Wędrująca szkoła imienia Szkoły

Pisanie zawsze rozczarowuje, kiedy wracam do swoich książek to widzę, że można je było napisać lepiej. Nauka pisania nie jest biegiem na 100 metrów. Pisanie jest długim maratonem, który pewnie się kończy z momentem naszej śmierci z eseistą, doktorem Dawidem Szkołą rozmawiała Karolina Augustyn.

Zanim zapytam o dorobek; kiedy i jak zaczęła się u Pana fascynacja literaturą? Był jakiś punkt zapalny?

Do odpowiedzi na to pytanie nie powinienem się przyznawać… Zacząłem czytać książki bardzo późno, dopiero w wieku szesnastu, siedemnastu lat. Wcześniej nie byłem  tym specjalnie zainteresowany, na wsi zawsze było coś innego do zrobienia. Jako nastolatek poszedłem z kolegą do biblioteki, pożyczyłem kilka książek, między innymi Zbrodnię i karę, która bardzo mi się spodobała. Okazało się, że literatura to szalenie ciekawa rozrywka, do dziś pożeram książki, z powodu pracy naukowej mam na to odrobinę mniej czasu, ale w czasie studiów czytałem jak oszalały… Potrafiłem przeczytać jedną książkę dziennie, siedziałem w akademiku i nie odrywałem się od nich do samego końca.

Nie mam takiej pięknej, poetyckiej przeszłości, którą mógłbym się pochwalić. Nie czytałem w wieku ośmiu lat Sienkiewicza. Prawda jest taka, że nie dotykałem ani lektur, ani książek dla przyjemności. Ale jak już wpadłem, to od razu w poważną literaturę; Dostojewski, Nietzsche, z którego oczywiście kompletnie nic wtedy nie rozumiałem. Przeżyłem fascynację polską poezją – Stachurą, Wojaczkiem, później przerzuciłem się na amerykańską. Im dalej, tym ta literatura stawała się różniasta. Dziś siedzę tu z książką o narodzinach europejskiego futbolu.

Właśnie, jest Pan fanem angielskiej piłki nożnej, jakiego klubu?

Tak, absolutnie! Jestem fanem Liverpoolu, który przez lata zajmował bardzo odległe pozycje w odniesieniu do pierwszej czwórki, w tym sezonie zdobyli mistrzostwo. W końcu, po 30 latach im się udało.

Urodził się pan w Rzeszowie, w Pana twórczości mocno przewija się temat wschodu. Uważa Pan, że istnieje coś takiego jak podkarpackość lub kompleks wschodu? Czy bywał pan obiektem żartów, przez wzgląd na miejsce swojego urodzenia?

Zdecydowanie nie istnieje coś takiego jak kompleks wschodu. Ludzie na Podkarpaciu są bardzo honorowi, w rzeczywistości mamy o sobie dość wysokie mniemanie. Tak jak w niektórych niewolniczych stanach Ameryki. Tam ludzie uważają, że to właśnie u nich jest prawdziwa Ameryka, tak my uważamy, że prawdziwa Polska jest właśnie na Podkarpaciu. Próbuję sobie przypomnieć jakąś historię, ale raczej nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. Raz tylko jechałem stopem ze starszym mężczyzną, który był z Kielc. Mówił, że słyszał od znajomego, że ludzie „tam u was, na Podkarpaciu” kupują chleb o 19:00, bo jest taniej niż za dnia.

Prawda jest taka, że my jesteśmy bardzo rodzinni, dbamy o swój wizerunek i nie lubimy być obrażani. Chociaż i ja czasem z tego wschodu żartuję. Na przykład, opowiadając historię operacji, przed którą podkarpacki anestezjolog śpiewał mi kołysanki. My w Polsce wiele się od siebie nie różnimy, nie jesteśmy mocno zróżnicowani ani etnicznie, ani kulturowo. Jeśli miałbym wybrać jedną cechę, która wydaje mi się, odróżnia ludzi z Podkarpacia od reszty Polski, to wybrałbym bezpretensjonalność, jesteśmy naturalni w naszym zachowaniu.

Podkarpacie w jakiś szczególny sposób uformowało Pana wrażliwość na świat, spojrzenie na niego? Mam wrażenie, że na pewno wpłynęło na wrażliwość i szacunek do przeszłości.

Przez długi czas nie zajmowałem się wschodem, bardziej interesowała mnie literatura amerykańska, francuska. Ale w pewnym wieku jednak odkrywa się fakt, że skądś się pochodzi, gdzieś ma się ten dom. Ja we Wrocławiu zdecydowanie czuję się jak w domu, natomiast na samym Dolnym Śląsku nie. Dla mnie tutejsze wioski i miasteczka są kompletnie inne niż te, które znam. Dopiero na Podkarpaciu czuję, że jestem u siebie, właśnie na tych galicyjskich przestrzeniach.

Czy ukształtowało wrażliwość? Trudno powiedzieć, dom rodzinny chyba zawsze w jakiś sposób nas buduje. Ale myślę, że mam typowe, podkarpackie przywary. Odkryłem, że bardzo lubię być chwalony, jak polski chłop ze wschodu, który oczekuje słów uznania po pomalowaniu płotu. Tam dom jest wizytówką, lubimy się trochę pysznić, ale jednocześnie jesteśmy wrażliwi na ocenę kwestii społecznych i ekonomicznych. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby oceniać z ludzi ze względu na ich stan posiadania. Na wschodzie nie ocenia się ludzi po tym, ile kto zarabia, co ma, czego nie ma i gdzie pracuje.

Chyba dorobiłem się tam też wrażliwości na to, co inni ludzie przeszli, te podkarpackie historie były bardzo różne, często tragicznie. Chociaż dość idyllicznie podchodzę do tych miejsc, do Galicji, Podkarpacia, które długo były najbiedniejszymi miejscami. Znam historie rodzin, które mięso jadły raz w roku, bo nie było ich na nie stać. Nie ma więc u mnie funkcji oceniania.

Tęskni Pan za klimatem wschodu?

Bardzo często, tym częściej im jestem starszy. Dlatego często jeżdżę na Ukrainę. Gdy pierwszy raz pojechałem tam ze znajomymi z zachodniej części kraju obserwowałem, jak bardzo było to dla nich dziwaczne. Te miasteczka były czymś egzotycznym, a dla mnie to był dom, tak przecież wyglądały wschodnie miasteczka lat 90. Moich kompanów dziwiły płyty PCV zamontowane zamiast okien w pociągach lub drzwi lodówki, które ktoś kreatywnie użył jako bramki czy drzwi na podwórku. U nas robiło się tak samo, mówiło się, że sznurkiem od snopowiązałki można naprawić dosłownie wszystko.

Tak sobie myślę, że gdyby mi ktoś zaproponował wycieczkę do Tajlandii czy Wietnamu, szczerze mówiąc, chyba nie chciałoby mi się tam jechać. Ale gdybym usłyszał, że jedziemy do Czerniowiec, to pakuję się bez zastanowienia.

Jak wyglądała praca nad zbiorem esejów Bejt znaczy dom? Przypuszczam, że do napisania tej książki nie wystarczyły wspomnienia o rodzinnych opowieściach i literatura, a była konieczna rzetelna praca reporterska.

Spędziłem tam sporo czasu. Bywałem dwa razy w roku, po 2-3 tygodnie. Po pisaniu esejów szukałem nowego języka i nowej formy. I na Ukrainie okazało się, że te dzienniki, eseje podróżne zaczęły mi sprawiać wielką radość.

Nie jestem typowym turystą, nie czytam o miejscach, do których jadę, daję się zaskoczyć już na miejscu. Uprawiam szwendactwo, nie zaczepiam ludzi, ale oni sami często się do mnie przysiadają. Kiedyś siedziałem w barze i przysiadł się do mnie pijany facet, okazało się, że jest już praktycznie ostatnim Żydem w mieście, sam mi tę historię zaczął opowiadać. Innym razem w przydworcowym barze w Drohobyczu poznałem żołnierza, który wrócił z frontu wojny, na którą musiał jechać za chlebem.

W jakim języku Pan z nimi rozmawiał?

Trochę po polsku, trochę po ukraińsku. Przez kilka lat odrobinę się tego języka nauczyłem. Na zachodzie Ukrainy ludzie znają język polski z telewizji i przez bliskość granicy.

Wspinam się na cmentarz, który leży nad kościołem, który widzę z okna: zbliżam się do was moi przodkowie. Zbliżam się. Tak kończy się Bejt znaczy dom. Mam wrażenie, że ocalanie od zapomnienia jest dla Pana bardzo ważne. Dlaczego? Dlaczego o umarłych, a nie o żyjących?

Mam taką teorię na temat historii, że my się od swoich przodków, nawet nie od rodziny, ale od ludzi, którzy żyli przed nami, niewiele uczymy. Kiedy gdzieś jadę, to myślę o tym, kto tam żył i jak te historie dobrze opowiedzieć. Właśnie żeby trwały w pamięci i nie były zapomniane. Staram się przedstawiać historie przez pryzmat indywidualnych losów ludzi. I tak chyba jest, że nie wyciągamy wniosków z cudzych błędów. Od wojny, do wojny. Od upadku do upadku. Ma to swoje plusy, ale widzę też ciemne strony.

Kwestia wielokulturowego, wieloetnicznego pogranicza dawnej Galicji również jest dla mnie czymś pięknym, chyba mogę powiedzieć, że ewenementem. To, że wiele narodów żyło obok siebie, dogadywało się i czerpało od siebie nawzajem. Wielu wybitnych ludzi właśnie tam się urodziło. Singer, noblista, najwybitniejszy niemieckojęzyczny felietonista Joseph Rott, Julian Stryjkowski, Leopold Buczkowski, Beksiński. I tak sobie myślę, że z kulturą może być jak z obwarzankiem, to co najlepsze, znajduje się na krańcach.

Chociaż dalej jeszcze istnieją te straszki, krzywdzące stereotypy, na przykład na temat Żydów. Wciąż zdarzają się straszni ludzie, palący kukłę Żyda, parlamentarzyści biegający w jarmułce. I ten obraz, że Żyd to bankier i komunista. Jak świat długi i szeroki, nikt nie widział bankiera komunisty, czy kapitalistycznego komunisty. No ale Żydom można przypiąć wszystko co najgorsze. Ja chciałbym pokazać, że polska kultura jest ugruntowana przez kulturę żydowską. Nie możemy o tym zapomnieć, trzeba mówić o jasnych i ciemnych stronach historii, ku pamięci i ku przestrodze. Na spotkaniach autorskich mawiam, na złość antysemitom, że polska kultura jest zażydzona i to bardzo dobrze.

A w Leżajsku na rocznicy śmierci Elimelecha Pan był?

W Leżajsku byłem, ale nie na obchodach. Lubię małomiasteczkowość i tego też byłem ciekaw. W tym miejscu muszę przyznać, że nigdy nie byłem w Warszawie. Wolę te małe miejscowości. W kamieniach, wśród uliczek wciąż są ukryte żydowskie ślady. Właśnie w takich, na pozór pustych, miejscach można znaleźć jeszcze ślady przeszłości.

I właśnie ten Leżajsk zainteresował mnie jak miasto, które znajduje się… w złym miejscu. Daleko od większych miast, chciałem dowiedzieć się, jak tam żyją ludzie, co robią, jak się toczy ta codzienność, trochę poza czasem. Taka, z której młodzi ludzie uciekają za pracą, sam wiem, jak to jest. To obraz takiej, pewnego rodzaju, bylejakości, nijakości, życia przeciekającego przez palce. W rzeczywistości małomiasteczkowość jest ciekawa, ale też uciążliwa. Jest takie zdanie, które bardzo denerwuje mnie u turystów, którzy odwiedzają takie miejsca na moment. Oni mówią, jak tam jest pięknie, spokojnie, twierdzą, że mogliby tam zamieszkać. Śmiało, mieszkaj, ale gdzie znajdziesz pracę? Jak zniesiesz uciążliwe dojazdy do większego miasta?

We Wrocławiu słyszałem rozmowę dwóch studentek, które mówiły, że bardzo chciałyby mieszkać na Podkarpaciu, same wypiekać sobie bułki i żyć w ekologicznej chatce. Jestem z Podkarpacia i nie znam nikogo, kto piekłby bułki sam. Ludzie muszą pracować, nie mają czasu na takie wielkomiejskie fanaberie, idą do sklepu i te bułki kupują, tak jest taniej i rozsądniej. To samo z domami, buduje się je tak, żeby były jak najbardziej ekonomiczne i pragmatyczne.

Swoją drogą, bardzo często śni mi się Podkarpacie, myślę, że jeszcze kiedyś chciałbym tam zamieszkać. Żeby zobaczyć pełny obraz miejsca, z którego pochodzimy, trzeba je opuścić, później widzi się jego zalety i wady, bez ozdobników, samą rzeczywistość.

Pisze Pan dla siebie? Czy skupia się Pan na potrzebach czytelnika?

To jest bardzo trudne pytanie. Zawsze myślę o tym, żeby tekst był dla czytelnika jak najciekawszy. Żeby miał walory estetyczne, zdania były ładne, miały w sobie coś poetyckiego, żeby obcowanie z tą literaturą było doznaniem przyjemnym, tak jak się słucha dobrej muzyki. Nudne i proste zdania mnie nie interesują. Lubię poetycki styl pisania, nie wyobrażam sobie pisania książki dla samego jej wydania.

Szukam tematów, które będą dla czytelnika interesujące. Dlatego tak często kombinuję z formą, raz esej podróżny, raz proza poetycka, po to, żeby czytelnik się nie znudził. Dbam o to, żeby eseje nie były zbyt hermetyczne, naukowe, chcę, by czytelnik na każdej stronie był czymś zaskakiwany. To jest dla mnie ważne, każdy tekst piszę głównie z myślą o tym, żeby czytelnikowi się podobało. Uważam, że literatura jest czymś, co nam pomaga w życiu, przyjemnym spędzaniem czasu. Chcę, żeby można było wyciągnąć z tych moich tekstów jakąś wiedzę, łącząc to z przeżyciem estetycznym.

Uważa Pan, że bycia eseistą można się nauczyć?

Uważam, że chyba nie każdego da się nauczyć pisać. Ale ludzi, którzy chcą pisać i przejawiają jakiś procent talentu – można tego nauczyć. To takie myślenie XIX wieczne, że pisarz to osoba, na którą spada łaska Boża, być może tak było z muzykami, ale pisanie to nic innego jak rzemiosło. Jak wypiekanie bułek, można to zrobić lepiej lub gorzej. Trzeba dużo czytać i dużo pisać. Pokazywać to innym, żeby mówili, czy brzmi to dobrze czy nie i po paru latach pracy można coś wypracować. Raz lepiej, raz gorzej, bo jakiś talent też do tego trzeba posiadać, ale ten talent w rzeczywistości to 10, 20%. Reszta to ciężka praca. Poświęcanie czasu na literaturę.

Myśli Pan, że faktycznie samo czytanie książek pomaga w pisaniu? Czy raczej świadome czytanie, ze zwróceniem uwagi na formę i styl?

Uważam, że każde czytanie książek pomaga w pisaniu. Jeśli się dużo czyta, po pewnym czasie zwraca się uwagę na więcej rzeczy. Na samym początku na treść, później aspekty formalne, składnię zdań, poetykę tekstu. Po przeczytaniu 50 książek trudno nam powiedzieć, która jest dobra, a która zła. Po przeczytaniu 500 mamy porównanie. Jest to oczywiście spore wyzwanie, nie każdy będzie wielkim pisarzem. Sam jestem świadomy swoich niedomagań, wiem, że nie będę jakimś wielkim twórcą, ale takim rzemieślnikiem, który potrafi napisać kilka zdań, owszem.

Widzę to też po studentach, którzy piszą pierwszy artykuł, i on jest zawsze fatalny. Ale po trzecim jest lepszy, a dziesiąty jest już bardzo dobrze zrobiony. A ja dlatego piszę eseje, bo nie jestem dobry w prozie, w wielowątkowości.

A jak u Pana z kwestią płynności wypowiedzi w codziennym życiu, kiedy proces pisarski trwa i jest powtarzalny każdego dnia?

Oj, mam z tym ogromny problem. Im jestem starszy tym bardziej bełkoczę i mieszam ze sobą różne tematy. Gadam o czymś i przeskakuję z tematu na temat. Kiedy siedzę przed komputerem, to widzę te zdania napisane, ale gdybym miał je powiedzieć, to już mi to sprawia problem. I to mówienie, im więcej się pisze, jest faktycznie coraz trudniejsze. Często myślę o literaturze podczas spaceru, myślę o jakimś zdaniu, analizuję, jak by je ładnie napisać, aż zaczynam ruszać ustami i mówić do siebie… Na szczęście teraz mam małego psa, więc jak do niego gadam, ludzie to traktują z przymrużeniem oka. Już nie jestem wariatem, który gada sam do siebie, a do psa. To już mniejsze wariactwo.

Jak się nazywa Pana pies?

Szuba,  z rosyjskiego futerko. Odkąd mam szczeniaka to często o nim śnię.  Na przykład, że idzie z innym człowiekiem i mówi do mnie ludzkim głosem, że tamten człowiek jest lepszy, niż ja. Budzę się i jest mi smutno.

Jaki wpływ na Pana życie, to zewnętrzne i duchowe, mają historie, które Pan opisuje?

Szczerze mówiąc, nie wiem… Z pewnością jakiś mają, ale ja tego nie zauważam, pewnie zobaczę to za kilka lat. Niezaprzeczalnie czerpię z tych historii walor edukacyjny, coraz więcej dowiaduję się o świecie, ale też umiem z wyrozumiałością obserwować ludzkie historie. Wiem, że często zachowujemy się nieracjonalnie, głupio, czasem bohatersko. Uczę się tego, że niepotrzebnie oceniamy ludzi,  myśląc, że zachowalibyśmy się inaczej, a przecież my tego nie wiemy.  Odkrywam też to, że zróżnicowanie kulturowe i  etniczne jest szalenie ważne, jakoś ubogaca społeczeństwo. Jednolite społeczeństwo bywa hermetyczne, a wielokulturowość uczy tolerancji i otwartości.

A czego uczy się Pan o sobie, będąc pisarzem?

Rozczarowań. Pisanie zawsze rozczarowuje, kiedy wracam do swoich książek to widzę, że można je było napisać lepiej. Nauka pisania nie jest biegiem na 100 metrów, to też powtarzam studentom. Pisanie jest długim maratonem, który pewnie się kończy z momentem naszej śmierci. Z czasem lepiej, staranniej, może i dojrzalej podchodzimy do naszej literatury i to, co napisaliśmy w przeszłości, trochę nas rozczarowuje. Pisanie, banalnie, uczy też pokory. Zdania nie przychodzą łatwo, trzeba usiąść, przemyśleć, zacząć. Często należy posiedzieć nad tą metaforyczną kartką przez godzinę, dwie i podumać, jak to rozpocząć. Ja mam tak, że jak już znajdę początek, to później już jest z górki.

Jest jakiś tekst, z którego, mimo wszystko, po czasie, jest Pan zadowolony?

Jest taki tekst, do którego wracam z dumą, to tekst, który rozpoczyna Galicyjskie żywoty. Szukałem pomysłu na nową książkę eseistyczną i napisałem właśnie ten esej, mówię to trochę bez pokory, ale myślę, że wyszedł mi bardzo dobrze. Chociaż był też zapalnikiem do poszukiwania nowych form, żeby nie pisać w kółko esejów. Tak pojawiły się teksty podróżnicze.

Również tekst, który otwiera Bejt znaczy dom. To taka nowa forma, wspominkowa, o domu rodzinnym.

O kruku kradnącym papierosy?

Tak, to było tak, że miałem sen, właśnie o dziadku, który miał kruka kradnącego z kieszeni papierosy. Obudziłem się i zadzwoniłem do mamy, żeby zapytać, czy to była prawda. Mama potwierdziła, że był kruk, było drzewo cytrynowe, o którym również piszę. Ugryzłem to z bardziej poetyckiej strony, to jest taki tekst o małych cudach.

Jak Pan szuka tematów na kolejne książki?

Nie szukam tematów, one same mi przychodzą. Dlatego miałem problem, kiedy pracowałem w gazecie codziennej i każdego dnia musiałem wymyślać temat, straszna mordęga. U mnie jest raczej tak, że często inspiruje mnie jakieś jedno zdanie, po którym myślę sobie, że na ten temat można napisać ciekawą książkę.

Często tematy same na mnie spadają, niedawno napisałem tekst o Jeleniej Górze i szukałem pomysłu, jak o tym miejscu opowiedzieć. Odkryłem, że z Jelenią Górą związane są dwie lotniczki, najważniejsze kobiety, które pilotowały samoloty w III Rzeszy. Jedna została zastrzelona pod Monachium, kiedy leciała uratować swojego męża, który był zamieszany w zamach na Hitlera, a druga miała mnóstwo odznaczeń w III Rzeszy i do końca była wierna Hitlerowi. Obie urodziły się w Jeleniej Górze i były pretekstem do pisania o mieście, do przemyśleń, czy te kobiety, spacerując ulicami miasta, patrząc w gwiazdy, myślały, że ich życia się tak potoczą. Szukam kontekstów.

Jaki jest najtrudniejszy aspekt pracy pisarza?

Chyba nie ma takiego…

Nie ma?

Nie ma. Chyba, że rozpoczęcie książki. Ja lubię to, co robię, jest to zapewne jakiś wyznacznik grafomanii, bez wątpienia. Ale lubię siedzieć przed komputerem i pisać, sprawia mi to radość. Chociaż często też i cierpienie. W rzeczywistości to nie jest oczywiście dosłowne cierpienie, a mordęga przy rozmyślaniu, jak rozpocząć. Bez względu na to, ja po prostu lubię pisać…

Zdarza się Panu pisać ręcznie?

Nigdy. Mam szkaradny charakter pisma, nikt nie jest w stanie się z tego rozczytać, ja również po dniu nie wiem, o co mi chodziło.

Osobie, która myśli, rozmyśla nad życiem, analizuje, jest łatwiej/ trudniej?

Tak nie można myśleć, że ktoś widzi mniej, czy więcej. Każdy człowiek ma swój sposób myślenia, tylko my do tych głów nie mamy jak wejść i tego zobaczyć. Mam szczęście, że to co myślę, ktoś czasem chce wydrukować. I to jest jedyna różnica, to że ktoś to czyta, w jakiś sposób obnażam swoje myśli. Czy to pomaga? Nie wiem, każdy coś w życiu przeżył i ma odrębny sposób patrzenia na świat.

Rozmawia Pan ze znajomymi o swoich książkach? Młodych twórców często zawstydza ocena kogoś bliskiego.

Chyba nie było takiej historii, żeby mi ktoś powiedział, że coś dobrze lub źle napisałem, a wiem, że znajomi czytają moje książki. Nikt mi nigdy nic nie powiedział… A czy mógłbym odczuwać jakiś wstyd? Nie, ja to napisałem, po prostu. To wyszło spod mojego pióra i na tamten czas było najlepszym, co mogłem stworzyć. Faktycznie, byłbym ciekawy, jak by wyglądała taka sytuacja, że ktoś bliski krytykowałby moje książki, bo jestem dość czuły na tym punkcie i źle znoszę krytykę.

Jak to się stało, że wykłada Pan na uczelni? Nie pytam oczywiście o kwestie formalne, raczej o to, co daje Panu ten kontakt ze studentem.

Ciągle poznaję nowe rzeczy. Studenci opowiadają mi bardzo różne historie, to, jak teraz żyją młodzi ludzie, co czytają, czego słuchają. Dużo się od nich dowiaduję. Ten przeskok, mimo że jestem wciąż młodym człowiekiem, technologiczny, kulturowy, jest spory. Powoli już zaczynam tego nie ogarniać. Wiem dzięki nim, co się słucha, jak wygląda świat.

Ale tak zawsze było, starsi ludzie ciągle powtarzali, że młodzi się nie uczą, nic nie robią, nie mają nic do zaoferowania, są zepsuci. Każde pokolenie to powtarza. Kiedyś Beatlesów, Rolling Stonesów nazywano zepsutą muzyką, teraz wstydem jest ich nie znać. Ja lubię przychodzić do pracy, spotykać się z współpracownikami, ale lubię również prowadzić zajęcia i słuchać młodych ludzi. Największą radość sprawiają mi też ich postępy w pracy. Nawet najlepsza recenzja mojej książki nie sprawia mi takiej przyjemności, jak ten progres studentów, kiedy widzę, że ich artykuły są coraz lepsze. Kontakt z młodymi ludźmi pozwala mi pozostać otwartym, często ich pytam, czego się teraz słucha i co w tym jest fajnego.

I faktycznie Pan tych poleceń słucha?

Tak. Bardzo lubię rock’n’rolla, punka, więc często ktoś mi coś podrzuca, jakieś nowe zespoły. Co prawda zazwyczaj mi się to nie podoba, ale słucham. Nam się wydaje, że jakąś muzykę wypada lubić, studentom powtarzam, że nie znoszę Pink Floydów, uważam, że są nudni, myślę, że piosenka powinna mieć 2:30 a nie 8 minut. Wracając jeszcze do studentów, na IDiKS (z tego co ja pamiętam jako student i z tego, co widzę teraz) wykładowcy się nie wywyższają, my pamiętamy jacy byliśmy, a wcale nie byliśmy lepsi od was. Na nas tak samo narzekali, że nie czytamy i słuchamy zgrzytów zamiast muzyki.

Nie krytykować, a próbować zrozumieć – taka recepta. Chociaż, jeszcze dodam, że nie rozumiem zupełnie, jakie problemy ma Taco Hemingway. Nie znoszę też instapoezji, ale przychodzę często na takie wydarzenia, jak na przykład Turniej Jednego Wiersza, bo wiem, że będą tam młodzi ludzie i dowiem się, co piszą, jakie mają problemy, jaki język. To często jest poezja zaangażowana, polityczna, młodzi ludzie są teraz chyba bardziej zaangażowani politycznie, niż moje pokolenie.

Co zaprząta teraz Pana myśli (prócz Szuby)? Nad czym obecnie Pan pracuje?

Mam taki problem, że teraz piszę dwie książki jednocześnie. Chciałem powrócić trochę do esejów, typowe eseje o literaturze z motywem buntu pisarzy przeciwko śmierci, już kilka rzeczy napisałem. Od dwóch miesięcy do tego tematu nie wracałem, ale 5 esejów jest gotowych, niedługo będą opublikowane w Odrze, Twórczości i innych miejscach.

Druga książka jest o pograniczu polsko-słowackim i polsko-czeskim. Historia małych miasteczek, na przykład Jaworu. Małomiasteczkowe życie, szukam tam kontekstów historycznych, ale też teraźniejszych ludzkich losów.

Jeździł Pan w te miejsca?

Jeździłem, parę miejsc zobaczyłem, ale nie wszystkie, przez pandemię. Ale jako młody człowiek dużo jeździłem na stopa i trochę tych miejsc zwiedziłem. Jeśli dochodzę do wniosku, że jakieś miejsce warto odwiedzić, to oczywiście jadę tam, ale sporo miejsca poświęcam też historii. Na przykład pisarzom, twórcom, którzy tam żyli, lub wydarzeniom historycznym. Tak jak Jelenia Góra i pilotki. Ząbkowice Śląskie i ich poprzednia nazwa „Frankenstein”.

Czyli to stąd nazwa ząbkowickiego piwa Frankenstein…

Do 1946r. miasto nazywało się Frankenstein. W XVII wieku była tam ogromna afera, która dotyczyła grabarzy wykopujących ludzkie zwłoki. Prawdopodobnie robili to dla dóbr, które mogli tam znaleźć. Oskarżono ich o czary  i sprowadzenie zarazy, wszyscy zostali spaleni na stosie. A nazwa miasteczka prawdopodobnie była inspiracją dla Mary Shelley do napisania książki o Frankensteinie.

I właśnie takich historii szukam. Drążę, kopię, żeby dojść do sedna. I wracając do pytania o to, czego uczy mnie literatura, to chyba też tego, że ludzkie losy są dziwaczne i nieprzewidywalne. Jak to marzenie o zostaniu pilotką, które skończyło się zrzucaniem bomb z samolotu i próbą uwolnienia Hitlera. I ten temat też mnie interesuje,  mianowicie to, skąd pochodzi zło. Na to oczywiście nie mam żadnej odpowiedzi, ale drążenie tego tematu wydaje mi się ciekawe. Właśnie to, skąd się w człowieku bierze ta upiorność, ciemność i nicość. Mam na to tylko takie wytłumaczenie mistyczne, że skoro pochodzimy z nicości, to ta nicość nas czasem wzywa.

Co Pana irytuje, ale tak wybitnie wkurza?

Dużo rzeczy, bez wątpienia. Pandemia mnie męczy, brak kontaktu ze studentami, prowadzenie zajęć zdalnie jest dla mnie niepełne, bo nie mam tej bezpośredniej interakcji. Ale tak bardzo, bardzo to denerwuje mnie rozpolitykowanie społeczeństwa. Wszędzie się o tym rozmawia. Większość czuje się skłonna do wypowiadania się na ten temat. Podchodzi się do tego z wielką powagą, znam historie ludzi, którzy tak się ze sobą o to pokłócili, że nie rozmawiają ze sobą przez wiele lat. Uważam, że to jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa.

To są banały, ale wkurza mnie też wrogość ludzi do ludzi, zło połączone z głupotą. To do niczego nie prowadzi w rzeczywistości. O, i też antynaukowość. Mówienie o różnego rodzaju ideologiach, wymyślanie wrogów, których w rzeczywistości nie ma. Zakładanie, że na przykład ludzie o innej orientacji seksualnej, niż my, są wrogami, że to jakiś zmasowany atak, że można z tego wyleczyć, to jest jakiś bełkot. Ludzie mają wydumane uprzedzenia przeczytane w internecie, zasłyszane w telewizji, to rozdziela społeczeństwo.

Istnieją artykuły, które mówią, że ludzie są zmęczeni naukowością, tym, że wszystko można wytłumaczyć za pomocą nauki, a potrzebują ideologii, metafizyki, które znajdują proste rozwiązania, które kompletnie nie są naukowe. Społeczeństwo potrzebuje wroga, jakiegoś fundamentu, a ten fundament naukowy nie może być stały, bo świat się zmienia. To jest kuriozalna sytuacja, która napuszcza ludzi na ludzi. A gdyby większość z tych ludzi spotkała tych swoich wyimaginowanych wrogów, to okazałoby się, że są ludźmi takimi, jak my.

Ma Pan starą duszę? Wyobraża sobie Pan czasem, jak by to było urodzić się w innym stuleciu?

Absolutnie nie, czuję się bardzo młodo, czasem się budzę rano i myślę sobie, że mam dwadzieścia lat. Chyba nie mam starej duszy, być może mam starodawne upodobania, na przykład eseistykę, która jako gatunek jest konserwatywna, niedzisiejsza. A czy chciałbym się urodzić w innych czasach? Nie, bo uważam, że wszystkie czasy były złe dla człowieka. Ludzie tak samo cierpieli i mieli te same problemy, które znamy z dzisiejszego życia. Kiedykolwiek bym się nie urodził, to byłoby tak samo lub gorzej.

 A dziś jest chyba całkiem nieźle. Nie muszę biegać z karabinem, a mogę siedzieć w Ossolineum i czytać książki o historiach właśnie z dawnych czasów i brać z nich naukę na przyszłość. Te czasy, w których, żyję są super, mam piłkę nożną, którą mogę oglądać, mnóstwo możliwości tracenia wolnego czasu, na przykład seriale, filmy, literaturę, gry komputerowe. I też nie jestem jakoś szczególnie ciekaw, co będzie w przyszłości.

W Bejt znaczy dom w rozdziale „Jakże dobrym jest słowo we właściwym czasie” pisze Pan, że dla gaduł istnieje specjalny krąg piekielny. Woli Pan mówić czy słuchać?

Myślę, że jestem gadułą, bardzo lubię mówić. Chociaż, co ciekawe, na zajęciach, kiedy mówię o czymś konkretnym, to raczej wiele nie odchodzę od tematu, zdarzają mi się anegdoty, ale mówię bardzo składnie. A kiedy jestem poza zajęciami, mówię dość chaotycznie i uważam to za duży problem, mam tak duży natłok myśli w głowie, że mógłbym gadać bez końca.

Ale tą gadułą jestem tylko, jak się z kimś dobrze czuję, przy ludziach, których nie lubię, raczej milczę. Im więcej się pisze, tym więcej ma się historii do opowiedzenia. Bo o czym innym? O sobie? Tu nie ma o czym gadać, nie uważam się za ciekawą osobę i nie jest to fałszywa skromność, bo jak wiemy, bardzo lubię pochwały, natomiast sam o sobie nie mówię. Coś piszę, gram w gry, śpię, mam jednostajne życie bez wyskoków. Nie mam żadnego ciekawego hobby, nie łapię motyli, nie zbieram znaczków. Lubię leniwe, spokojne życie.

Z Netflixem?

Seriale oglądam bardzo rzadko. Ale ostatnio widziałem ciekawy, Ted Lasso, serial o trenerze piłkarskim, który przyjeżdża do UK, to komedia omyłek. Filmowo i serialowo uwielbiam najbardziej komedie romantyczne i amerykańskie, głupie komedie. Głupi i głupszy, Czy leci z nami pilot, American Pie. Głównie to oglądam. Nie oglądam dramatów, thrillerów, horrorów się boję, nie wierzę w duchy, ale takich filmów unikam.

Usłyszałam kiedyś historię, w której opowiadał Pan o marzeniu, by szkoła podstawowa w Zgłobniu była szkołą imienia Dawida Szkoły. To prawda?

To dość rzadkie nazwisko i ludzie w urzędach często ze mnie żartują albo jak zamawiam paczkę i muszę ludziom mówić, że się nie podszywam. Wracając do mojej podstawówki, ze Zgłobnia pochodzi Tadeusz Nalepa, tam się urodził. A szkołę w Zgłobniu nazwano imieniem kardynała Stefana Wyszyńskiego. To trochę przekreślenie pamięci, tam się urodził wielki polski bluesman, i tak pomyślałem, że jest to jakaś moja ambicja pisarska, żeby szkołę w Zgłobniu nazwano kiedyś imieniem Dawida Szkoły. Żartuję oczywiście, ale to by było bardzo śmieszne, ironiczne, a przy tym może jakoś wpłynęłoby na pamięć o kimś innym niż ci patroni, których ciągle się wybiera.

Czy można to uznać za Pana największe pisarskie marzenie?

Tak, ale raczej w formie żartu. Nie mam bowiem jakiś wysokich ambicji w pisarstwie. Nie istnieję w tym pisarskim środowisku, mało z kim się znam czy koleguję, wybieram raczej spokojne życie, wolę czas spędzać w domu. Chcę napisać kolejną książkę. Pisanie dla nagród lub rozgłosu jest zgubne, poza tym mało osób w Polsce czyta eseje, to nawet brzmi jak choroba: „mam eseje”, nie czekam na rozgłos i kompletnie się zgadzam ze swoim losem i z tym, że eseje nie przynoszą sławy. W ogóle mnie to nie zżera od środka… no, może tylko trochę w zimowe wieczory.


autor: Karolina Augustyn

zdjęcie: archiwum prywatne 

 

 

 

Karolina Augustyn

Jak zostać omnibusem? Kompulsywnie kupuj książki, buduj z nich stosy wstydu, które następnie stworzą literacką fortecę. Zuchwale nazywaj rzeczy po imieniu, analizuj, goń za faktami i bryluj wśród fascynującego uniwersum fikcji. A jak już uświadomisz sobie, że świat jest niemożliwy do ogarnięcia, zachwycaj się nim, ludźmi i prozą życia. I zostań ze mną, przeczytaj o kulturze. Dobrze jest być kulturalnym, prawda? PS W moim sercu mieszka Podkarpacie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi