Typowy ze mnie mieszczuch-urzędnik

Ile jest klubów studenckich? Mediów studenckich faktycznie przez studentów słuchanych? Grup kabaretowych? Teatrów? Przestrzeni artystycznych? Czasopism? Jaki procent studentów o nich wie? Nie jestem fanem czasów PRL-u, ale wtedy kultura studencka, finansowana przez władzę, którą w zasadzie nieustannie ośmieszała, była elitarna, była kuźnią kadr, jak pisał o niej kiedyś Mirosław Pęczak. Dzisiaj, takie odnoszę wrażenie, jeśli studenci się spotykają w jakichś przestrzeniach (np. festiwale filmowe), to jest to wynik podobnych zainteresowań, ale niekoniecznie kształtowanych przez kulturę studencką. Zniknęło także poczucie elitarności studiów, a szkoda, bo nie chodzi przecież o poczucie wyższości, lepszości w stosunku do nie-studiujących, ale o poczucie wspólnoty.

Lubi swoją pracę, ponieważ zawsze znajdzie podczas badań intrygujący temat do przeanalizowania. Nieważne czy przyjdzie ze strony innego wykładowcy, czy studenta. Jeśli drugi człowiek chce rozmawiać, nigdy nie będzie to czas stracony – dr Michał Rydlewski. Rozmowę prowadził Waldemar Krasnodębski.

Waldemar Krasnodębski: Zajmuje się Pan badaniem kultury, jest też autorem kilku publikacji na ten temat. Co, według Pana, oznacza bycie w dzisiejszych czasach człowiekiem kultury czy też człowiekiem kulturalnym?

Dr Michał Rydlewski: To w gruncie rzeczy pytanie o kanon kultury, gdyż to kultura będzie wyznaczała kulturalność, a co za tym idzie, definiowała człowieka kulturalnego w odróżnieniu od niekulturalnego. To kultura i wyznaczona przez nią kulturalność powie nam, co trzeba wiedzieć, co czytać, co oglądać, czego słuchać etc., aby być uznanym za człowieka kulturalnego, czyli obytego z kanonem sztuki i uczestniczącego w dzisiejszych praktykach kulturalnych. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy trzeba jasno zdefiniować kanon, a szczególnie jego treść, czyli ustalić, jaki brak wiedzy kompromituje tego, kto jej nie posiada. Uważam to za niezwykle trudne zadanie, a być może nawet niemożliwe we współczesnej ponowoczesnej kulturze, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie jej cechy konstytutywne. Ponadto kanon się zmieniał, był i jest relatywizowany do odpowiednich klas społecznych i grup społecznych, dzisiaj jednak ten proces, z wielu względów, w tym także komunikacyjno-medialnym, przyśpieszył. Zamiast poszukiwania konkretnej treści kanonu szedłbym raczej w stronę sposobu partycypacji w kulturze, tj., sposobu uczestnictwa w niej polegającego na otwartości, pewnej zachłanności, wszystkożerności, interesowaniu się wszystkim, nieważne skąd pochodzącym (z muzeów czy z Internetu). Z moich obserwacji wynika, że studentów raczej nie kompromituje brak jakiejś wiedzy, ile sposób podejścia do niej. Kompromituje raczej niechęć do zapoznania się z czymś, choćby pobieżnego. I to jest zrozumiałe, bo trudno sobie wyobrazić, chociażby ze względu na ekonomię uwagi, poznanie wszystkiego, co było i co jest, a co za chwilę będzie tym, co było. Nikt nie ma tyle czasu. I kto ten kanon miałby wyznaczać?

A co może Pan powiedzieć o współczesnej kulturze studenckiej, biorąc pod uwagę w szczególności studentów Uniwersytetu Wrocławskiego?

Nie prowadzę w tym zakresie jakichś pogłębionych badań, więc mogę jedynie powiedzieć o pewnych „rozrzuconych” obserwacjach. Nie wydaje mi się, tak na pierwszy rzut oka, żeby istniała „współczesna kultura studencka” rozumiana jako zbiór stosunkowo powszechnie respektowanych i akceptowanych przekonań, postaw, wartości, norm, wzorów zachowań, sposobów spędzania wolnego czasu etc. Większość współczesnych studentów patrzy na swoje studia pod kątem ich indywidualnej użyteczności, a nie wspólnoty uniwersyteckiej, do której należy. Może już nie mają takiej potrzeby? Może społeczna instytucja uniwersytetu nie potrafi stworzyć tego ducha wspólnotowości? Kultura studencka powoli umierała po 1989 roku, na co złożyło się wiele czynników, by wymienić tylko proces poddania uniwersytetu wymogom rynkowym (kiedyś napisałem o tym artykuł dla „Gazety Wyborczej”, ale gdzieś zaginął w wirze życia).

Student zaczął być traktowany jako klient, a nie członek społeczności. Ponadto wielu studentów dziennych pracuje, choć nie są do tego finansowo zmuszeni, to raczej wymóg konsumpcyjnego stylu życia, by nie odstawać od reszty (zdaję sobie sprawę, że to rozróżnienie jest sztuczne i trudne do zdefiniowania bo jedno napędza drugie, ale to mój punkt widzenia). Cieszy fakt, że chcą być niezależni, np. od rodziców, ale czy czasem nie jest tak, że praca przeszkadza im po prostu w studiowaniu? Za moich czasów, choć zdaję sobie sprawę, że studiowałem w innych czasach, bo to był początek lat dwutysięcznych, inny kierunek, w zasadzie kierunki (etnologia i filozofia), i w innym mieście (Toruń, potem Warszawa), to respektowany był raczej wzór na modłę piosenki Andrzeja Rosiewicza: „Student żebrak, ale pan”. Mieliśmy mało, ale byliśmy z tym pogodzeni, bo o naszym społecznym statusie świadczyła właśnie studenckość, pewien stan liminalny (inaczej; okres przejścia – przyp. Red.) pomiędzy nastolatkiem a młodym dorosłym. Poza tym mieliśmy dużo czasu na czytanie, rozmowy, imprezy. Nigdy nie czytałem tyle, ile na studiach. Chodziło się w byle czym, byle co jadło, ale nigdy nie czytałem byle czego.

Pytam czasami studentów o ich studencką tożsamość, czy jest to coś, co jest częścią ich tożsamości, czy mówiąc o sobie, mówią „student/studentka”, oraz co to dla nich znaczy. Zdecydowana większość zdaje się po raz pierwszy rozważać takie pytanie, ponadto nie potrafią często wskazać typowej materialnej infrastruktury studenckiej, która była odzwierciedleniem studenckiego stylu życia. To rzecz jasna jeszcze niczego nie przesądza, bo potrzeba by po prostu badań na ten temat, ale daje pewne wskazówki dotyczące istnienia i zmiany w stosunku do pokoleń studentów wcześniejszych dekad. Ile jest klubów studenckich? Mediów studenckich faktycznie przez studentów słuchanych? Grup kabaretowych? Teatrów? Przestrzeni artystycznych? Czasopism? Jaki procent studentów o nich wie? Nie jestem fanem czasów PRL-u, ale wtedy kultura studencka, finansowana przez władzę, którą w zasadzie nieustannie się ośmieszała, była elitarna, była kuźnią kadr, jak pisał o niej kiedyś Mirosław Pęczak. Dzisiaj, takie odnoszę wrażenie, jeśli studenci się spotykają w jakichś przestrzeniach (np. festiwale filmowe), to jest to wynik podobnych zainteresowań, ale niekoniecznie kształtowanych przez kulturę studencką. Zniknęło także poczucie elitarności studiów, a szkoda, bo nie chodzi przecież o poczucie wyższości, lepszości w stosunku do nie-studiujących, ale o poczucie wspólnoty. Zadał Pan pytanie, które mogłoby się stać tematem dobrej książki.

Z której swojej publikacji jest Pan najbardziej dumny, patrząc z perspektywy czasu?

Z pierwszego doktoratu, czyli książki Żeby widzieć, trzeba wiedzieć. Kulturowy wymiar percepcji wzrokowej. Co do wzroku to straciłem przy jej pisaniu 2 dioptrie. (Praca poświęcona opisowi struktury oraz organizacji percepcji wzrokowej, pojmowanej jako źródło danych zmysłowych, oraz jako budulec wiedzy naukowej i filozoficznej – przyp. Red.)

Na pierwszym roku studiów magisterskich korzystałem z Pańskiej książki pod tytułem Scenariusze kultury upokarzania. Studium z antropologii mediów. Z jakich źródeł korzystał Pan, prowadząc badania nad tym tematem? Czy konsultował Pan może swoje spostrzeżenia ze studentami?

Moje badania były oparte na analizie zawartości treści medialnych, czyli podstawowych badaniach dla medioznawców, analogicznie jak obserwacja uczestnicząca dla etnologów. Analizowałem programy telewizyjne, bo telewizji w przeważającej mierze dotyczyła moja książka. Po jej skończeniu przestałem już katować się Kuchennymi rewolucjami czy Mam talent!. Namiętnie oglądam za to Love Island, Hotel Paradise i te wszystkie inne rajsko-egzotyczne wykłady naszej jakoby zwierzęco-seksualnej natury. To wina Pani Zuzanny Sroki, bo pisze u mnie licencjat na temat tych reality show. Tak, na wykładach z „Wprowadzenia do kultury współczesnej” przedstawiałem i „testowałem” na studentach poszczególne rozdziały. Pojawiały się niekiedy pytania, które dawały mi do myślenia, po czym starałem się od razu odpowiedzieć na nie w książce. Cieszy mnie też fakt, że kilka osób rozwija tę koncepcję, by wspomnieć tylko Pana Mirka Gładysza, który pisze, a w zasadzie już skończył pisać u mnie swój licencjat o patostreamingu jako kulturze upokarzania w Internecie. Nagle wszyscy są zdziwieni, olaboga, skąd to się wzięło i niektórzy badacze bredzą o „okrutnej naturze ludzkiej”, a wystarczy, między innymi oczywiście, w pewnym aspekcie pooglądać media i zachowania wielu pokazywanych tam „gwiazd”, żeby zrozumieć jego społeczną genezę oraz popularność.

Gdyby miał Pan dzisiaj uczestniczyć w wykładach na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna lub komunikacja wizerunkowa, które przedmioty oraz jakiego prowadzącego by pan wybrał?

Nie znam niestety całego programu studiów, czasami tylko zerkam na tablicę z wywieszonym planem zajęć. Na pewno podarowałbym sobie Brain gym, bo za dużo czytałem o mózgu, żeby wierzyć w jego długotrwałą „skuteczność”. Poszedłbym pewnie na to, co mnie najbardziej interesuje. Na pewno na Filozofię do Bartka Jastrzębskiego. Bardzo polubiłem się z Bartkiem, choć napisałem bardzo krytyczną recenzję jego książki, za którą w ogóle się nie obraził (co już nieraz mnie spotykało), co świadczy o jego dużej klasie, jako filozofa i człowieka. Zdarza nam się czasami iść na obiad i spokojnie o wielu sprawach porozmawiać. Odkrywam wtedy, że pomimo różnic, bardzo wiele nas łączy. Poza tym cenię ogromnie jego Przedbiegi Europy, szczególnie lubię cześć o Stambule. Poszedłbym także na Style życia do Pawła Urbaniaka, na Dyskursy mediów do Dominika Lewińskiego i przedmiot związany z retoryką do Jacka Grębowca, ale nie pamiętam, jak się nazywa. Paweł zawsze imponuje mi swoim spokojem i opanowaniem, był jedną z osób, która bardzo miło przyjęła mnie w instytucie. Szczerze mówiąc, poszedłbym na te zajęcia, i wiele innych, nie tylko dla samej tematyki, ale może nawet bardziej z ciekawości podejrzenia prowadzących. Lubię rozmawiać z Dominikiem Lewińskim. Pamiętam, jak Andrzej Szahaj na jednym z seminariów zaczął mówić o jego książce, a jak Szahaj o czymś mówił, to było wiadomo, że trzeba przeczytać. No i Dominik przyjeżdżał czasami do Torunia na Sympozja Konstruktywistyczne, gdzie wywoływał poruszenie swoimi referatami, tak zresztą też było na ostatnim „Lądku”, jak nazywamy naszą instytutową konferencję. To też umysł oryginalny, czego mu zazdroszczę. Tak naprawdę udałbym się chyba na wszystkie zajęcia, bo nasz instytut nie jest nudny, składa się z różnych osobowości, temperamentów, ciekawych umysłów zajmujących się inspirującymi zagadnieniami. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, jestem pewien, wystarczy zobaczyć profile wykładowców.

A jaką część dnia w pracy w Instytucie lubi Pan najbardziej?

Konsultacje, bo najczęściej mam je wtedy, kiedy Profesor Aleksander Woźny i mamy okazję chwilę porozmawiać o różnych interesujących nas sprawach. Lubię też obrony, zarówno jako promotor i recenzent. Prawie zawsze dyskusje są ciekawe, nie ma nudy. Dodatkowym elementem jest fakt, że zawsze wypełniając dokumenty rozmawiamy o czymś z Profesorem, ale są to, by je tak określić, rozmowy niedokończone. Urywają się, trwają, wracamy do nich po miesiącu, zupełnie jak u Cyganów. Najbardziej lubię te, które dotyczą, jak to roboczo nazwałem, „dzieła i życia” Profesora. Pamiętam jak kiedyś zapytałem o Rodziców Profesora. Na co Profesor odpowiedział, że, cytuję, wychowałem się w domu dziecka, pauza, z rodzicami. Albo: obroniłem doktorat w piwnicy… I tak się toczą te opowieści.

A czy uważał się Pan za bezkompromisowego znawcę kultury w latach klas liceum? Jak Pan postrzegał różnice subkulturowe?

Różnice subkulturowe? A to dobre! Chodziłem do liceum w latach 90. XX wieku w małym dolnośląskim miasteczku, w którym nie było za bardzo subkultur, każdy był w miarę do siebie, w tym ekonomicznie, podobny. Raczej grało się w piłkę, chodziło na siłownię, podrywało dziewczyny, spędzało wakacje nad zalewem, paliło papierosy (L&M kosztowały wtedy 4.95 pln.) „po trzy machy” i czasami piło ciepłe piwo. Jedno w kilka osób, ale i tak był „szpan”, że jesteśmy już dorośli. Z Mariuszem Grzywą na licealnej wycieczce do Wąwozu Myśliborskiego wypiliśmy chyba po piwie, i to tak, że nasza wychowawczyni się niezorientowana, co uważaliśmy za powód do dumy. Dużo czytałem, ale nie uważałem siebie za żadnego znawcę. Nie interesowało mnie bycie kimś takim, no i inni też niewiele się po mnie spodziewali. Nie byłem prymusem delikatnie to ujmując.

Czy jest jakiś cel, który pragnie Pan zrealizować w życiu?

Wie pan, chyba to, żeby na końcu życia, o ile nie umrę jakąś śmiercią tragiczną, spojrzeć wstecz i się nie wstydzić za bardzo, żeby tego dobrego co się zrobiło, było więcej niż złego. Nie wstydzić się za swoje słowa i czyny. Nie wstydzić się nawet tego, że się przegrywało, upadało, popełniało błędy, ulegało słabościom, jeśli podejmowało się walkę i umiało prosić o wybaczenie. Nie wstydzić się za przeżyte życie, po prostu. Odejść z tego świata choć w jakimś minimalnym zakresie pogodzonym z tym, co się stanie i mieć poczucie, że spłaciło się dług wobec tych, którzy nas ukształtowali, że oddało im się za życia hołd. I mieć nadzieję, że jest jakieś niebo dla antropologów, bo zebrało się tam całkiem ciekawe towarzystwo…

Skoro już dotykamy kwestii życia i śmierci, czy w obecnej sytuacji panującej pandemii COVID-19 tworzenie żartobliwych memów na ten temat uważa Pan za stosowne?

Memy są częścią rzeczywistości społecznej, szybkim komentarzem do niej. Mogą pełnić różne funkcje, w tym np. funkcję oswajania rzeczywistości poprzez śmiech. Lubię pooglądać memy, pisałem ostatnio o „typowych Januszach”, ale coraz widoczniejszy staje się pewien problem, o którym już kilka lat temu mówiłem na zajęciach z „Obrazowania w kulturze nowych mediów”. Otóż mem, zdecydowana ich większość, jest prostu dla rozrywki, przy czym nikt nie „zagląda za obrazy”, by użyć sformułowania Rafała Drozdowskiego z książki pt. Obraza na obrazy. Czyli mamy bekę z memów z Aleksandrem Kwaśniewskim jako alkoholikiem w stylu O7 zgłoś się, ale mało kto pyta, czy Kwaśniewski tym alkoholikiem jest, bo to w zasadzie nikogo nie interesuje, bo funkcją jest rozrywka, a nie ustalenie faktów. I tutaj widzę niebezpieczeństwo, gdyż z moich obserwacji wynika, że ta „wiedza” z memów, funkcjonujących w odpowiednich bańkach, przenosi się do sfery milczącej, niejawnej dla świadomości, co w efekcie daje „memo-wiedzę”. Śmiejemy się z memów z kwarantanny, wiele osób pokazuje, jak sobie dobrze radzi, ale to tylko obrazy, zajrzyjmy za obrazy. Może wcale nie jest tak dobrze, jak mogłoby się wydawać? Może istnieje przymus pokazywania siebie jako dobrze sobie radzącego, gdyż inny obraz byłby uznany za słabość, a ta jest niewybaczalna, symbolicznie degraduje jednostkę? Ilu studentów musiało wrócić do rodzinnych domów? Ilu osób straciło pracę i źródło dochodu?

Co do kwestii odnalezienia w sieci lepszej strony siebie, by użyć tego modnego sformułowania, to myślę, że znacznie lepiej zauważalna staje się miałkość tych wszystkich internetowych cudaków, w których tak wpatrzonych jest wiele osób, by wymienić jedynie samozwańczych (choć nie tylko) coachów biznesu, związków i macherów samorozwoju. Nagle okazuje się, że niezależne od ciebie czynniki zewnętrzne mogą radykalnie wpłynąć na twoje życie, w tym twoją porażkę zawodową czy życiową, choć byłeś zaradny, przedsiębiorczy, inteligentny. Ale przecież „każdy kryzys to szansa”, „znajdź siebie w czasie koronawirusa”, pomogę Ci w pięciu krokach, trzema technikami i dziesięcioma narzędziami zostać Misiem Uszatkiem, o ile takie jest Twoje życzenie. Przeprogramuj swój mózg! Poznawczo mnie to irytuje, ile można wciskać kit o indywidualizacji sukcesów i porażek, który jest raczej wyjątkiem, niż regułą (trzeba na ten temat poczytać!). Może czas spojrzeć i docenić tych, dzięki którym społeczeństwo funkcjonuje? Nauczycieli, pielęgniarki czy ratowników medycznych, te grupy społeczne, które domagały się za swoją ciężką pracę godnego wynagrodzenia, a zostały upokorzone. Możemy śmiać się z zestresowanych i mylących się nauczycieli w TVP, ale te osoby, które nie miały wcześniej do czynienia z nowymi technikami nauczania z dnia na dzień weszły w ten tryb. Za to należy im się szacunek, a nie pogarda. Ale w naszym kraju panuje przekonanie, że tylko ta grupa zawodowa, pracuje poważnie, a inni to darmozjady i nieuki, do której należę ja sam.

Będąc w tej sytuacji, chcemy zająć czymś nasze niespokojne umysły. W tej chwili mamy bardzo bogatą ofertę, jeżeli chodzi o filmy i seriale. A czy Pan ogląda jakieś seriale dla relaksu? Ma Pan swoje lubione tytuły oraz twórców filmowych?

Tak, oglądam od czasu do czasu seriale, ale najbardziej lubię te, które już kiedyś oglądałem, wychodząc z założenia, że najlepsze piosenki to te, które już się kiedyś słyszało (według „Prawa inżyniera Mamonia” z filmu Rejs – przyp. Red). I robię to też z przekory, bo wszyscy gonią za nowościami, a ja ich programowo unikam. Lubię Alternatywy 4, W labiryncie, Radio Romans, Matki żony i kochanki oraz Czterdziestolatka. Ten pierwszy to klasa sama w sobie, teksty z niego weszły do mojego idiolektu, dwa kolejne, bo ciekawi mnie semiosfera PRL-u, Matki żony i kochanki, bo podobała mi się kiedyś młoda Anna Mucha (gra tam Klarę, córkę jednej z bohaterek), ale przestałem się nią interesować, kiedy weszła do show biznesu. Czterdziestolatek mnie zwyczajnie śmieszy, bo to serial o człowieku, który chce być taki correct, taki dopasowany do rzeczywistości, robić to, co trzeba i jak trzeba, myśleć tak, jak nakazuje system, ale jest w tym komiczny, bo w rzeczywistości wszystko wygląda inaczej. Lubiłem też oglądać Plebanię, kiedyś nawet napisałem na studiach etnologicznych pracę zaliczeniową z semiotyki kultury na jej temat. Coś w stylu analiza semiotyczno-strukturalna rzeczywistości wiejskiej w serialu Plebania. Z tego co pamiętam skupiłem się na postaci Janusza Tracza jako uosobienia ludowego diabła. Wszak nazwisko Tracz czytane od tyłu to Czart. Ma on głupiego pomocnika Osę, a osa to zwierzę wartościowane negatywnie, jest po stornie natury, a nie kultury. Tracz-Czart kusi ludzi i namawia do złego, ale gdzieś w środku nie jest aż tak zły, jak może się wydawać („Jam cząstką tej siły która…”). Wszystko się tam zgadzało, jak w porządnym strukturalizmie. Jak Pan widzi, gdy się przekroczy próg krytyczny antropologicznego reflektowania, to „przyjemność lektury” nie jest tak prosta do osiągnięcia. Zawsze zauważy się coś, co może się przydać do jakiegoś artykułu, prowokuje do myślenia. Bogactwo i przekleństwo jednocześnie! I lubię oglądać Klan dla tzw. beki, a z Dorotą Hadrysiak zastanawiamy się kiedy Pawełek Lubicz, trenujący dżudo już jakieś siedem lat, w końcu wykorzysta swoje umiejętności (rzecz jasna mówimy o tym bardziej dosadnie).

Z jaką książką mógłby Pan spędzić dłuższy czas w samotności?

Ze Smutkiem tropików Claude’a Levi-Straussa. Uwielbiam tę książkę, należy do jednych z najpiękniejszych w etnologii, a być może i w całej literaturze światowej. Choć nie wybrałbym jej ze względu na metodę strukturalistyczną, gdyż nie wierzę w istnienie ukrytych struktur ludzkiego umysłu, a francuski antropolog, gdyby żył, na pewno byłby zafascynowany neurobiologią, która jest w dużej mierze ślepa na kulturę, tak jak i był na nią ślepy, w pewnym oczywiście wymiarze, Levi-Strauss. O jej wartości mógłbym mówić długo, powiem więc jedynie o dwóch zdaniach, które są mi bliskie: Nienawidzę podróży i podróżników, co oznacza, iż fizyczna obecność gdzieś Tam, bez odpowiedniej metody antropologicznej skutkuje produkowaniem płaskiego opisu podróżnika. Poza tym naprawdę nie lubię podróżników, bo prawie zawsze mówią o sobie, a nie od siebie. I drugie: „Byli tak blisko, a ja nie potrafiłem ich zrozumieć”, co oznacza, że to nie sama fizyczna obecność umożliwia zrozumienie Innego. Ale mogłoby to być też coś innego z etnograficznej klasyki. Lubię Ogrody koralowe i ich magię Bronisława Malinowskiego, no i oczywiście jego Życie seksualne dzikich. Mogłaby to być też Chryzantema i miecz Ruth Benedict o wzorach kultury japońskiej. Cenię tamte wzory samurajów za uznanie honoru za coś ważniejszego niż „nagie życie”, by użyć terminu Giorgio Agambena. Kiedyś czytałem czy oglądałem wywiad z Andrzejem Wajdą i on opowiadał o projekcji filmu Kanał w Japonii. I tłumaczył Japończykom, że powstanie zakończyło się porażką, że zginęło wiele tysięcy ludzi, że trwają dyskusje, czy było w ogóle potrzebne, na co Japończycy odpowiadali, że to nie ważne, bo walczący zachowali honor. Podoba mi się takie podejście, że nie samo życie jest najważniejsze, ale jego jakość, a śmierć nie odbiera tego, co najważniejsze.

Ma Pan psa, prawda? Czuje się Pan z nim mocno związany?

Tak, mam psa. Goldena retrivera. Maniuś, bo o nim tutaj mowa, zwany również śmierdzielem lub żebrakiem (perfekcyjnie opanował wszelkie techniki żebracze), jest moim wiernym towarzyszem. Jestem do niego ogromnie przywiązany. Spędzamy dużo czasu razem, bo poza zajęciami jestem w zasadzie cały czas w domu. Lubię na niego patrzeć i obserwować jego zwyczaje: ma swoje wybrane miejsca, swoje szlaki, przyzwyczajenia. Jak człowiek. Z tym, że nie ma w sobie w nic złego, jest czystym dobrem. Nie da się go nie kochać. Nauczył mnie wrażliwości na zwierzęta, bo nie zawsze tę wrażliwość, czego bardzo się wstydzę, odczuwałem. Znam tylko jedną osobę, która podziela moje uczucia względem psa. To Marcin Kępiński, profesor etnologii na UŁ. (Uniwersytet Łódzki – Przyp. Red.)

Zatrzymajmy się przy zwierzętach. Wrocławskie (które obecnie nie ma odwiedzających przez wzgląd na restrykcje) angażuje dzieci, pokazując live streamy na swoim fanpage’u – mogą one tam oglądać i zadawać pytania. Co Pan sadzi o takiej inicjatywie?

Abstrahując od mojego ambiwalentnego stosunku do samej instytucji zoo, to popieram, szczególnie, że sytuacja w ogrodach zoologicznych, jak mówią, nie jest teraz najlepsza. Poza tym dzieci żyjące w miastach, nierzadko i te ze wsi, nie mają właściwie kontaktu z przyrodą. A to jest ogromnie ważne, żeby nauczyć się szacunku do natury, rozumieć, że nie jesteśmy tutaj sami. Może i jesteśmy gatunkiem wyjątkowym, ale nie daje nam to jeszcze prawa, by użyć sformułowania bioetyka Petera Singera, do Holocaustu zwierząt, do degradacji przyrody. Ale biały chciwy człowiek, jak opisywali nas Indianie, ta zakała ludzkości, zrozumie, co robi dopiero wtedy, jak będzie za późno.

Czy obecny czas kwarantanny sprawia, że ludzie mają więcej czasu dla siebie? Czy uważa Pan, że trochę zwolniliśmy i jesteśmy bardziej skłonni do refleksji?

Odpowiedź na te pytania wymagałaby badań. Poza tym kto zwolnił? Badania pokazują (jeśli im ufać), że tylko 17% osób w Polsce pracuje zdalnie, inni pracują normalnie, i podejrzewam, że pracują jeszcze więcej i ciężej niż do tej pory. Patrzymy na to poprzez pryzmat swojej klasowości. Przyznam, że obawiałem się tego pytania, bo jako antropolog powinienem teraz przedstawić wyczerpująco swoje obserwacje, ale niestety, przykro mi. Od początku kwarantanny konsekwentnie nie obserwuję tego, co się dzieje. Podjąłem taką decyzje świadomie. Jestem w trakcie pisania książki, która dotyczy bardziej tych wspomnianych ogrodów koralowych niż pandemii, a że nie umiem zajmować się dwoma zagadnieniami naraz, to musiałem z czegoś zrezygnować. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nad tym boleję. Może nie czyni mnie to partnerem do mądrej rozmowy, ale na pewno jestem bardziej szczęśliwy.

Czy jest coś, co Pana niepokoi, irytuje w ludziach?

Tak, złości i irytuje mnie chamstwo i głupota, szczególnie pokazywana w mediach jako coś nieproblematycznego. Niepokoi brak wrażliwości, poniżanie innych ludzi i chełpienie się tym, nadmierne skupienie na sobie, nieumiejętność spojrzenia na coś z innej perspektywy, w tym absolutyzowanie statusu swoich przekonań, brak troski o dobro wspólne.

Czy zdarza się Panu odczuwać dyskomfort z powodu wykonywania zbędnych czynności życia codziennego?

Generalnie rzecz biorąc jestem bardzo zdyscyplinowaną osobą. Czynności codzienne wykonuję poprawnie, rytualnie i nie robię z nich większego problemu. Wstaję wcześnie rano, po prysznicu i kawie jestem gotowy do pracy. Mam swój rytm dnia. Tak do godziny dwunastej coś tam się intelektualnie dzieje w mojej głowie, potem już koniec, tylko jakieś kwestie nie wymagające wysiłku. Około południa idę z psem na spacer, potem robię obiad. A bardzo lubię gotować, nauczyłem się w Irlandii, bo pracowałem w hinduskim take-away’ u. Małgosia Czapiga-Klag może potwierdzić, że da się to zjeść. Kiedy kończę, a za kres pracy uważam Teleexpres, wpisuje w kalendarz rzeczy do zrobienia na jutro (zazwyczaj są to po prostu strzałki na kolejną stronę). Typowy ze mnie mieszczuch-urzędnik. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale ułatwia to wiele rzeczy, bo jak się nie ma tego humanistycznego talentu, to trzeba nadrabiać systematycznością. I mnie się chyba to udaje. Ale jest jedna czynność, której szczerze nie cierpię. Nienawidzę ścielić i składać łóżka. Tak sobie wyobrażam mnie w piekle: składającego i rozścielającego nieustannie łóżko…

Dziękuję za rozmowę.

To ja dziękuję za możliwość wypowiedzi. Cieszę się, że nasi studenci podejmują takie inicjatywy jak Nowe.pl. Macie Państwo świetnego opiekuna, ponieważ Małgosia jest bardzo mądrą i dobrą osobą.


Waldemar Krasnodębski

Ilustracje: Google Images

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi