Horror stanowią zaledwie dwie półki

Wszystko jest bez sensu. To jest punktem wyjścia mojej filozofii. Patrząc na to, co się dzieje za oknem, można szybko stwierdzić, że świat jest tak bardzo irracjonalny, że jak kiedyś umrę i dowiem się, że to był tylko Matrix, to odetchnę z ulgą. Naprawdę. – mówi dr Łukasz Śmigiel. Rozmowę przeprowadził Damian Frątczak.

Damian Frątczak: Częstym motywem przewijającym się w Pańskich książkach jest horror. Od zawsze planował Pan pisać w tym gatunku?

Dr Łukasz Śmigiel: Ja go rzeczywiście bardzo lubię i prawda jest taka, że jak zaczynałem pisać, to nie robiłem tego z myślą, że to jest horror. Nawet nie wiedziałem o horrorze. Cała sytuacja z tym gatunkiem wynikła z jednej rozmowy. Doszło do niej, jak już miałem kilka swoich opowiadań opublikowanych w różnych czasopismach. Nie wiedziałem, co z tym dalej zrobić, byłem bardzo młody – chyba drugi rok studiów. Nagle odezwał się do mnie krakowski pisarz – Kazimierz Kyrcz, który się zajmuje grozą i horrorem.

Wysłał do mnie wiadomość z pytaniem, czy nie chciałbym napisać z nim w duecie paru opowiadań. Z naszej współpracy wyszło chyba pięć tekstów. Wszystkie z nich skończyły bardzo dobrze. Z jednego z nich nawet zrobiono krótkometrażowy film – Głowa do kochania. Puszczano go na festiwalach, trafił nawet na DVD. Niestety nie mam żadnej pamiątki po tym, prócz publikacji w polskiej edycji pisma Alfred Hitchcock poleca.

Po tym wszystkim Kazimierz powiedział mi, że no właściwie to piszę głównie horrory. Uznałem, że chyba piszę horror, więc warto by było się coś o nich douczyć. Zacząłem czytać horrory, oglądać kino grozy. Wszystko po to, by wiedzieć, co ja właściwie piszę. Dlatego kilka lat później, przy pierwszym zbiorze opowiadań, który miał nazwę Demony, wszystkie opowiadania zostały przez wydawcę nazwane horrorem, z czym się kompletnie nie zgadzam. Tak naprawdę większość z tych tekstów to pomieszanie gatunków.

Można w to wierzyć lub nie, ale ja piszę również powieści z pogranicza dark fantasy, urban fantasy, thrillera, a nawet historie bez grama fantastyki, obyczajowo-psychologiczne i komedie (m.in. „Muzykologia”). Po prostu nie mam co z nimi robić. Gdzie ja mam takie rzeczy wysłać? Kiedyś jeszcze Tygiel Kultury publikował takie teksty. Dzisiaj mamy literacko-kulturalne czasopisma takie jak Wyspa, Akant lub Twórczość. To są bardzo dobre czasopisma, ale do nich muszę pisać bardziej głównonurtowe teksty albo poezję. Ja nie piszę takich rzeczy! Ja piszę rzeczy rozrywkowe. Chcę sobie zrobić jaja, jakąś czarną komedię albo pobawić się konwencjami pulpowymi. Gdy tylko wychodzę poza tematykę fantasy albo horror, to nagle się okazuje, że ja nie mam gdzie tego wysłać. Dlatego jestem w sumie na jakimś poziomie zmuszony do tego, by wracać do horroru.

Jeśli chodzi o literaturę, też Pan wybiera dla siebie utwory z pogranicza fantastyki i horroru?

Akurat siedzę w mojej bibliotece. Jakbym mógł odczepić kamerę od komputera i pokazać Panu, co mam na półce, to by zobaczył Pan, że jedna trzecia mojej biblioteki to fantastyka. Natomiast horror stanowią zaledwie dwie półki.

Co stanowi pozostałe dwie trzecie Pańskiej biblioteki?

Mnóstwo ogólnoświatowej klasyki, a tak naprawdę to jest tutaj wszystko. Literatura obyczajowa, psychologiczna, romanse, kryminały, sensacja, thrillery, tona komiksów, po prostu ogromna ich ilość. To niesamowite, że można mieć w obecnych czasach tak dobry dostęp do komiksowych tytułów.

Słyszałem, że jest Pan fanem pulpu i nawet próbował Pan go rozpowszechnić w Polsce. Co budzi u Pana sympatię do tych powieści?

Teraz muszę się zastanowić, jak nie odpowiadać na to pytanie przez godzinę…. Ja uwielbiam pulp. Naprawdę go uwielbiam. Na początku jak zacząłem się tym interesować, to notorycznie myliłem go z weird fiction. Brawa dla mnie. Było to tylko i wyłącznie dlatego, że w tych starych, amerykańskich magazynach, do których dotarłem, równocześnie w jednym numerze były opowiadania typowo pulpowe, jak i weird fiction.

Co jest w pulpie najciekawszego, dla mnie to, po pierwsze, zero poprawności. Jakiejkolwiek. Żadnej poprawności politycznej, gatunkowej, socjologicznej, psychologicznej. Nie ma tam niczego takiego. Nie ma żadnych granic. Jedynym wyznacznikiem tego, co można zrobić jest to, żeby to była dobra historia. Ma budzić w odbiorcy emocje i zapewnić mu rozrywkę, ucieczkę od świata.

To nie są teksty noblowskie. Jest to zwykle warsztatowo świetnie skrojona literatura popularna. Sama nazwa o tym świadczy. Pochodzi od słowa pulpa, okropnego, pożółkłego papieru, na którym były drukowane powieści. Było to po prostu najtańsze wyjście dla autorów i autorek, którzy za teksty dostawali dosłownie znikome sumy. To wszystko świadczy o tym, że to nigdy nie było planowane jako wielka, ważna literatura. W Stanach ludzie mieli przy niej zapomnieć na przykład o Wielkim Kryzysie. Jest to podstawa rozrywki. To mi się właśnie w pulpie najbardziej podoba.

Dodatkowo w czasie, kiedy on się rozwijał, nie było jeszcze podziałów gatunkowych tak pojmowanych jak dzisiaj. Znam powieści łączące western, powieść przygodową, kryminał, space operę, science fiction i fantasy! Uwielbiam to! Bardzo chciałbym takie rzeczy pisać.

Co według Pana wpływa na małą popularność pulpu w Polsce?

Po pierwsze – ten gatunek jest zupełnie niepolski. Jest bardzo różny od tego, co dotychczas Polacy wymyślili w temacie szeroko pojętej literatury popularnej, ale przez to może być bardzo atrakcyjny.

Po drugie – jest to gatunek bardzo stary. Mówimy tu o latach 30. – 40 -50. w Stanach Zjednoczonych. Natomiast w Polsce on się praktycznie w ogóle nie pojawił. Były tylko pojedyncze, dziwne, często niezrozumiałe dla odbiorców sytuacje. Przykładem tego może być, kiedy wielka wytwórnia filmowa – Walt Disney – robi typowo pulpową produkcję, czyli John Carter, na podstawie cyklu powieściowego Księżniczka Marsa.

Dlaczego Disney próbuje robić coś takiego? Dlaczego próbuje odgrzewać rzeczy, które są tak stare, których estetyka dodatkowo nigdy nie miała nic wspólnego z ich innymi produkcjami? Po prostu to są dziwne sytuacje dla odbiorców, zwłaszcza w Polsce, gdzie jest to nieznany gatunek. No i John Carter był w kinach klapą, ale później stał się pozycją kultową. Rodzice z dziećmi, którzy poszli do kina na „Disneya” po prostu tego nie chwycili – skąpo ubranych aktorów jakby żywcem wyjętych z fantasy, westernu pomieszanego z science-fiction i przygody napisanej dla samej przygody.

Chciał Pan wprowadzić ten gatunek na polski rynek. Jak to wyglądało?

Próbowałem go już raz rozruszać trochę w Polsce, ale musiałem sobie zrobić przerwę. Dziecko trzeba było odchować, dom wybudować, zrobić doktorat. Trochę mi to czasu zajęło. Aby to rozruszać, razem z przyjaciółmi zrobiliśmy pierwsze w Polsce czasopismo, które się tym zajmowało. Nazywało się na początku Coś na progu, a potem po prostu Magazyn Coś. Chwilowo nasz magazyn jest zawieszony, ale na pewno powróci. Nie chcę teraz zaczynać za bardzo opowiadać, jak bardzo ten powrót jest zaawansowany, ale plany  są na poważnie opracowywane.

Próbował Pan swoich sił w pisaniu powieści pulpowych?

Tak, to był mój drugi pomysł na to, jak polskim odbiorcom trochę o tym pulpie poopowiadać. W czasie pracy nad naszym magazynem, wydałem pierwszą w Polsce pulpową powieść, a właściwie pierwszy tom cyklu, który miał w zamyśle być uzupełniany komiksami. Pierwszy komiks i książka rzeczywiście powstały. Błędem było to, że nie miałem wtedy środków na ich wydanie.

Zdecydowałem się na finansowanie tego za pomocą crowdfundingu. Udało mi się zebrać te pieniądze i to wszystko wydać, ale ja wtedy dosłownie nic nie wiedziałem o crowdfundingu. Było to trochę takie działanie szaleńca “jak nie teraz, to nie wiem kiedy”.

Jak skończyliśmy robić komiks, to mniej więcej dwa tygodnie później urodził mi się syn. Nie miałem potem czasu na nic innego. Projekt się udało ufundować i go skończyć, ale wszystko co mogliśmy zrobić przy tym źle, to zrobiliśmy. Pracowaliśmy przy wydaniu szybko, czasem niedokładnie. Na dodatek wydawnictwo, które to wszystko wydało, w międzyczasie zawiesiło działalność. Nie był to najlepszy start dla pulpu.

Zostało z tego tyle, że powieść Liczba bestii jest teraz w poprawionej wersji, dostępna w księgarniach i na Legimi. Mam nadzieję, że jak za jakiś czas uda mi się także wrócić w niszowej formie tego pulpowego magazynu. Chciałbym tym zarazić ludzi moją sympatią do tego gatunku. Myślę, że bardzo trudno byłoby zrozumieć część kultury popularnej dzisiaj, nie znając pulpu. Nie da się do końca zrozumieć tworów Lovecrafta (choć to akurat mistrz weird fiction), Conana z Cimmerii, Batmana ani tym podobnych bez pulpu. W nim właśnie miały swój początek.

Bez pulpu nie mielibyśmy tak przełomowego filmu jak Pulp Fiction.

Właśnie. Tarantino się zabawił konwencją pulpu. Proszę zwrócić uwagę na to, że Pulp Fiction miało swoją premierę na festiwalu w Cannes i odbiorcy do tego stopnia „zapomnieli” tę konwencję, że byli w szoku. Quentin został nowym królem kina, ale tak naprawdę Ameryki to on nie odkrył. Nie ujmując mu niczego. Szczególnie jeśli chodzi o pisanie scenariuszy. Pulp Fiction w formie książkowej było przez długi czas na szczycie bestsellerów, np. w Wielkiej Brytanii.

Często Pan opowiadał na zajęciach o swoich przygodach związanych z wydawaniem książek czy pracą w radiu. Raz były one dobre, raz złe. Gdyby Pan mógł, naprawiłby Pan błędy przeszłości czy zostawił jako lekcje na przyszłość?

Tak, popełniłem masę błędów, ogrom. Na szczęście zwykle w takim decydującym momencie, kiedy miało wydarzyć się coś ważnego, to trafiałem na taką osobę, która znała się na tym, co chciałem zrobić, i zwykle mnie uczyła, co robić.

Czy bym próbował naprawić część tych rzeczy? Mam teraz w planach ponaprawiać literacko parę błędów. Część z tych rzeczy, które będę teraz wydawał i wypuszczał na rynek to będą książki, w których znajdą się moje starsze teksty, które chcę poprawić, no i oczywiście nowe teksty.

Natomiast wszystkie te przygody, jakie przeżyłem: wydawnicze, radiowe, czasopismowe…Nie! W życie bym ich nie zamienił. Uważam, że wszyscy powinni robić tak samo. To jedyny sposób, by się czegoś nauczyć. Jasne, takie podejście może przynieść problemy, ale wydaje mi się, że świat, w którym my się obracamy – ja, pan – ten świat mediów szeroko pojętych, tak dynamicznie się zmienia i jest tak zróżnicowany, że trzeba tutaj cały czas próbować nowych rzeczy. Jak się próbuje to się obrywa. Takie życie.

Na Pańskim Instagramie często widać, jak Pan gra z synem lub razem z nim czyta. Próbuje Pan zakorzenić w nim swoje zamiłowanie do popkultury?

Tak… mój syn… Pan Kluska. No można powiedzieć, że Pan Kluska ma przerąbane. Być może kiedyś on to wszystko znienawidzi. Nie mam pojęcia, jak to jest być ojcem starszego dziecka. Po prostu w czasie rzeczywistym uczę się być ojcem dziecka, które ma tyle lat, ile on akurat ma. Dlatego trudno mi przewidzieć, co będzie kiedyś.

Pan Kluska nie będzie mógł mi zarzucić jednej rzeczy: Kuba ma dostęp do wszystkich tekstów kultury pop, które według mnie są ważne. Nie wiem, czy mu to nie zrobi krzywdy. Ja nic nie wiem. To jeden wielki eksperyment społeczny, za który Kuba mnie pewnie zabije, ale on łyka ze mną te wszystkie rzeczy. Mam tylko nadzieję, że jego mózg i jego umiejętność ogarniania tych wszystkich informacji są na tyle elastyczne, że nie zrobi mu się w głowie jakiś bałagan.

Próbuje mu Pan jakoś dawkować napływ informacji?

Właśnie się zastanawiam, jakie duże teksty kultury popularnej zachować dla niego na późniejsze lata, dlatego że razem już przerobiliśmy sporą część DC, Marvela. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy był wielkim fanem Gwiezdnych Wojen. Teraz jest fanem Władcy Pierścieni. Na szczęście tego jeszcze nie czytamy… no na litość boską, on ma zaledwie siedem lat, ale Hobbita już kończymy czytać.

Chcę, żeby mu coś zostało jeszcze do odkrywania na później. Fakt faktem, ja też Hobbita przeczytałem jak miałem chyba z osiem lat. Siedziałem u brata pod stołem, przyciśnięty do grzejnika. Akurat światło z lampki biurkowej idealnie padało pomiędzy blat stołu a grzejnik i idealnie oświetlało mi każdą stronę. Tę książkę zaliczyłem mniej więcej w tym samym wieku co on, ale na inne teksty kultury przyszedł czas zdecydowanie później, więc zastanawiam się, co mu podrzucać później. Mam już odłożonych dla niego parę hardcore’ów tj. Matrix czy Conan Barbarzyńca i Szczęki!

Wszyscy myśleli, że kwarantanna będzie idealnym czasem na pracę. Okazało się dla wielu osób, że wręcz przeciwnie. Jak to wygląda u Pana?

Bardzo się cieszę, że padło to pytanie, bo nie mam za bardzo z kim o tym rozmawiać i zaczynałem się bać, że jakimś cudem ludzie dookoła wykonują wszystko na czas, a ja jedyny nie mogę z niczym się wyrobić.

Co do rynku wydawniczego, wymieniam regularnie maile z wydawcą, który na początku tego wszystkiego wysłał do nas taka odezwę “no, teraz jest czas, żeby właśnie napisać to wszystko, co miało być napisane”. Ale nie ma czasu! Nie wiem, co się z nim dzieje, ale go nie ma. Za to wiele godzin dziennie gadam do kamery i bez przerwy coś doczytuję.

Podoba się Panu prowadzenie zajęć online czy jednak spotkania na żywo ze studentami są lepsze?

Przez ten brak czasu zdarzają się sytuację, że jest 1-2 w nocy, a ja kończę sprawdzać jakieś prace albo planuję zajęcia na kolejny dzień. Mam nadzieję, że tego po mnie nie widać, ale ja mam tak, że przygotowywanie zajęć online wymaga ode mnie jeszcze więcej energii niż przygotowywanie audycji radiowych. Państwo tego nie widzicie na szczęście, bo kamera tego nie obejmuje, ale na moim biurku jest zawsze bałagan. Mam na nim niezliczoną ilość notatek, książek i innych rzeczy.

Jakimś cudem, jednak te zajęcia twarzą w twarz, jak się odbywają w sali są prostsze. Łatwiej je ogarnąć po prostu. Zawsze miałem wszystko rozplanowane. Jeździłem sobie tramwajem i autobusem do pracy, zawsze zdążyłem wtedy coś doczytać na telefonie albo chodząc między budynkami uczelni, jeszcze coś sprawdzić, a w drodze do domu wyciągałem książkę albo czasopismo i dalej czytałem.

Teraz to wygląda tak, że praca tak naprawdę trwa całą dobę.

Czy dostrzega Pan jakieś plusy tej sytuacji?

Dla mnie, niewątpliwie plusem jest to, że już nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłem tyle czasu z rodziną. Ja mam pracę zdalną, syn siedzi w domu, żona dużo jeździ do swojej pracy, ale mimo to i tak wpadamy na siebie dużo częściej niż wcześniej. Dlatego zaraz, jak skończymy tę rozmowę, to idę do ogródka razem z nimi układać kamienie na skalniaku.

To chyba naprawdę jedyny plus tej pandemii…

Musimy pamiętać, że to wszystko w końcu minie. Może nie za szybko, ale na pewno minie, a może wyniknie z tego jeszcze kilka dobrych rzeczy dla świata. Od dawna chciałbym, żeby jeszcze za mojego życia, świat się stał takim Star Trekiem. Żeby działał tak jak to społeczeństwo na USS Enterprise. Żeby ludzie byli otwarci, kreatywni, fajni, pełni pasji, chętni do działania i żeby żaden decydent analfabeta nie stawiał niczego na ostrzu noża, bo ten czy inny – to tylko flash and bones bez wciągającej historii w tle. A my? My zawsze jakoś damy sobie radę.


Damian Frątczak

Zdjęcia: Instagram

Damian Frątczak

Zajmuję się głównie działem kultury. Kocham filmy, szczególnie horrory (nawet te kiczowate i tanie z 2003), ale także interesuję się muzyką i ogólnie popkulturą. Od dziecka jestem fanem simsów, filmów Guillermo del Toro i twarzy Nicholasa Cage'a.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi