Adopcja jest naprawdę trudna. Wspaniała, ale ciężka

„Więź z nim była od razu i czułam, że jestem teraz odpowiedzialna za to dziecko i muszę mu wszystko zapewnić, ale miłość nie przychodzi od razu. Ona kiełkuje” –rozmowa z Agatą, która 5 lat temu zdecydowała się na adopcję noworodka.

Dlaczego zdecydowaliście się z mężem na adopcję?

Staraliśmy się naturalnie o dziecko od 2010 roku, ale pojawiły się problemy zdrowotne. Okazało się, że mam endometriozę. Próbowaliśmy różnymi środkami, ale ostatecznie jedyna opcja, która mogła być skuteczna,, to In vitro. Spróbowaliśmy raz, ale niestety cały proces hormonalny przeszłam fatalnie. Wspólnie z Arkiem – moim mężem – ustaliliśmy, że nie podejmiemy drugiej próby, bo było to dla nas za trudne. O adopcji zaczęliśmy myśleć od razu, kiedy po zabiegu usunięcia ognisk endometriozy lekarz powiedział, że mam zbyt zniszczone narządy, żeby zajść w ciążę.

Zgłosiliście się do ośrodka we Wrocławiu?

Tak, to był Dolnośląski Ośrodek Adopcyjny. Jest jeszcze Archidiecezjalny Ośrodek Opiekuńczy, ale nie mogliśmy tam się zapisać, ponieważ przeszliśmy próbę In vitro, a według ich zasad w takiej sytuacji nie możemy starać się u nich o adopcję z powodów światopoglądowych.

Jak wygląda ten proces przygotowań do adopcji? Ile to trwa?

Cała nasza historia z ośrodkiem zamyka się dosłownie w ciągu roku, ale to jest niesamowite. Dokładnie 8 sierpnia 2014 roku wykonaliśmy pierwszy telefon z wiadomością, że chcielibyśmy się zgłosić. Dwa tygodnie później poszliśmy na pierwsze spotkanie informacyjne, na którym dowiedzieliśmy się, jak to wszystko będzie wyglądać. Kolejne spotkanie było rozmową o naszych oczekiwaniach wobec adopcji, jakie dziecko możemy wziąć. Potem, aż do lutego, czekaliśmy na informację o szkoleniach i w marcu wszystko ruszyło. W czerwcu jeszcze były spotkania z rodzicami, którzy już adoptowali dzieci, i 30 czerwca dostaliśmy dyplom ukończenia szkoleń. Nasze dziecko urodziło się 9 sierpnia 2015 roku, czyli dokładnie rok i jeden dzień po pierwszym telefonie do ośrodka.

Wszystko przebiegło dosyć szybko…

Bardzo. Wszyscy dookoła mówili, że to jest tak rzadko spotykana sytuacja, że lepiej się tym nie chwalić, bo jeszcze inni pomyślą, że zawsze szybko idzie. Wcale tak nie jest, my po prostu mieliśmy szczęście. Z całej naszej grupy byliśmy pierwszą parą, która dostała dziecko. W grupie było 11 par i, z tego co wiem, chyba połowie jeszcze udało się przed końcem roku. Ale to jest też kwestia tego, że oprócz szkoleń na rodziców adopcyjnych dostaliśmy jeszcze propozycję odbycia dodatkowego miesiąca szkoleń na rodzinę zastępczą.

Na czym polega różnica?

Rodzice adopcyjni dostają dziecko z unormowaną sytuacją prawną, czyli rodzice biologiczni są pozbawieni praw rodzicielskich albo mają je ograniczone. Natomiast rodzina zastępcza to taka sytuacja, kiedy prawnie nie wszystko jest jasne i bierzemy dziecko prosto ze szpitala albo prosto od rodziców na zasadzie takiej, że oni zrzekają się praw, ale mają jeszcze 6 tygodni na zmianę decyzji i wtedy musimy dziecko oddać. To było jakieś ryzyko, ale podjęliśmy je i nam się akurat udało.

Spotkałam się z opinią, że wszyscy rodzice, ci biologiczni i adopcyjni, powinni przejść takie szkolenia, które są w ośrodku. Czego tam uczą?

Zgadzam się z tym w stu procentach. Panie w naszym ośrodku były jak takie starsze nauczycielki fizyki w szkole – tak ma być, bo ja tak robię i to działa! Im się nie podskakiwało, z nimi się nie dyskutowało, one ze swoimi trzydziestoletnim lub  czterdziestoletnim doświadczeniem w tej pracy biły nas na głowę i to się czuło. Podobało mi się w nich to, że były szczere, mówiły, że nie będzie kolorowo, i że to są dzieci z trudnych rodzin z problemami. Powiedziały wprost – to nie będą maluchy słodkie jak z etykietki Gerbera, tylko będą się darły, będą was budzić 7 razy w nocy i będą robić na was kupę. I one nam tak przez trzy miesiące wykładały kawę na ławę. Wydaje nam się, że te panie trochę specjalnie próbowały nas zniechęcić i wzbudzić wątpliwości, żebyśmy mogli to przegadać w małżeństwie i być pewnymi, że tego chcemy.

Znaliście historię Jaśka jeszcze przed jego urodzeniem? Chodzi mi o to, czy wiedzieliście, że są rodzice, którzy planują oddać dziecko do adopcji? Czy poznaliście szczegóły dopiero później?

Później. Jasiek urodził się dziewiątego, a ja dostałam telefon z ośrodka jedenastego – Bogu dzięki, że byłam w domu, bo nogi się pode mną ugięły. Pani zadzwoniła, że mieliby dla nas dziecko, tylko musimy się spotkać, bo chcieliby nam powiedzieć, jaka jest jego sytuacja. Parę rzeczy rzuciła przez telefon, przede wszystkim zapytała czy jesteśmy zainteresowani i gotowi na to, że matka ma właśnie te 6 tygodni na decyzję. Oczywiście zgodziliśmy się. Pojechaliśmy do ośrodka jeszcze tego samego dnia i dostaliśmy informacje: kim jest matka, kim jest ojciec – w naszym przypadku on nie był wpisany w dokumentach, ale mniej więcej wiedzieli kto to; ewentualne choroby, sytuacja porodowa, sytuacja prawna, pewność, że matka zrzeknie się praw rodzicielskich. Mogliśmy też zobaczyć jej zdjęcie, ale nie chcieliśmy. Następnego dnia mieliśmy dać odpowiedź, czy się zgadzamy i dzień później byliśmy w drodze do szpitala.

Ani przez chwilę nie mieliście wątpliwości, że jesteście gotowi?

Teraz to nawet ciężko powiedzieć, czy byliśmy racjonalni w swojej decyzji. Pamiętam emocje, które nami targały. Byliśmy w szoku, zresztą to było dwa dni po powrocie z wakacji we Francji. Nawet nie zdążyłam się rozpakować, a tu już telefon, że będziemy mieli dziecko! To wszystko działo się bardzo szybko, ale było przemyślane. Dla nas najważniejszą informacją był stan zdrowia Jaśka. Szczerze, historia rodziny nas nie interesowała. Najważniejsze, że urodził się zdrowy.

Imię od razu miał nadane, czy mogliście je zmienić?

Kiedy zaczęliśmy myśleć o dzieciach, to imiona mieliśmy już dawno wybrane. Od początku wiedzieliśmy, że nasz syn będzie się nazywać Janek. To imię mi się jakoś dobrze kojarzyło, natomiast w szpitalu Jasiek urodził się pod imieniem Andrzej. Zasada w naszym małżeństwie była taka, że jeżeli któreś z nas czuje się źle z jakąkolwiek decyzją w związku z adopcją, to oboje jesteśmy na „nie”. Przykładowo: kiedy pytali nas wcześniej o pochodzenie dziecka, to dla mnie narodowość nie miała znaczenia, a dla Arka było ważne, żeby to nie było dziecko z rodziny romskiej. Po prostu bał się, że będą go później szukać, dopytywać. W takiej sytuacji, kiedy ja mówię tak, a Arek mówi nie to kończymy na nie. Chodzi o to, żebyśmy oboje czuli się ze wszystkim komfortowo. Tak też było z imieniem, w tym wypadku byliśmy bardzo zgodni i zdecydowaliśmy, że damy dziecku na imię Jan, ale na drugie zostawiliśmy Andrzej. Nie chcieliśmy go odcinać od tego, bo mimo wszystko przez jakiś czas był Andrzejem. Dzisiaj, kiedy zapytał, z kim będę rozmawiać  i o czym, to powiedziałam mu, że o tym, jak pojawił się w naszym domu. On wie, że ja go nie urodziłam, i jak już będzie mądrzejszym kilkulatkiem i zacznie dopytywać, to powiemy mu prawdę, dlaczego ma na drugie imię Andrzej.

Nie zamierzacie zatajać przed nim całej historii?

Nie. Od początku podjęliśmy decyzję, że to będzie oficjalna wersja. Całej naszej rodzinie i przyjaciołom powiedzieliśmy, że adopcja Jasia to nie jest temat tabu. Przy nim też o tym rozmawiamy, oczywiście bez szczegółów moich problemów zdrowotnych – wie, że mam chory brzuszek i nie mogłam go urodzić. Staramy się używać słowa adopcja jak najczęściej, żeby to nie było hasło, które wywołuje jakieś spięcie. Poza tym, wszystkie szkolenia bardzo mocno kształtowały rodziców pod tym właśnie względem, że należy mówić, bo jeżeli się nie powie, to prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. A wtedy to nie będzie proste. Mówili, żeby się tego nie wstydzić, bo im bardziej rodzic się wstydzi, tym dziecko bardziej się krępuje.

Jakie było to pierwsze spotkanie z Jasiem?

We wtorek był telefon, potem wszystkie rozmowy w ośrodku i w czwartek pojechaliśmy do szpitala. Akurat trafiliśmy na taki moment, że wszystkie dzieci były z matkami, ale mama biologiczna Jaśka została wypisana dzień po urodzeniu, bo poród był bez komplikacji. Jaś był sam w wielkiej sali, w której normalnie wszystkie noworodki przebywały razem. To było strasznie smutne, że siedzi tam sam, ale z drugiej strony myślałam, że ja go właśnie z tego wyciągnę i już będziemy przy nim. No i pierwsze spotkanie było takie, że kompletnie nie wiedzieliśmy jak go chwycić, bo styczność z niemowlakami miałam kilka lat wcześniej. Tutaj muszę pochwalić pielęgniarki, bo kiedy wszyscy usłyszeli, że my do Andrzejka, i że będziemy jego rodzicami, to panie od razu zebrały się wokół nas i mówią, że super i one nam tu wszystko wyjaśnią. Zaczęły pokazywać, jak myć, jak karmić… Naprawdę nie wiem, czy jakakolwiek matka dostała takie porządne szkolenie jak my wtedy. Pewnie widzieli, że jesteśmy przerażeni tym maluszkiem.

Po jakim czasie mógł już z Wami zamieszkać?

Po 10 dniach od jego urodzenia mogliśmy go wziąć do domu. To wynikało też z tego, że Jasiek był na granicy wcześniactwa, a jego matka od razu zrzekła się praw, więc lekarz zaproponował nam, żebyśmy go zostawili jeszcze na tydzień w szpitalu, ponieważ przyjechał neurolog dziecięcy i mogą mu zrobić już wszystkie możliwe badania. Zgodziliśmy się, oczywiście odwiedzaliśmy go w tym czasie, a po wszystkim trafił do nas i od tego momentu już mieliśmy dziecko.

Od razu mogłaś przejść na macierzyński?

Tak, ośrodek od pierwszego dnia wnioskuje o urlop, ponieważ jestem rodziną zastępczą. W pracy wiedzieli, że uczęszczam na kursy, ale nie sądzili, że tak szybko przejdę na macierzyński, szczególnie, że dopiero wróciłam z wakacji…

Miłość do dziecka przychodzi od momentu, kiedy je dostajecie, czy trzeba się jej nauczyć?

Nie chcę się wypowiadać za wszystkich, bo w moim przypadku nie było całkiem różowo. Ja lubię mieć wszystko przygotowane, znać terminy. Jasiek pojawił się niewyobrażalnie szybko i niespodziewanie. Przez pierwsze dwa miesiące naprawdę było mi trudno, ale to nie był brak miłości, tylko zmęczenie. Mama i siostra bardzo mi wtedy pomogły. Bałam się mówić o tym, co czuję, bo przecież dostałam dziecko, wymarzone, wytęsknione, a jestem zmęczona, no przecież powinnam się tylko cieszyć – a to tak nie jest. Adopcja jest naprawdę trudna. Wspaniała, ale ciężka. Wydaje mi się, że więź z nim była od razu i czułam, że jestem teraz odpowiedzialna za to dziecko i muszę mu wszystko zapewnić. Ale miłość nie przychodzi od razu. Od tamtego momentu całe życie musiało być poukładane pod tego malucha. Jednak dziewięć miesięcy ciąży jakoś cię do tego przygotowuje, a tutaj zostaliśmy postawieni przed faktem. Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie poczułam miłość. Ona po prostu gdzieś tam kiełkowała, aż w końcu wyrosła porządna i trwała.


Autor: Julia Siepsiak

Zdjęcie: Pixabay.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *