczy, na które często wyklinaliśmy i wydawały nam się utrapieniem. Teraz chętnie byśmy do nich wrócili… I tęsknimy za nimi.

Jest Pan jednym z niewielu wykładowców, którym podczas rozmowy nie przeszkadzają zwierzęta.

Kot biega po podwórku, a pies bardzo boi się schodów, nigdy tu nie był… To duży pies, który ma parę wad, ale jedną z jego zalet jest to, że nie jest hałaśliwy. Dlatego tym razem zwierząt nie ma, ale tak, mam psa i kota :).


Karolina Augustyn

zdjęcia: archiwa prywatne

Karolina Augustyn

Jak zostać omnibusem? Kompulsywnie kupuj książki, buduj z nich stosy wstydu, które następnie stworzą literacką fortecę. Zuchwale nazywaj rzeczy po imieniu, analizuj, goń za faktami i bryluj wśród fascynującego uniwersum fikcji. A jak już uświadomisz sobie, że świat jest niemożliwy do ogarnięcia, zachwycaj się nim, ludźmi i prozą życia. I zostań ze mną, przeczytaj o kulturze. Dobrze jest być kulturalnym, prawda? PS W moim sercu mieszka Podkarpacie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi