Eklektyczna wataha: wywiad z zespołem Wolfgang

Wataha, siedem muzykalnych dziewczyn, a przede wszystkim zgrany skład. Zespół, który zaczynał w grudniu 2018r od projektu zainicjowanego przez dr. Jakuba Wilka, może pochwalić się już wieloma koncertami we Wrocławiu i poza nim, choć – jak same dziewczyny przyznają – nie sądziły, że projekt zajdzie tak daleko.

Początek ich muzycznej drogi to koncert kolęd zagrany w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej oraz w Oratorium Marianum. Odkąd do składu dołączyła Ewa (bas) i Monika (perkusja), dziewczyny muzycznie poszły w nowym kierunku; z własnymi, soulowymi aranżacjami wystąpiły m.in. w Czasoprzestrzeni i Hard Rock Cafe, a ostatnim koncertem przed kwarantanną był ten z okazji Dnia Kobiet w Głogowie, gdzie po raz pierwszy przedstawiły autorskie utwory.

Przez pierwsze tygodnie kwarantanny nie mogły się spotkać, bo, podobnie jak większość wrocławskich studentów, każda z nich spędzała kwarantannę we własnym domu. W międzyczasie podejmowały próby pracy przez Internet, a nawet spróbowały zdalnie napisać razem nowy utwór. Jednak, jak mi powiedziały, taka forma pracy nie sprawdza się przy projektach wymagających dużej kreatywności i interakcji – nie były więc zadowolone z tego, co udało im się zrobić zdalnie, i na razie odłożyły ten utwór do szuflady.

Kiedy połączyłam się z dziewczynami były już razem, w tym samym pomieszczeniu. O tym, jak ponowne spotkanie zainspirowało je na nowo, i o tym, jakie mają plany na najbliższy czas opowiedziały mi podczas wideorozmowy. Wolfgang to: Martyna Rokaszewicz (wokal), Julia Gwacka (altówka), Marcelina Słomian (wokal), Monika Pluszczak (perkusja), Ewa Kowalska (bas), Weronika Pawłowska (gitara) i Magdalena Jędrusińska (piano)

 

Wygląda na to, że poza zespołem jesteście też dobrymi koleżankami. Czy taka „chemia” między członkami zespołu daje coś więcej niż zwykła współpraca?

Ewa Kowalska: To był proces. Dla mnie początek to było badanie terenu… Sama też nie lubię dużych grup ludzi. Każda z nas jest inna i gdy jesteśmy sam na sam, to zachowujemy się inaczej, niż gdy jesteśmy wszystkie razem. Ale tak, kumplujemy się i zwłaszcza na początku musiałyśmy się nauczyć, żeby rozgraniczać pracę z plotkowaniem i rozmowami.

Martyna Rokaszewicz: Teraz na szczęście udaje nam się to wypośrodkować. Ale chociaż na początku współpracy byłyśmy sobie obce, to już nie możemy powiedzieć, że łączy nas tylko zespół.

Czy pomimo sympatii zdarza się, że podczas prób czy pracy nad materiałem chcecie iść w zupełnie innych kierunkach muzycznie? Co wtedy robicie?

Weronika Pawłowska: Słowo „muzycznie” jest tu niepotrzebne, czasem najlepiej poszłybyśmy w całkiem inną stronę, np. do knajpy…

Martyna: Oczywiście, że tak się zdarza! Wtedy staramy się wysłuchać każdej strony i zadecydować wspólnie. Bardzo często też głosujemy… Mamy to szczęście, że jest nas nieparzysta liczba 7 – demokracja działa, jeżeli może zadziałać.

Ewa: A czasami totalitaryzm… Jeśli jest tak, że ktoś przyniesie swój pomysł i bardzo mocno przy nim obstaje, to oczywiście się zgadzamy – każda z nas ma swobodę w tworzeniu. Innym razem dyskutujemy i wprowadzamy wspólne zmiany, jeśli jest to potrzebne.

Totalitaryzm, czyli jest ktoś, kto was ogarnia i motywuje do pracy?

Ewa: Trochę tak jest, trochę nauczyłyśmy się też motywować siebie nawzajem, bo każdej czasem zdarza się rozproszyć…

Martyna: Bardzo rzadko korzystam z karty „totalitaryzm”; muszę być przekonana, że mam rację. Oczywiście zawsze mi się wydaję, że mam rację, ale słowo wydaje się jest tu kluczowe. W zespole nauczyłam się, że moje własne decyzje mogą być dobre, ale te wspólne są najlepsze.

Czyli wasz proces twórczy wygląda tak, że każda przynosi swoje pomysły i pracujecie nad ich rozwinięciem już wspólnie?

Martyna: Tak, ale mamy niepisaną zasadę, że osoba, która przynosi pierwszy draft, ma ostateczne słowo.

Ewa: Przynosimy różne rzeczy; czasem jest to jest linia basu, czasem sam tekst, jakaś progresja. Następnie siadamy i staramy się to posklejać. Często właśnie wspólna praca jest tym najtrudniejszym etapem.

Martyna: Zwłaszcza, jeśli ktoś przyniósł zwrotkę, a ktoś inny refren i okazuje się, że są z dwóch zupełnie innych światów. Staramy się wtedy wymyślić przejście; wyważyć utwór w taki sposób, żeby docenić oba pomysły.

A teraz? Sytuacja od kwarantanny trochę się zmieniła i spotykacie się już na żywo; jak to wpływa na waszą pracę?

Martyna: Podczas kwarantanny było nam bardzo trudno. Podejmowałyśmy próby robienia czegokolwiek. Próbowałyśmy pisać autorski utwór online; niestety nie jesteśmy zadowolone z tych skrawków, które powstały zdalnie. Różnica między pracą twarzą w twarz, a pracą poprzez pośrednika, jakim jest Internet, jest diametralna. Na żywo ten proces płynie o wiele bardziej przyjemnie i produktywnie, a efekty będzie można usłyszeć już niedługo.

Ewa: Ja też zauważyłam, że przez dwa miesiące izolacji bardzo mało zrobiłyśmy, a teraz, gdy się spotkałyśmy, w ciągu dwóch dni powstał całkiem niezły materiał. Ja, Weronika i Magda byłyśmy cały czas we Wrocławiu; spotkałyśmy się raz i w ciągu tego spotkania napisałyśmy cały nowy utwór – więc próby na żywo są nieporównywalnie lepsze.

Czyli przez dwa miesiące gromadziłyście inspiracje i w końcu możecie dać im upust?

Ewa: Dziewczyny pewnie mają inne podejście, ale ja, ostatnio, przez sytuację na świecie, nie mam motywacji do zrobienia próby… Mój grafik nic-nie-robienia jest napięty, więc inspiracja przyszła dopiero w momencie spotkania. Kiedy jesteśmy razem, pojawia się bardzo twórcza atmosfera, motywujemy siebie nawzajem.

Teraz pracujecie nad autorskim materiałem?

Martyna: Tak. To będzie nasza pierwsza EP-ka.

Będzie mieć jakiś koncept?

Weronika Pawłowska: Nie będzie to koncept album, czyli nie będzie opowiadał spójnej historii. W sensie muzycznym spróbujemy załatać dziurę, którą w tej kwestii mamy w Polsce. To znaczy, będzie to materiał soulowy, w którym stawiamy na teksty, na ich metaforyczność, poetykę.

Ewa: Interesuje nas połączenie melorecytacji i bawienia się muzyką, czyli czegoś takiego, czego ja na polskiej scenie jeszcze nie zaobserwowałam.

Kto pisze teksty?

Martyna: Teksty pisze większość z nas – to znaczy, każda może napisać coś swojego, nie zamykamy nikomu drogi. Ale jeśli tych tekstów nie dopracowywałybyśmy wspólnie, to nie uzyskałybyśmy spójnych utworów. Dlatego filtrujemy teksty przez zdolności Gwackiej, zwłaszcza te po polsku. Mamy na razie jeden utwór po angielsku, resztę po polsku i będziemy szły w kierunku takich właśnie proporcji.

Ewa: Ten tekst po angielsku był naszym pierwszym utworem autorskim. Napisałam go w wieku 19 lat i przeleżał w mojej szufladzie, choć miałam do niego sentyment. To była trochę moja próba uchwycenia motownowego vibe’u. Teraz, po upływie czasu, inaczej patrzę na ten tekst, ale zrobiłyśmy z tego ciekawy utwór.

Martyna: Tworzenie utworów razem (jako Wolfgang) daje możliwość ukrycia swoich własnych uczuć i przeżyć, bo piosenkę podpisujemy jako zespół, a nie jako jednostka. Nie akcentujemy tego, która z nas napisała daną historię. To jest bardzo komfortowe dla osoby, która postanawia się uzewnętrznić w tekście, bo tylko my wiemy, kto opisał swoje uczucia i przeżycia w danym utworze.

Ewa: Dzięki temu przekazujemy prawdziwe, bardzo intymne historie, ale nie jest to to takie obnażające, jak w przypadku solisty.

A jeśli chodzi o brzmienie: pozostajecie przy soulu czy to będzie coś innego?

Weronika: Nie jestem fanem podporządkowywania gatunków, ale można powiedzieć, że będzie to zahaczać o soulowe brzmienie; chociaż bawimy się rozszerzoną harmonią, eksperymentujemy z podziałami rytmicznymi czy świadomie wybieramy skale.

Martyna: Tak jak mówiła Weronika, chcemy zapełnić lukę na polskiej scenie soulowej. Szukamy czegoś, co pozwoli nam się rozwijać jako muzykom i pokazać słuchaczowi, że ambitniejsze pomysły można przekazać w przystępny sposób. Każda z nas słucha też innej muzyki: jazzu, fusion, popu, rocka… więc to, co razem tworzymy, jest trochę eklektyczne.

Monika, słyszałam, że robisz beaty; czy planujesz wprowadzić do zespołu trochę elektroniki?

Monika Pluszczak: Może w przyszłości zdecyduję się na panel elektroniczny, ale na razie gram akustycznie. Beaty robię dla przyjemności i myślę, że tak zostanie. Dobrze jest robić też coś do szuflady, po prostu dla frajdy.

Martyna, pracujesz jako nauczyciel śpiewu. Przenosisz tę pasję również do zespołu?

Martyna: Moich uczniów, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki w wokalnym świecie, staram się nauczyć prawidłowej emisji dźwięku, ale jednocześnie nie zabić oryginalności, które mają w swoich głosach.

Inaczej – przenoszę pasję bycia wokalistką do pracy trenera wokalnego. Na przykład: po koncercie w Głogowie, na którym byli moi uczniowie, mogłam im ujawnić, gdzie popełniłam błędy albo co zrobiłam dobrze. Mogłam im pokazać, że nie powinni bać się pomyłek, bo one na scenie się zdarzają, niezależnie od tego, czy się dopiero zaczyna, czy występuje od dziesięciu lat.

A co z tremą?

Ewa: Sytuacja koncertu jest wyjątkowa; utwory powinny być wyuczone, technika opanowana, ale gdy stajesz na scenie odpuszczasz wszystko, czego się przez lata wyuczyłeś. Sukces jest wtedy, gdy na scenie możesz pozwolić sobie na czysty przepływ emocji.

Martyna: W Głogowie trochę panikowałam przy każdej pomyłce, być może dlatego, że to moje miasto. Na koncercie, gdy zaliczałam pomyłki, wydawało mi się, że wszystko po mnie widać. Okazało się, że nie – niepotrzebnie się martwiłam.

Teraz sytuacja trochę się zmieniła; półki co na koncerty z prawdziwego zdarzenia musimy poczekać. Czy według was transmisje live pozostaną popularne nawet po uspokojeniu się pandemii?

Weronika: Żyję szczerą nadzieją, że koncerty na żywo powrócą. Bo jeśli nie, to jest prosta droga, żeby rynek muzyczny upadł i już się nie podniósł.

Martyna: To jest coś nie do zastąpienia; zarówno granie na scenie i energia słuchaczy, jak i od drugiej strony, bycie na koncercie i doświadczanie muzyki na żywo.

Ewa: Jedna, duża zaleta koncertu online to fakt, że możemy oglądać koncerty osób, których normalnie nie bylibyśmy w stanie obejrzeć, np. instagramowe live’y Jacoba Colliera, na których zawsze pojawia się ktoś z jego współpracowników. To sprawia, że dystans między artystą a odbiorcą bardzo się skraca, to ciekawe doświadczenie, ale oczywiście nie dorównuje koncertom na żywo.


Tekst: Aleksandra Simla
Zdjęcia: Dzięki życzliwości zespołu Wolfgang

Aleksandra Simla

Między przesłuchiwaniem staroci (dziennikarstwo muzyczne) a czytaniem Calvino (italianistyka) znajduję czas na pisanie. Zimą dopracowuję przepisy na wege zupy, latem podróżuję, jeśli tylko mogę. I uważam, że spacery są bardzo underrated.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *